Inne · 8 min czytania
Bus
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Taras Moroziuk śpieszył się na bus do Lwowa. Jego pośpiech brał się z tego, iż w wyniku przykrego splotu okoliczności, ostatnie sześć miesięcy swego pobytu w gościnnym polskim kraju spędził w warszawskiej prokuraturze podejrzewany o napad na kantor w Przemyślu. Z zarzucanym mu czynem nie miał nic wspólnego jednak ostatnie przeżycia w połączeniu z faktem, że był zamieszany w skok na stację benzynową pod Sanokiem, co policja i prokuratura jakąś przeoczyły, sprawiał, że odczuwał silną potrzebę znalezienia się jak najszybciej w bezpiecznym rodzinnym kraju. Dodatkowym powodem pośpiechu było oblicze czarnookiej krasawicy Olgi - narzeczonej Tarasa, z którą ten planował ślub. Nieprzewidziana rozłąka sprawiła, że odczuwał silną tęsknotę i niepokój, fakt zaś, że ciężko zarobione pieniądze, które Tarasowi niezbędne były do realizacji matrymonialnych planów, w wyniku fatalnego przypadku od pół roku kursowały swobodnie na trasie Lwów – Warszawa nie poprawiał jego nastroju.
Pół roku temu, po udanej akcji pod Sanokiem, Tras odłączył się od towarzyszy i udał do Warszawy – gdzie miał kilka interesów do załatwienia. Pechowo na środek transportu wybrał zatrzymujący się w Przemyślu bus, co okazało się brzemienne w skutki. Całą drogę spędził bardzo przyjemnie w towarzystwie trzech Rosjan, Wołodii, Pietii, i Miszy, młodych chłopaków studiujących w Warszawie, leciwej babci Petunii, ikony przygranicznego handlu i przemytu, która w nieznanym celu wybrała się do polskiej stolicy, oraz anonimowego Polaka, który zachowywał pełną wyższości postawę, odmawiając skosztowania spirytusu, słoniny i cebuli, którymi babcia Petunia hojnie częstowała.
Już pod samą Warszawą dobrą zabawę popsuła policja. Widok wyjątkowo agresywnych i pewnych siebie funkcjonariuszy, pod przywództwem niejakiego sierżanta Wrony szybko otrzeźwił Tarasa, który zrozumiawszy, iż nie są to przelewki, czym prędzej ukrył pochodzące z napadu pieniądze wciskając je pod gumową matę wyściełającą podłogę samochodu. Bardzo sprawnie przeprowadzona rewizja nie wykryła, ku uldze Tarasa, jego oszczędności, znalazła za to w bagażu Pietii inne pieniądze, pochodzące jak się okazało z przemyskiego kantoru. W związku z tym cała szóstka pasażerów znalazła się przed obliczem prokuratora Weksla, starszego jegomościa o udręczonym obliczu człowieka, który zna wszystkie możliwe pytania i wszystkie możliwe odpowiedzi.
Prokurator Weksel był funkcjonariuszem państwowym starej daty. Fakt, że w napadzie na nieszczęsny kantor według zeznań świadków brały udział trzy osoby, podczas gdy przed jego oblicze postawiono sześciu podejrzanych pasażerów busa, z pośród których jedynie wina Pieti nie podlegała żadnym wątpliwościom, nie stanowił dla starego wyjadacza żadnego problemu. Niewiele myśląc wsadził całą szóstkę do paki z zamiarem trzymania ich tam tak długo aż pozostali dwaj sprawcy skruszeją i przyznają się do winy. Pierwsza pękła babcia Petunia. Starsza pani, która większość swego życia przeżyła będąc szczęśliwą obywatelką Związku Radzieckiego, doskonale odrobiła życiową lekcję i wiedziała, że jeżeli władza mówi, że ktoś jest winien to wie co mówi i nie ma sensu się sprzeczać bo dają za to jedynie dodatkowe kilka lat łagru do wyroku. W związku z tym już na pierwszym przesłuchaniu przyznała się do udziału w napadzie oraz do wszelkich innych przestępstw, o jakie dla pewności zapytał ją prokurator i nie niepokojona więcej czekała w celi na proces pogodzona z własnym losem. Niestety nie pękł nikt więcej. Poszukiwania trzeciego sprawcy ciągnęły się w nieskończoność. W ich ramach Taras stawiany był codziennie przed udręczonego prokuratora, który zasypywał go gradem podstępnych pytań oraz zapewnień, że on Weksel i tak wszystko wie, że towarzysze napadu śpiewają jak z nut podkreślając szczególny w nim udział Tarasa i że z pewnością dzięki swej rozmowności otrzymają niskie wyroki, podczas gdy on zgnije w pierdlu na amen.
Po pół roku takiej zabawy prokurator wypuścił wreszcie z aresztu Tarasa,