Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 38 min czytania

Cacea Iustita est

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dostojny ekwita Mariusz Tercjusz Flavius, ocierając spocone czoło i mamrocząc pod nosem przekleństwa, przeciska się zatłoczonymi ulicami Wiecznego Miasta. Piekielny żar zamienia brukowe kamienie w rozgrzaną patelnię, w duchocie oddycha się jak przez mokrą szmatę. Mimo morderczego upału Via Sacra roi się od zadyszanych przechodniów, tłuszcza blokuje przejście i szlachetnie urodzony musi torować sobie drogę ciężką, żelazną laską. Niechaj zaraza wygubi wszystkich śmierdzących, obszarpanych plebejuszy, to ludzkie błoto. Dlaczego nie wziąłem lektyki? Zachciało mi się spacerów, główną aleją w słoneczne południe... Przecież nie mogę się spóźnić, bo jeśli się nie stawię, to prefekt wyda wyrok na korzyść tego nikczemnika. Niedoczekanie! Rozwścieczony do granic patrycjusz odkopuje czepiającego się jego togi żebraka, wymija natrętnych ulicznych handlarzy, przechodzi mimo posterunku pretorianów i skręca w boczną uliczkę odchodzącą od hałaśliwego targu niewolników. Cień przynosi ulgę, jednakże w panującym półmroku niewiele widać; ekwita przyspiesza kroku, zna przecież drogę. To mało używany skrót, jeśli nic nie stanie mu na przeszkodzie, dotrze nim do bazyliki w dużo krótszym czasie, niż przedzierając się zapchaną ludźmi i wozami aleją. Szczury uciekają spod nóg, sandały grzęzną w obrzydliwym błocie, Flavius co chwila musi odkopywać z drogi miedziane garnki, połamane ramy okienne i podobne śmieci, idzie jednak szybko, nie zważając na to. Głowę zaprząta mu bliski proces, w myślach zbija kolejno argumenty, jakie może wytoczyć przeciwnik, przekonuje prefekta i zebranych o swoim całkowitym braku winy, wyłuszcza im dokładnie, iż nie jego winą są szkody w majątku Sylwiusza Oktawiusza Pulchera, że nie ma na to żadnych dowodów, a cała sprawa jest kompletnym nieporozumieniem. W jego wyobraźni sądzący potakująco kiwa głową, zebrani zaś klaszczą olśnieni pięknem, logiką i jasnością jego wywodów... Rozmyślania przerywa nagłe pojawienie się w uliczce dwóch zarośniętych obcych, na pierwszy rzut oka cudzoziemców.. W pierwszej chwili Flavius chce po prostu przejść między nimi, ale coś- może intuicja- ostrzega go przed zbliżaniem się do włóczęgów. Przystaje niezdecydowany, tamci zagradzają sobą wąskie przejście. Wionący potem, piwem i moczem, przyodziani w cudaczne, ale wybrudzone stroje, jak wszyscy barbarzyńcy nieogoleni, uśmiechają się dziwnie na jego widok; ich wykrzywione oblicza przywodzą na myśl zwierzęce mordy. Jeden z nich, z nieco inteligentniejszą twarzą, zagaja: - No, czego się boisz, przyjacielu? Przecież cię nie pogryziemy.- jakoś te słowa wywołują odwrotny efekt, patrycjusz odruchowo cofa się o krok. - Idźcie swoją drogą- odpowiada zaniepokojony. - Ej no, to takie u was, obywateli, chamskie obyczaje?-brodacz - Coś mi się widzi, że trza szanownego obywatela nauczyć porządku, jak to leciało, Lembit? - Chamstwu – ozywa się towarzysz, jego łacina przyprawia o zgrzytanie zębów- trzeba siem przeciwstawiać siłom i godnościom osobistom.