Fantastyka · 12 min czytania
BYĆ CZY ZGŁĘBIĆ ?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
W jego trzydzieste urodziny, podarowano mu masę prezentów. Wszystkie były wspaniałe, jednak on oczekiwał czegoś zupełnie innego, nieprawdopodobnego. Nie cieszył go sportowy model samochodu, nie pociągały nowe narty i wyprawa w Alpy. Nie potrafił określić czego oczekiwał, jednak to niesprecyzowane pragnienie nie dawało mu spokoju. Chciał prezentu jakiego nie otrzymał żaden człowiek przed nim. Zgromadzeni dziwili się, że nie umie cieszyć się przepychem jaki go otacza. Zatopiony w stercie prezentów stał osamotniony wśród setki ludzi. Podczas bankietu myślami dryfował wokół prezentu marzeń, starając się ustalić czym mógłby być. Jego rozmowy z przyjaciółmi były grzeczne, jednak zdawkowe i pełne powierzchowności. Około północy postanowił wymknąć się niepostrzeżenie, powoli ruszył w kierunku wyjścia. Nagle dostrzegł nową twarz, przybysz podążał w jego kierunku. Nieznajomy bacznie go obserwował. Niebieskie oczy ciągnęły za sobą z mozołem olbrzymią masę cielska. Sunął powoli, ociężale przeciskając się miedzy zbitą masą ludzką. Im bliżej podchodził, tym bardziej wydawał się znajomym. Spotkali się w połowie sali bankietowej, otoczeni tłumem zajętych rozmową gości. Chwilę przyglądali się sobie i nagle go poznał to był Jan. Pierwsze dwie klasy szkoły podstawowej siedzieli razem w ławce. Potem on przeniósł się do innej lepszej szkoły. Trudno było rozpoznać w twarzy, obficie nalanej tłuszczem z galaretowatymi podbródkami, rysy dawnego kolegi z ławki. Był bardzo gruby, musiał ważyć ze sto dwadzieścia kilogramów. Ubrany bardzo skromnie jednak czysto, wyróżniał się, odcinając od pełnych przepychu kreacji. Skóra na łysej głowie, odbijała światło olbrzymiego żyrandola, wiszącego nad nimi. Jedynie jasno niebieskie oczy nie uległy deformacji i identyfikowały ich właściciela. Witaj Alanie – rzekł Jan i wyciągnął dłoń w geście powitania. Witaj Janie – odrzekł. Wiedziałem ze mnie rozpoznasz, mimo zmian. Przyszedłem podarować ci prezent, chociaż nie widzieliśmy się tyle lat, ta niespodzianka trafiła do ciebie. Jest to dziełem absolutnego przypadku, jednak cieszę się, że to właśnie ty. Alan przyglądał się temu człowiekowi z drwiną. Nie jest w stanie go zaskoczyć, dać mu wyjątkową rzecz. Przychodzisz po latach i przynosisz mi prezent. A to dobre. Mogłeś dać go pierwszemu, lepszemu bezdomnemu. Popatrz na stertę tych śmieci, to prezenty od moich przyjaciół. Myślisz ze o czymś zapomnieli, cos pominęli? Jest tam nawet wyznanie miłości. Zamknięte w butelce, dwa słowa od kobiety piękniejszej niż jabłoń kwitnąca wiosną. Powiem ci więcej, nic one dla mnie nie znaczą, te rzeczy i puste słowa. Rozumiesz, to wszystko pozory, żyjemy w nich i sami je tworzymy, zobligowani kulturą. Zrobisz tak, pójdziesz teraz i wybierzesz dowolna rzecz ze sterty, potem baw się do rana, pij za moje zdrowie o prezencie dla mnie zapomnijmy, bo to ja daję tobie prezent. Mój jest inny, nie taki jak te bezwartościowe śmieci – powiedział Jan i wyciągnął kryształowy kielich. Jedyne co musisz zrobić, to wypić z niego szampana i roztrzaskać go. Alan parsknął śmiechem, cedząc słowa powiedział : Cóż to za prezent mi dajesz, powiedziałem ci, to ja rozdaje dziś prezenty. Zabierz je wszystkie i rozdaj komu chcesz, tylko daj mi już spokój. Grubas zakręcił się niespokojnie i rzekł : To prezent o jakim marzysz, nikt nigdy nie widział i nie dostał tego co ci daje. On zmieni wszystko, pozwoli ci oderwać się od korzeni, staniesz się wolny. Wstąpisz jako pierwszy, na kolejny szczebel. Kim ty jesteś ze wiesz czego pragnę – Alan szeroko rozwarł usta i bacznie obserwował przybysza. Tamten jednak już ciężko dryfował wśród tłumu i zniknął za drzwiami. Zimny kielich w dłoni, spostrzegł po zniknięciu przybysza za drzwiami. Stał jeszcze chwilę w osłupieniu, poczym z wolna zaczął się wycofywać. Pół godziny później, siedział w fotelu swego pokoju z prezentem wypełnionym srebrnym płynem i rozmyślał. Czy to szaleństwo? Czemu i skąd on się wziął? Co to za absurdalny przypadek? W końcu odsunął te wszystkie pytania na potem, stwierdzając ze nie ma nic do stracenie. Wypił delikatny, musujący płyn. Poczuł łaskotanie baniek płynących przełykiem. Szampan był doskonały. Z impetem cisnął przed siebie pustym kielichem. Siedział otoczony tysiącami drobin potłuczonego szkła, które iskrzyły do niego blaskiem odbitego światła, oczekując przemiany. Poranek przywitał go lekkim bólem głowy, dziwnie się czuł. Obarczając winą bankiet, ubrał się i postanowił przejść by odetchnąć świeżym powietrzem. Zadziwiała go ostrość postrzegania. Miał wrażenie jakby do wczoraj widział połowicznie cały świat. Obserwując architekturę, przeraziła go prowizoryczność i krótkowzroczność ludzkiej kultury. Całość oparta na wątłych fundamentach w efekcie finalnym, dawała groteskowy obraz społeczności, kultury, techniki. Patrząc na kłótnie obcych ludzi, pojął, że nie jesteśmy w stanie zrozumieć odmienności. Nawet wśród swoich, izolujemy i piętnujemy mianem choroby odmienność. Nie ma mowy więc o kompromisie, między nami, a co gdyby była inna cywilizacją. Wszystko to w dodatku podszyte jest interesami jednostek, czasami łączących się w grupy. Niedoskonałości raziły go. Czuł odmianę w sobie, wiedział ze spogląda na świat inaczej. Nie potrafił jednak, określić istoty zmian, które w nim zaszły. Nie wiedział też, czy odpowiada mu taki stan rzeczy. Najdziwniejszy wydał mu się brak skrupułów, który nagle silnie odczuł. Normalnie też cechowało go wyrachowanie, ale zawsze pozorowane i skrzętnie kamuflowane. Docenił swoją bezkompromisowość i po raz pierwszy,