Fantasy · 38 min czytania
Budzi się zło (Zapomniane przekleństwo I)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Prawo, lewo, prawo... i jeszcze... i na powrót. Szlag! Co przeciągnął szmatką po lśniącej powierzchni, to nowa smuga! Nie w tę, to wewtę, nie wewtę, to w tę! Szlag! Zachciało mu się tych luksusów, tego blichtru! Jakby tak teraz ucapił tego lalusia za kark, to... języka strzępić szkoda, przyzwoitość człowieczą niegodnym gadaniem hańbić... Ale już on sobie takich lalusiów zapamięta, dobrze zapamięta. "Chwała" - prawił, a ręce mu też wkoło chodziły - "To chlubę gospodzie przyniesie, dalej o niej będą gadać, niż jeden człowiek zaniesie!". A pewnie już widział te dukaty, co mu w kieszeń wpadną za wepchnięcie uczciwemu człekowi tego pieroństwa, tego... mor... muru... O! Mor-muru, mor-mur, tak właśnie gadał. Co za nazwa, jakby świnia jaka czego się nażarła! "O, jaki błysk! To każdy zrazu pozna, że tu gospoda z progiem wysokim. Że właściciel człek możny i na swojej klienteli oszczędzać nie patrzy!". Ha, pewnie, że nie patrzy, bo moneta wydana na klienta, to dwie monety, co do kiesy wpadły. I tak mu laluś, fircyk taki, ten mor-mur opchnął. A i wina własna, w pierś się bić, bo co kamyczek błysnął, to i jemu się oczy świeciły. Przed sobą można przyznać, innemu się będzie zapierał. I tak dobrze, że, namawiany, nie zgodził się na cały stół, tylko płytę na blat wziął. Toż na stół toby majątek na zatracenie przeznaczył, a tak jeno garść dukatów oddał. Ale, psiekrwie, ile tu roboty z tym blatem sobie sprawił! Lata całe był stół dębowy, godny kawał drzewa. Dobry był. Szlag! Pochylił się nad znienawidzonym kawałkiem białego kamienia i począł z większym jeszcze zapałem przecierać powierzchnię. Spod szmatki, spod dłoni spracowanej, wychynęła ku niemu zmęczona twarz. Niezależnie jednak od zmarszczek strapienia na czole, para oczu błyszczała w świetle migoczących świec. O tak, cokolwiek by nie mówić, Yergen czuł dumę, gdy pracował w swej gospodzie. Knajpa przynosiła zysk, brzęczący zysk, a do tego kazała innym mieszkańcom Przymurza schylać przed właścicielem głowę na traktach. Choć, być może, swoje trzy grosze wtrącała możliwość wstrzymania kufla z piwem... Kto by się powodów doszukiwał? Dość, że się we wsi z Yergenem liczono. Szmatka wstrzymała bieg na białym kamieniu. Twarz z odbicia patrzyła na niego poważnie. Tak, karczma zapewniała szacunek i, co nie do pogardzenia, stały dopływ gotówki. Yergen zabezpieczył byt i przyszłość rodzinie. Ma co zostawic synom. Aż uderzył szmatką w blat, zadowolony z szybkiego podsumowania dokonań. Synom... Trzymał w domu dwóch chłopaków na schwał i - całe szczęście, dziewucha mu się wśród potomstwa nie trafiła. Baba mu o to trochę zrzędziła, ale wiadomo - kobita zrzędzić musi. Ona by miała komu kokardki we włosy wsadzać, a jemu by już teraz o posagu myśleć przyszło. Bzdury! Chłopaki niedługo zaczną trunki za blatem mieszać, a do podawania się biuściastą barmankę najmie. Mniej to będzie kosztować, niźli kolejna baba w domu, a stać będzie, rozcięciem głębokim w koszuli w oczy świecić, klientów ściągać. A jemu samemu przyjdzie na starość w wygodnym kącie siąść i z fajką w ustach świat oglądać. Pięknie