Filozofia · 6 min czytania
Byleby marzeń nie zakazano
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ściśnięta, ciemna i tłusta masa tłoczyła się pod niewielką, szarą wiatą. Gdzie niegdzie błyskały szpikulce parasoli, raniąc opasłe reklamówki z zakupami, a tym samym powodując krótkie spięcia pomiędzy bardziej temperamentnymi starszymi paniami. Wysmukłe nitki deszczu rozbijały się o asfalt z impetem, by po chwili spłynąć brudnymi mini-korytami do niedużych zagłębień przy krawężniku. Mokrusieńki B. już na światłach spostrzegł, że nie zdoła się wcisnąć między „suchych”. I tak naprawdę wcale nie miał na to ochoty. Jak by się czuł upchany pośród szarości - zagubiony. I co pomyślałaby o nim starsza kobieta klejąca mu się do pleców. A jeśli osądziłaby go „niesłusznie”!? No i te dwie nastolatki zanoszące się śmiechem. A jak to właśnie z niego?! A krępy, łysiejący pan obok. A gdyby tak o coś zapytał -O zgrozo! B. zawsze czuł się nieswojo wśród większej grupy ludzi, niczym glonojad przyklejony do szyby, w akwarium pełnym złotych rybek. Wolał wiec przemykać w cieniu, niezauważony, bez zbędnego stresu, którego unikał nie gorzej niż Epikur przykrości. Tak też stało się i tym razem. B zdołał wypatrzyć bezpieczne miejsce tuż obok wiaty, częściowo osłonięte od deszczu i, przede wszystkim, odcięte od „suchych” kolorową reklamą sieci komórkowej, z głośnym hasłem : „łączy Cię z ludźmi”
B. od rana dręczyła myśl o zbyteczności swojego istnienia. W końcu świat by się nie zawalił gdyby jego w pewnym momencie zabrakło. Próbował wygrzebać z pamięci chwile ważne, takie, które warto zapamiętać, takie, w których miał znaczący udział, i które bez niego wyglądałyby diametralnie inaczej. Zaczął się gnębić myślą, że tak naprawdę jest tylko małą pchełką na grzbiecie starego, umęczonego świata, pasożytem, bez którego nic by się nie zmieniło. A przynajmniej nie na gorsze.
Ze stanu refleksyjnego odrętwienia wyrwał go przenikliwy pisk hamulców autobusu. Chciał już ruszyć w kierunku warczącego silnika, lecz spostrzegł straszny ścisk – ludzie przepychali się na stopniach, sprzeczali o kawałek miejsca tuż za kierowcą, jakaś kobieta potknęła się i upadła...zrezygnował.
Przypomniało mu się nagle pogodne lato: koszulka z krótkim rękawem, zaczerwieniona od słońca skóra, obdarta z zielonej farby ławka, butelka zimnego piwa, ciepłe promienie na twarzy i ktoś jeszcze. Kochająca kobieta, oczekująca jego przybycia kolejnego dnia – bezpieczna przystań na wypadek gorszej pogody. Nieopisana przyjemność. Okazało się jednak, że to jeszcze nie koniec rozstrzygnięć jego życia, że nie może nagle przeskoczyć dwudziestu kolejnych lat i karmić swoją dusze przyjemnymi wspomnieniami, po powrocie ze sprawiającej radość pracy, do kochającej żony i figlarnych maluchów. Że to dopiero…