- - No właśnie, hehe. - pierwszy postępuje ku Mariuszowi, sięgając ręką za pazuchę. Ekwita maca przy pasie w poszukiwaniu rękojeści gladiusa, niestety, nie zwykł nosić broni w mieście. - Oddaj nam wszystkie pieniądze przyjacielu, a może puścimy cię z życiem – w dłoni obcego pojawia się paskudnie wyglądający, zakrzywiony nóż, drugi dobywa nabijanej ćwiekami pałki.- Może.- - Jestem ekwitą z rodu Tercjuszów, będziecie mieli kłopoty. Nie wiece, co to jest?- pokazuje trzymaną w ręku czarną, zakończoną złotą gałką laskę; zbiry kwitują jego ostrzeżenie koszmarnym rechotem, rozdzielają się, zachodząc swą ofiarę od boków. - Ostrzegam ostatni raz, to się dla was źle skończy.- - A kto nam cokolwiek zrobi, no? Znikniemy z miasta, nim ktokolwiek znajdzie twego trupa, przyjacielu. - Idioci. Trudno, edykt zabrania, ale przecież, jako rzecze Cycero, est enim ea non scripta, sed nata lex, quod vim vi repellere licet. Brodacz zamierza się do mordercza ciosu, wtem ekwita unosi laskę- ze złotej gałki strzela niewielka błyskawica, porażony zbój wrzeszczy i upuszcza broń. Na twarzy zostaje mu wypalony, łańcuchowaty ślad, odzież i włosy zajmują się ogniem. Jego towarzysz rzuca się do panicznej ucieczki, Mariusz samą siłą woli ciska za nim ułamany fragment spiżowej ramy. Ostry odłamek wbija się w potylicę zbira, ten pada martwy. Mag podchodzi do drżącego konwulsyjnie, usiłującego zedrzeć z siebie płonące ubranie brodacza, kopnięciem przewraca go na bruk. Przystawia różdżkę do czoła włóczęgi. - Nie, panie- leżący z ledwością porusza poparzonymi ustami- Błagam, ja...- - Przyjacielu, śmierdzisz i zawadzasz mi.- Krótki błysk rozświetla półmrok zaułka. Czarnoksiężnik wychodzi ku blaskowi dnia- bazylika już niedaleko, prostokątny, zbudowany z czarnego bazaltu budynek góruje nad forum. Wygaszając artefakt, zmierza w kierunku wspartego na wysokich kolumnach portyku. Nie ogląda się za siebie.

***

-Proszę wstać, sąd idzie!- ochrypły głos woźnego sądowego podrywa zgromadzonych na nogi. Stary goblin rozwiera wrota, wpuszczając do sali odzianego w purpurową, sędziowską togę Tuliusza Sewera Agelatusa, tudzież kroczącego za nim czarnoskórego orkickiego niewolnika, niosącego laskę dostojnika i pęk zwojów. Prefekt sadowi się na zdobionym krześle pośrodku podwyższonej apsydy i odbiera od sługi papier, zebrani w hali bazyliki nadal stoją. Za sędzią wmaszerowuje kilku orków- pretorianów o małpich twarzach, odgradzają go szpalerem od reszty sali, jak gdyby spodziewali się ataku. W bocznych nawach kramarze, na czas procesu zmuszeni zaprzestać handlowego procederu, dyskutują żywo o przedmiocie sporu i szansach stron, mężczyźni w większości przyznają rację odzianemu w czarną ze szkarłatnym pasem, rycerską trabeę jasnowłosemu Flaviusowi, kobiety zaś skłaniają się ku stojącemu obok wysokiemu, młodemu szatynowi Pulcherowi, podziwiając jego piękne, harmonijnie rozwinięte ciało. Przybrany jedynie w odsłaniającą łydki i ramiona, modną tunikę ze złotogłowiu, z utrefionymi włosami i wonący zamorskimi pachnidłami, w kontraście z weteranem prezentuje się niczym Apollo wobec Hefajstosa, jedynie czarnoksięska laska w jego dłoni wskazuje na równość stanu obydwu. Młodzieniec widocznie zauważa niewieście zachwyty, posyłając co powabniejszym przedstawicielkom płci pięknej czarujące uśmiechy. Ha, gdyby to one wydawały wyrok, zwyciężyłbym po pierwszej przemowie; ba, jeszcze przed początkiem rozprawy. Niestety, sądzi stary dziad Agelatus, do niego przemawiają