będzie. - Jeszcze jedno, szefie! - brzęk szkła przerwał jego rozważania. Wprawnym ruchem przysunął kufel, napełnił pienistym płynem i postawił przed czekającym. Reifowi śmiały się już oczy, choć patrzył jeszcze przytomnie. Ciąży mu widać metal w kiesce, musiał wcześniej w tym roku pojechać sprzedać plony z pola. Yergen za blatem popatrzył w powałę sufitu - nie jemu przecież uczyć chłopa szacunku do pieniądza. Jemu wziąć za trunek zapłatę - i szanować dukaty we włanej kieszeni. A Reif, póki gotówką płaci, niech pije na zdrowie! - A nie będziesz ty, Yergen, pokazywał więcej tej sztuczki z sunącym kuflem? - ryża czupryna pochyliła się nad blatem. - Nie - głos karczmarza zabrzmiał chłodno, odwrócił się, poprawił szybko kilka butelek stojących za barem. - Ech, szkoda - Reif parsknął krótko, popatrzył jeszcze, czy właściciel nie zareaguje na zaczepkę, i odszedł do koleżków. Sunący kufel, też mu akurat był potrzebny ten popis! Słyszał gdzieś w mieście przechwałki jakiegoś młodszego barmana, co to po takim kamiennym blacie puszczał napitki ślizgiem do klientów. Chciał spróbować, pokazać w Przymurzu wielkomiejską sztuczkę. A pokazał! Nie ma co, ten numer to mu długo zapamiętają! Gdyby kufel zgrabnie zatrzymał się przed zamawiającym, Yergen mógłby to zapamiętać jako chwilę triumfu. Gdyby się zatrzymał... Gdyby zamawiający był jednym z okolicznych wieśniaków, wpadający na niego kufel spienionego piwa byłby powodem do wesołości całej zgromadzonej gromady. Gdyby był jednym z okolicznych wieśniaków... Pech chciał, że kufel się nie zatrzymał, a zamawiający był jednym z królewskich Strażników z Fer Tott. Biała piana przeleciała w powietrzu niby chmurka i przysiadła na fioletowo - złotej szarfie, którą przepasany był gość. Za nią nadciągnęła fala bursztynowego płynu. Gra kolorów z pewnością urokliwa, efekt wart wspomnienia... w innej sytuacji. Yergen pospieszył z ręcznikiem, przepraszającym grymasem, wieloma pełnymi skruchy słowami, butelką przedniego wina... Rycerz i tak zdawał się raczej urażony, gdy odjeżdżał na północ, w kierunku posterunku. Od tego czasu nie widywał w karczmie młodzieńców z piórami przy hełmach, a szkoda. Szkoda tak w opinii, jak i w kasie, bo Strażnicy dysponowali pokaźnymi zapasani złota i nie wahali się wydawać go na przyjemności podniebienia. Cóż, pamięć ludzka w końcu odpuści tę winę, ale żart może mieć dłuższy żywot. A, szlag na mor-mur! Bo sami królewscy... ech, wrócą. Przyjdą skosztować kufla spienionego piwa choćby i z nudów. Fer Tott twierdzą był dziś jakby bez większego sensu. Co rusz zmieniający się wartujący rycerze są tu chyba zsyłani za karę, lub dla przeszkolenia. Jeszcze kilka lat temu, będzie z dziesięć, gdy Yergen sam był młody i waleczny, stacjonowanie tu wojska być może miało jakieś znaczenie. Góry wtedy nie stanowiły, jak dziś, zaledwie malowniczego elementu krajobrazu. Na stokach, wysoko pomiędzy dzikimi turniami, szaleli wtedy dzicy Khunowie. Yergen pamiętał jeszcze zwaliste sylwetki istot o pancerzu jakby przyrośniętym do zielonkawo - brązowej skóry, małych, wykrzywionych złością oczkach i charkotliwych okrzykach, zwiastujących ich nadejście. Choć prawdą byłoby powiedzieć, że karczmarz właściwie