Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Muzyka · 6 min czytania

Była jak muzyka

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

To był niezwykły dzień. Zima, śnieg zasypał już każdy zakątek miasta. Sople lodu zwisały niebezpiecznie z krawędzi budynków. Ludzie na ulicach, obsypani bielą krążyli szybko, nieudolnie próbując prześcignąć czas i samych siebie. Kolorowe światełka migocące na świątecznych wystawach, Święci Mikołaje potrząsający dzwonkami na skrzyżowaniach i...ona. Widziałem ją wyraźnie, jak gdyby stała tuż obok, choć zawsze czujny rozsądek podpowiadał mi wyraźnie, że dzielą nas metry. Taka piękna, tak niezwykła, emanowała cudowną magią, tajemnicą. Poraził mnie prąd, po plecach przeszedł dreszcz. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem czegoś takiego. Przypominała genialne, acz nowo odkryte dzieło wielkiego mistrza. Każdy jej gest, ruch, nawet najdrobniejszy szczegół przyciągał uwagę, sprawiając, że nie można oderwać od niej wzroku. Szła wolno i majestatycznie, odgarniając do tyłu długie, czarne niczym romantyczna noc włosy. Była jak muzyka… skrzypce i flet współbrzmiały we niej, cudownej sonacie pragnienia. Pragnienia obcowania z bóstwem. Słuchać jej, wiecznie i nieustannie, zanurzyć się w morzu zgubnej pięciolinii, aż do upadku gwiazd. Nie myśleć o niczym innym, wyłącznie o niej… Przeszła, znikając za rogiem. Bolesny powrót do rzeczywistości.

* * *

Mijały tygodnie, miesiące, ja wciąż nie mogłem o niej zapomnieć. Niczym głupiec. Czasami w nocy, zawieszony gdzieś w nieokreślonym miejscu pomiędzy snem a jawą widziałem ją oczyma mej duszy. Stała w nieprzemijającym świetle księżyca. Nie znałem jej imienia, ale czyż coś tak niezwykłego może mieć swą przyziemną nazwę?! Czyż mogłaby ona pomieścić ogrom piękna?! Była przecież moja, czułem ją w głębi siebie. Zupełnie jakbyśmy byli jednym sercem, jedną nierozłączną i nierozerwalną istotą. Brzmiała we mnie jak muzyka, słyszałem na każdym kroku, jak woła do mnie. Towarzyszyła mi na każdym kroku. Aria fortepianowa, symfonia skrzypcowa, szum morza, śpiew ptaków, sonata snów. Jedynym, czego pragnąłem to ją spotkać, jeszcze raz ją chłonąć. Wkrótce moje modlitwy zostały wysłuchane. Wyszła z najbliższej kawiarni i skierowała się na postój. Wyglądała odrobinę inaczej, ale wciąż promieniowała blaskiem świeżości i naturalności. Pachniała słodyczą, koncertem C – dur, łagodna jak mimoza. Siedziałem na ławce, łapczywie pochłaniając jej smak, zapach, każdy uśmiech i trzepot rzęs. Do głowy by mi nie przyszło, aby do niej podejść lub choćby iść za nią. Należała do mnie, tego byłem pewien, a tam czy tu… W końcu zniknęła, a ja znowu poczułem bolesne przebudzenie do rzeczywistości. Kolejny raz straciłem szansę na całkowite z nią. O, ja głupi…

* * *

Boleśnie przeżywałem kłopoty z rodzicami. Powinni być moim oparciem, moimi najlepszymi przyjaciółmi i towarzyszami niedoli. Powinni mnie wspierać i ufać mi, oni tymczasem…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Była jak muzyka — czytnik · opowiadania