historia · 9 min czytania
Byk! Wielki byk!
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Człowiek siedział przy ognisku i patrzył w ogień. Dookoła leżeli członkowie jego gromady. Okryci skórami lub nie, przytuleni do siebie lub samotnie – spali w kręgu światła rzucanego przez ognisko na ściany jaskini. Mieszkali w niej od zawsze, a przynajmniej on nie pamiętał, żeby było inaczej. W niej się rodzili, umierali i w niej zawsze płonął ogień. Dawał im ciepło, sprawiał, że upieczone mięso smakowało lepiej niż surowe, a przede wszystkim ochraniał. Nieraz przed wejściem do jaskini przesuwały się nocą cienie drapieżników, a ich oczy odbijały światło ogniska. Jednak żaden nie wszedł do środka, bo ogień bronił dostępu. Ogień płonął, chociaż brakowało opału. Przez lata ludzie wyzbierali już wszystko co palne w pobliżu i po drewno trzeba było chodzić coraz dalej. Dlatego ciągle go brakowało i wtedy ognisko niebezpiecznie przygasało. Człowiek przy ognisku – jeszcze jako chłopiec – przeżył nawet taki dzień, gdy ogień zgasł. Zauważywszy to, wszyscy skoczyli na ratunek. Przeszkadzając sobie nawzajem, rozgarniali dłońmi stygnący popiół w poszukiwaniu choćby najmniejszego węgielka. Nie znaleźli nic i ogarnęła ich rozpacz. Jedni posiadali w popiele, a inni posypywali się nim, jakby chcieli na dłużej zachować resztki ciepła. Wtedy nad resztkami ogniska przykucnął stary człowiek, który do tej pory bezskutecznie próbował ich powstrzymywać. Pogmerał w popiele, a potem całą jego garść rzucił ze złością w twarz siedzącemu najbliżej. – Ogień zabity! – krzyknął, po czym, zabrawszy swoje okrycie i broń, wyszedł. Dla mieszkańców jaskini nastał zły czas. Ze strachu jedni stali się agresywni i skorzy do bójek, a inni byli apatyczni i nic nie robili. Dzieci płakały. Nikt nie troszczył się o jedzenie i znaczył się głód. Najgorsze były noce. Wystraszeni ludzie zbijali się w kupę i obserwowali wejście do jaskini, przed którym pojawiały się zwierzęta. Niektóre z nich zaglądały do środka, ale zaraz uciekały, zwęszywszy ludzki zapach. Ludzie czuli jednak, że kiedyś przyjdzie duży drapieżnik i zaatakuje. Dlatego niewiele spali. Gromada jakby umierała. Starego człowieka nie było przez wiele dni. W końcu wrócił, niosąc kilka kamieni oraz naręcze mchu, trawy i patyków. Parę osób wyszło mu naprzeciw, lecz on je wyminął i usiadł w ciemnym kącie twarzą do ściany. Zaciekawiony chłopiec chciał usiąść obok, lecz został odepchnięty. Odszedł więc, ale z oddali obserwował starca. Mimo półmroku widział, jak tamten uderzał kamieniem o inny kamień. Trwało to długo i znudzony miał już odejść, gdy nagle zobaczył… maleńki płomyczek. Potem pod dłońmi starego człowieka płomyk urósł, zmienił się w małe ognisko i oświetlił ścianę jaskini. Następnie ogień przeniesiono na stare miejsce i zaraz wszyscy na raz zaczęli go podsycać. Byliby go przy tym niechybnie zgasili, ale starzec ich rozpędził i dopilnował, by ognisko dobrze się rozpaliło. Wtedy jedni zaczęli tańczyć z radości, a inni pobiegli po drewno. Radosne przynoszenie opału trwało jeszcze jakiś czas, a później już prawie nikt o to się nie troszczył. Człowiek przy ognisku dobrze zapamiętał grozę tamtych dni bez ognia i nie chciał, by wróciły. Dlatego zawsze, wracając do jaskini, przynosił drewno. Pilnował też ogniska, a z czasem członkowie gromady milcząco uznali w nim strażnika ognia. Gdy wieczorami inni leżeli na swoich legowiskach, przy ognisku zostawał tylko on. Przysiadał się bliżej, poprawiał płonące drewno i patrzył. Patrzył na strzelające iskry, na dym i ścianę jaskini. Jej nierówności, załomy i szczeliny zmieniały się w takt ruchów oświetlających je płomieni – żyły. Patrząc tak, potrafił nieraz przesiedzieć aż do świtu. Tej nocy wspominał miniony dzień, a był on dobry. Po długim przymieraniu głodem, gromadzie udało się upolować żubra i wszyscy byli syci. Poprawił ognisko. Płomień strzelił do góry i mocniej oświetlił wypukłości skały. Wtedy człowiek zauważył, że przypominają one… żubra. Przyjrzał się dokładniej. Tak, mniejsza nierówność tworzyła łeb zwierzęcia, a większa tułów. Brakowało tylko nóg, rogów i ogona. Zaciekawiony tym strażnik chciał dotknąć „zwierzęcia”. Ostrożnie podszedł do ściany i wtedy ono zniknęło, bo przesłonił je swoim cieniem.…