nie oglądał dzikusów z bliska. To właśnie wartująca Straż przybywała zawsze krok w krok za nadchodzącymi Khunami. Rycerze z piórami przy hełmach potrafili obronić spokojną ludność i odesłać najeźdźców w góry. Rzadko zresztą dzikie hordy w ogóle mijały Fer Tott, nigdy nie śpiące, z czujnymi oczami skierowanymi ku górskim szczytom. Góry podobno, ale to już legenda tylko chyba, były siedzibą straszniejszego jeszcze ludu, znanego jako Dzieci Zmierzchu. Ci mieli być przednimi wojownikami, siodłającymi smoki sobie na posługę. Tych nikt nigdy jeszcze nie widział i Yergen wkładał historie o straszliwych Idara Denno, Dzieciach Zmierzchu, pomiędzy baśnie. Czy zatem miały ich przed latami najść stwory z gadki starej baby, opowiadającej dzieciom straszne bajki, czy dzicy brzydale o chciwych łapskach, rycerze z królewskiej twierdzy zawsze bronili mieszkających u podnóży Dhai-kun. Dziś jednak Khunowie jakby zmęczyli się porażkami, i ostatnie najście Yergen pamiętał jeszcze z czasów, gdy sam wzniósł siekierę, by bronić rodziny. Ani by mu się to dziś nie przyśniło! Jeśli dzikie plemię wróci jeszcze kiedykolwiek, niech rycerze radzą sobie sami. Jako natomiast, że ponowne najazdy są raczej niemożliwe, niech królewscy Strażnicy walczą z jego trunkami! Jeśli nawet nie ci, którzy stacjonują w twierdzy teraz, to nie minie nawet cztery cykle Ibera i Ubry, jak przyjdą nowi. Yergen popatrzył ponad głowami pijących, poza migoczący blask zapalonych świec w kandelabrach. Obok drzwi, wysoko w rogu ścian kazał kiedyś wybić małe okienko. Wbił teraz wzrok w ciemność nocnego nieba. Nie, sklepienie zasnute było warstwą chmur, nie dało rady dostrzec lśnienia dwóch księżyców Aldery. Ale pamiętał, że spoglądał na nie nie tak wcale dawno temu, może kilka dni. Jaśniejący ponad ich ziemiami Iber i zielonkawa Ubra na wschodzie, niebiańskie bliźniaki, wychynęły już spoza widnokręgu i teraz z każdym dniem będą się do siebie zbliżać na nocnych szlakach. Jakże szybko mija ludzki czas! Nad przemijaniem też nie myślał zbyt długo, bo drzwi nagle rozwarły się szeroko i do karczmy wlała się nieduża gromadka. Ach, no tak, to już godzina, w której można się było spodziewać nadejścia Mirelle, otoczonej wianuszkiem młokosów. Mirelle, też jej imię matka nadała! Jakby to nie mogła być, po swojsku, Zelda czy Dora! Chcieliście kogoś wyjątkowego, to znoście teraz wszyscy odszczepieńca, co nie wie, gdzie ma swoje miejsce! Żeby chociaż miała urodę takiego subtelnego ducha z pogranicza światów, to może coś by z tego wyszło, ale gdzie tam! Przed Yergenem wyrosło nagle dziewczę słusznych rozmiarów, z nieporządnymi, a przy tym wyraźnie dawno wody nie widzącymi włosami, nie skrytymi wcale pod czepkiem, z piersiami wylewającymi się z kusej koszulki i z bezczelnym, a głupawym wejrzeniem. Mirelle zgrywała wojowniczą kobietę, nosiła przy pasku nóż i próbowała wszystkich przekonać, że jej rola jest doniosła i inna od tej, jaką pełnią pozostałe mieszkanki Przymurza. Kobieta - rycerz, też sobie umyśliła sposób, by zwrócić na siebie uwagę! Tylko parobczaków, największe wiejskie ofermy, mogła tak za sobą pociągnąć. I ciągnęła, grupa chłopaków zawsze towarzyszyła jej do gospody, licząc na kilka kropli