Fantastyka · 3 min czytania
Bywa że tracę głowę
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Skróciłam się o głowę gilotyną śmiechu. Upadła na chodnik niczym dojrzały arbuz. Twarda skorupa pękła ukazując jaskrawo różową tkankę oślepiającą resztę ciała stojącego tak śmiesznie z rozkwitniętą szyją. Deszcz kroplami skakał po roztłuczonej głowie i spływał włosami w dół, barwiąc się na ciemne płatki róż płożące się wiankiem dookoła namacalnego skutku wykonanego wyroku. Kat ironicznie brzmiał jeszcze w przestrzeni odbijając się echem od martwej szarości i czarnych świateł latarni ulicznych. Niebo wodnymi pociskami chciało ukrócić tę agonię drętwego kadłubka chłonącego wilgoć. Nasiąkał on deszczem niczym duża gąbka pęczniejąc coraz bardziej z minuty na minutę. Tylko patrzeć aż zacznie się pienić i wypuszczać przez pory bańki mydlane, w których przez chwilę uwięzione ostatnie myśli organów wewnętrznych pofruną w chmury. Zanim tam jednak dolecą prysną ukłute pyskiem nietoperza biorącego je za przystawkę do kolacji. Z hukiem spadną na ulice miasta i zostaną rozjechane przez samochody spieszące się do garaży i na parkingi strzeżone przez rencistów memłających krakersy. Bezgłowe ciało puchło dalej pokornie napełniając trupie komórki deszczówką. Zaczęło przejmować dziwne, rozlewające się kształty stając się…