Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 8 min czytania

Burza

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Noc była chłodna i gwiaździsta. Na niewielkim wzgórzu, plecami do lasu, usiadła Ona. Objęła rękami nogi, podbródek oparła na kolanach. Ziemia była przyjemnie ciepła, porośnięta gęstą, soczyście zieloną trawą. Gdzieniegdzie spośród jej źdźbeł wyglądały polne kwiaty. Las za Jej plecami szumiał cicho na wietrze. Liście uderzały o siebie delikatnie, kołysząc się wraz z gałązkami. Niebo, upstrzone miriadami gwiazd, było aksamitnie czarne. Mrok okrywał wszystko dookoła. Księżyc dawno już zaszedł. Słaby wietrzyk, przyjemnie chłodny, muskał Jej skórę, owiewał sylwetkę, lekko poruszał włosami. Każdy jego dotyk przynosił przyjemny dreszcz. Przymknęła oczy i wciągnęła do płuc rześkie powietrze. Oddychała swobodnie, czuła się wspaniale, czuła radość z dotyku nocnego powietrza. Wzrok utkwiła na wschodzie, gdzie gwiazdy iskrzyły się srebrem na nieboskłonie. Czekała. Nadchodziła najzimniejsza godzina, kiedy to ciepło dnia minionego odchodzi w niepamięć, a do świtu jeszcze daleko. Temperatura obniżyła się nieznacznie, wilgoć z powietrza skropliła się na trawie i kwiatach w postaci małych, błyszczących kropelek rosy. Odbijały migotliwe światło gwiazd, tworząc jakby drugie niebo na ziemi. W cieniu drzew poruszały się małe, jasne punkciki. To gasły, to rozbłyskały na nowo, wywołując uśmiech na Jej twarzy. Świetliki krążyły wokół krzewów, znikały za sporymi, ciemnozielonymi liśćmi i pojawiały się po ich drugiej stronie. Mokosz siedziała jednak niewzruszona i chłodna jak poranek. Wkrótce cienie i duchy odejdą, by ustąpić miejsca magii dnia. Niebo przybrało szary odcień, zapowiadając wschód słońca. Powoli zaczęły budzić się ptaki. Wyskakiwały z gniazd na pobliskie gałęzie i przyglądały się Jej z przekrzywionymi łebkami. Ich czarne, bystre oczka rozpoznały boginię. Nieśmiało zaczęły śpiewać. Z początku były to pojedyncze głosy, lecz gdy niebo się rozjaśniło, w pełni rozległy się wesołe trele ku czci nowego dnia. Jasne, złote słońce oświetliło pagórek pierwszymi promieniami. Musnęły złotem czubki drzew i powoli prześlizgiwały się w dół po konarach. W miarę, jak słońce coraz wyżej wznosiło się nad horyzontem, zalewało blaskiem więcej roślin, przynosząc im zbawienne ciepło. Kwiaty, skoro tylko padły na nie promyki, rozwijały pąki, odkrywając swoje piękno. Krople rosy kurczyły się, spływały po długich liściach trawy i spadały na zbudzone owady. Chrząszcze, biedronki i mrówki wypełzły zewsząd, rozpoczynając kolejny, pracowity dzień. Motyle przysiadały tu i ówdzie, rozkładając kolorowe skrzydełka, by wygrzać je i nabrać sił. Pszczoły wypełniły poranne powietrze cichym brzęczeniem, latając od jednego kwiatu do drugiego. Chłód został przegnany w głąb lasu, gdzie jeszcze nie dotarło ciepłe światło. Na lazurowym niebie pojawiły się drobne, pierzaste chmury. Ptaki stały się małymi, czarnymi punkcikami na tle czystego błękitu. Słońce wędrowało coraz wyżej i wyżej, oślepiając żyjące stworzenia. Wraz z upływem czasu powietrze stawało się coraz gorętsze, aż osiągnęło tak wysoką temperaturę, że trawa przywiędła, a ptaki schroniły się w cieniu drzew. Wszystko nagrzewało się do granic możliwości, buczenie owadów nasiliło się i tylko Ona wciąż tkwiła w pełnym słońcu, w tej samej pozycji, wyraźnie na coś czekając. Oślepiająco jasna kula prażyła niemiłosiernie, wyciągając z roślin siły życiowe i zmuszając kwiaty do częściowego zwinięcia kolorowych główek. W oddali chmury piętrzyły się i rosły, formując w puchate, śnieżnobiałe katedry. Upał wzmagał się, a każda odrobina wody, jaka znajdowała się w dole, parowała ku niebu. Rozedrgane powietrze stało się ciężkie i nabrzmiałe od…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Burza — czytnik · opowiadania