trunku, czy może kufel piwa. - Hej, chłopie! - krzyknęła gromko, choć przecież stał przed nią i patrzył jej prosto w twarz - Hej, polewaj tu kufel, jako żywo! Nalał, postawił. Klient jest klient, ważne, by on miał z tego układu: - Dwa dukaty, Mirelle. - Phi! - wyszarpnęła monety z kiesy, rzuciła na blat - Żaden to dla mnie problem! Dla większości nie był, a nie wszyscy musieli to obwieszczać tak głośno. Schwyciła swój napitek i kołysząc się, piersi jakby dwa kroki przed nią, odeszła w kierunku siedzących. Ciężko usiadła przy stole, trzasnęła jeszcze dłonią przed sobą i poczęła głupio uśmiechać się do młodzieńców. Yergen westchnął i powrócił do polerowania blatu. Odtąd co jakiś czas słyszał głośniejszy okrzyk i piskliwy chichot zyskującej sobie poklask młokosów Mirelki. O, niebiosa, cóż mu przyszło znosić! Godziny mijały, dukaty wpadały do kiesy ukrytej pod ladą, Yergen nadal nie mógł zwalczyć smug hańbiących przepiękny blat z przeklętego mor-muru, a pijący dzielili się powoli na dwie grupy - milknących coraz bardziej, pokładających się powoli na drewnianych stołach, i podśpiewujących co bardziej sprośne i skoczne piosnki z wiejskiego repertuaru. Karczmarz popatrzył chwilę na klientów, szybko ocenił stan każdego z pijących, i westchnął. Niemrawych trzeba będzie wkrótce wyszarpnąć na zewnątrz i zostawić za drzwiami. Z tymi śpiewającymi gorzej, bo pewnie jak zwykle nie będą skłonni uznać jego rozsądnej rady, by zakończyć zabawę i udać się do domów. Ech, taka już dola karczmarza, conocny wysiłek... Nagle jednak wydarzyło się coś, co zupełnie nie pasowało do zwykłej rutyny oberży. Odrzwia gospody otwarły się gwałtownie, nie wytrzymały najpewniej solidnego kopniaka z zewnątrz. Mrukliwi i śpiący poderwali głowy, śpiewy i chichotliwe śmiechy umilkły. Yergen wyprostował się za barem, wbijając wzrok w ciemność rozpościerającą się poza murami karczmy. W granice migotliwego światła niepewnym krokiem weszła wysoka postać, z pewnością nieznana obecnym. Zresztą, nawet gdyby grupa raczących się trunkami mogła uznać przybyłego za koleżkę, raczej nie wróciliby do swych zajęć. Obite metalem buty na stopach młodzieńca szurały po kamiennej podłodze, porwane na łydkach skórzane spodnie raczej nie zapewniały ciepła późną jesienią, a i metalicznie błyszczącą kamizelę na lnianej koszuli trudno byłoby podejrzewać o coś podobnego. Młody mężczyzna, a raczej chłopak jeszcze, pociągnął wzrokiem po zebranych, spojrzenie spod rozwianej wiatrem jasnej grzywki ogniskując w końcu na Yergenie. Ten wyprostował się ponad blatem, patrząc uważnie na królewskiego Strażnika. Bo, choć młodzieniec wyglądał jak obszarpaniec, a jego głowy nie zdobił hełm z piórami, ani przez pierś nie biegła fioletowo - złota szarfa, przybysz jakby miał na twarzy wypisaną przynależność do tej grupy. Czy jednak wilki jakieś, bądź inne stwory napadły go na traktach pod Przymurzem? Czy co też stało się temu... - Fer Tott wzięte! - ozwał się w końcu w grobowej ciszy, której nie zakłóciła nawet Mirelle. Zachwiał się przy tym na tyle mocno, że ci siedzący najbliżej skupili się na ławie, by ustąpić mu miejsca. Nie usiadł. - Nie w naszych już rękach twierdza! - powtórzył absurdalne posłannictwo, tym razem już słaniając się na nogach. - Co też prawicie, panie? - Yergen podskoczył do przybyłego i zmusił go niemal do zajęcia miejsca przy stole - Czy rzezimieszek jaki napadł was na drodze, rynsztunkowi rycerza tak szkodząc? Czy może nowi jesteście na posterunku i pobłądziliście na patrolu? Karczmarz coraz bardziej nabywał przekonania, że Strażnik popił gdzieś nieszlachetnego trunku i w karty przegrał swój dobytek, a potem trafić do twierdzy po ciemku nie zdołał. Choć, dziwne to, nie czuł od niego z bliska aromatów żadnych nieprzystojnych napitków... Zatem pewnie bawił się wieczorem z jaką dziewką z wioski i teraz pod rewelacjami próbuje swoją winę ukryć, by mu pomoc w dotarciu na posterunek zapewniono. Albo to rzadko takie głupoty rodzą się w głowach młokosów? - Nie na drodze i nie pobłądziłem! - młodzik ściągnął brwi i pięścią uderzył w stół - Idę prosto z Fer Tott, które już zdobyte na hańbę ludziom. - Co też mówicie? Czy może sen jaki zły wam się przytrafił, gdyście na drodze strudzeni znojem przysnęli? Gdzie towarzysze z patrolu? - Nie patroluję, czyście ogłuchli w tej zapomnianej przez słońce wiosce?! Powtórzę, idę wprost z twierdzy - chłopak omiótł wzrokiem wszystkich w oberży, licząc chyba na kogoś, kto przytaknie tej niemożliwej opowieści - A moi towarzysze? - uśmiechnął się drwiąco, choć w oczach nie mieszkała radość - Wszyscy tam zostali, choć nie oddycha już żaden. Napadły nas zbiry, stwory z gór przejęły ostatnie ludzkie gniazdo u stóp Dhai-kun. - Jakie też stwory? - odezwał się w końcu jeden z siedzących, a całe upojenie jakby w jednej chwili ustąpiło z jego twarzy - Trudno uwierzyć w wasze słowa, panie, choć jesteście królewskim rycerzem. Kto was napadł? - Kto? Ha! - młodzik uderzył się otwartymi dłońmi po udach - Też zadaję sobie to pytanie! Niby Khunowie, ale głowy mieli przykryte hełmami i nie maczugi dzierżyli, jak zwykło czynić to prymitywne plemię, a zaostrzone topory. Więcej, to była zorganizowana grupa, nie zbieranina, chcąca jedynie zrabować garść klejnotów, bądź złota. Kto? Nie wiem. - A może to te baśniowe kreatury?! - zza stołu powstała Mirelle, nie mogąc widać znieść dłużej milczenia - Istnieją jednak Dzieci Zmierzchu i oto przybyli, by... - Zamilknij, dziewko! - rycerz jakby nagle urósł, choć nie powstał wcale z miejsca. Jego spojrzenie posłało w kierunku dziewczyny błyskawice - Po co język strzępisz, gdy nie wiesz, co mówisz! Idara Denno przybyli! - prychnął w powietrze i w tej chwili dopiero spostrzegł, że pozostali wieśniacy przyglądają mu się, jakby nie rozumiejąc oburzenia. - Czy wam losy Dzieci Zmierzchu tajemnicą? - rozejrzał się wokół, a widząc wpatrzone w siebie oczy, westchnął. - Zatem istnieją te stwory? - Yergen jakby zaprzeczył wszystkim prawidłom handlu, które wyznawał, i postawił przed rycerzem kufel spienionego piwa, nie czekając zapłaty. - Taaa - chłopak zrezygnowany kiwnął tylko głową. Nie chciało mu się streszczać prostaczkom całej wiedzy, jaką wyniósł z odległego domu. - Ale Idara Denno nie ma już w górach. Ten lud ostatnie lata wędrował przez Alderę, by osiąść przy królewskim dworze, pod Ylitorn. To nie oni przyszli do Fer Tott. - Zatem trzeba tylko więcej rycerzy - zaszczebiotała znowu Mirelka, nie speszona wcale spojrzeniem młodzika - I powalą wroga, i wszystko będzie już dobrze. - Ech... - pociągnął z kufla, skinieniem głowy dziękując barmanowi - Taaa... - powtórzył. - Albo wyręczmy Strażników! - teraz Mirelle powstała, klaszcząc w dłonie z uciechy. - Jest nas wielu, weźmiemy broń... Ja poprowadzę, kto ze mną? W karczmie rozległy się okrzyki podnieconej napitkiem gawiedzi, zwłaszcza młodocianego orszaku ekhm... wojowniczki. Rycerz wpatrzył się w uciekające z płynu w kuflu bąbelki, starał się nie słyszeć szmerów i jawnych okrzyków. - Taaa - powtórzył swą mantrę raz jeszcze i zerknął na Yergena - Muszę wracać do Ylitorn, zameldować dowódcom o napaści. Będę potrzebował konia i prowiant na drogę. - Nie wyglądacie, panie, na majętnego, w tych strzępach odzieży, które nosicie na karku - pokręcił głową karczmarz. Co innego jedno piwo, a co innego posiłki na dobre dwa tygodnie drogi, i to z rączym wierzchowcem, którego w Przymurzu nie stało - Co też się wam uwidziało, rycerzu? Nie ma rumaka w wiosce, najwyżej humala możecie kupić, a i tego się nie znajdzie dla biednego. - Humala? - chłopak pokręcił głową, myśląc o zwierzęciu, ciągnącym wozy z ziarnem. Jak ma dotrzeć do Ylitorn, gdziekolwiek, gdzie będzie mógł rzec dwa słowa o napaści? A też nawet i o nim nie mógł myśleć, dukata żadnego nie wziął. Życie patrzył z twierdzy unieść, nie kosztowności! - Bez złota i tego nie będzie - karczmarz rozłożył ręce - Każdy człek swego patrzy, rycerzu. Młodzik chciał powiedzieć coś jeszcze, chciał ostrzec wieśniaków, powołac się na ich z królem solidarność... Zmilczał, bo nawet myśli same utonęły w jazgocie Mirelki. - A teraz panowie, pani - karczmarz skinął głową, bo wszyscy osuszyli już kufle i ani patrzyli kiesy wyciągać - Czas do domków, kobitki w łożu grzać... Ekhm, przepraszam - odkaszlnął, widząc wrogi wzrok spod zmierzwionej grzywki Mirelki. Wieśniacy poczęli się zbierać, tylko co niektórzy pomrukiwali jeszcze, a tych zdzielił przez czupryny i nie zważał na nich dalej. - Więc co ze mną, panie? - obszarpany rycerzyk popatrzył nagle, zmieszany. - Gdzie mam się podziać, kiedy konia nie masz? - Nie moja to sprawa, królewski posłańcze. Ja mam swoją gospodę i swoją rodzinę w domu. Jeśli chcesz, przytul na noc głowę do jakiego kamienia. Rano zamyślisz, co dalej. Yergen wypchnął z oberży kilku ostatnich klientów i przekręcił klucze w zamku odrzwi. Skinął jeszcze młodzikowi, który poszedł widać za jego radą i skulił się na schodach oberży. Inne to zapewne leże, niż barłóg w twierdzy, ale do rana musi mu starczyć. Odszedł ku domowi. Młody uciekinier z dumnego posterunku nakrył głowę rękami. Na co liczył wśród tej hołoty? Gdzie szukać teraz pomocy, gdy przyjaciele pomordowani, a on sam ledwie życie wyniósł z pożogi? Nie tak to miało wyglądać! Chciał dotrzeć do ludzi, oni mieli mu pomóc w tych trudnych godzinach! Czy nie rozumieją, głupcy, że oto ich świat zachybotał w posadach? Jego historię potraktowano jak ciekawą legendę, tymczasem... No co: tymczasem? Miałby dostać konia, prowiant i najlepsze życzenia? Zadrżał w chłodzie jesiennej nocy. Dawno już nie próbowały go podgryzać mroźne zęby. Pokoje sypialne w twierdzy, a…