tylko zimne fakty; ale nie szkodzi, to ja mam rację i to udowodnię. Po co ten głupiec Tercjusz w ogóle przychodził na proces? Żeby dać mi się upokorzyć? To nie pole bitwy, barbarzyńco, tutaj nie można wygrać, okładając adwersarza pałą po łbie. Ech, wojownicy, najgorsza i najbardziej prymitywna część Imperium. Dlaczego w ogóle wpuszczają do towarzystwa ludzi, którzy jedyne co znają, to rzeź, krew i błoto? Ohyda. - Jak widzę, dzielny i wspaniały rycerz Mariusz, spóźniony bo spóźniony, zechciał jednak przybyć i zmierzyć się ze mną przed obliczem sędziego? Zaiste, trzeba wiele odwagi, by stanąć samotnie do pojedynku na słowa, na obcym terenie i wobec nieznanej sztuki walki.- - Och, Fortuna i Iustitia mają wiele wspólnego- obie są ślepe i obdarzają swą łaską, nie bacząc na osobę. Zaś co do mego stawiennictwa- przyszedłem choćby po to, by ujrzeć dziw na dziwy i cud niemożebny, jakiego w Wiecznym Mieście ab urbe condita nie widziano.- - Można li wiedzieć, co to takiego?- - Modniś Sylwiusz Pulcher z magiczną różdżką w ręku, trzymający ją, co prawda, jak niezdarne dziecko, ale zawsze. Ciekaw jestem, kiedyś jej ostatnio używał, młodzieńcze? Jakoś nie zauważyłem cię podczas wyprawy przeciwko Białym.- - Zostawiam rozłupywanie głów bieglejszym od siebie, przedkładając towarzystwo pachnących perfumami kobiet nad kompanię śmierdzących potem orków. Cóż jednak, de gustibus est non disputandum.- Wtem wymianę uszczypliwości przerywa donośny głos prefekta: - W imieniu Boga Wszechmogącego, Pana Wszechświata i Nieśmiertelnego Cesarza Juliusza Fausta Viraga Magnusa, jego zastępcy na ziemi, Pana i Władcy Wiecznego Imperium, Króla Czarnoksiężników, Ojca Ojczyzny, Wielkiego Prawodawcy, Obrońcy Ludu i Pogromcy Smoków, otwieram przewód sądowy. Wieczorem dnia czterdziestego Aprilis, Anno Domini Dziewięć Tysięcy Dziewięćset Osiemdziesiątego Czwartego ekwici Sylwiusz Oktawian Pulcher, jako powód i Mariusz Tercjusz Flavius, jako pozwany stawili się przed sądem prefekturalnym w celu rozpatrzenia wynikłego pomiędzy nimi sporu. Powód wnosi o zasądzenie na swoją rzecz zapłaty przez pozwanego sumy dziesięciu tysięcy denarów tytułem odszkodowania za straty wyrządzone w jego majątku wiejskim przez pozostawioną bez opieki rozszalałą wiwernę bojową, należącą do powoda, argumentując iż na podstawie Drugiego Edyktu Cesarskiego właściciel ponosi odpowiedzialność za szkody wyrządzone przez swe zwierzę. Pozwany wnosi o oddalenie powództwa. Czy strony są obecne? - Obecny.- melduje Mariusz. - Jestem, jakże bym mógł zawieść dostojnego sędziego.- z uśmiechem ogłasza Pulcher. - Czy pozwany uznaje powództwo?- - Nie.- - Wobec tego, pierwszy zabierze głos powód.- - Wysoki Sądzie, wysłuchaj mnie i oceń rozmiar mej krzywdy! Dni temu dwadzieścia, w czasie Wielkanocy, którą wraz z przyjaciółmi świętowałem w mej rezydencji w Urbi Draconis, w mojej willi pod stolicą zjawił się straszliwy potwór, diabeł wcielony i dzika bestia! Spadł niczym grom z jasnego nieba na pracujących spokojnie niewolników, jednego na miejscu ubił, drugiego pogryzł, resztę zaś tak rozgonił, iż dwa dni musiałem tułać się po lesie z kijem i siecią, aby ich sprowadzić! Na tym jednak nie koniec, bo przepędziwszy niewolników i poturbowawszy srodze strażnika, istota owa krążyć poczęła po całym gospodarstwie, zniszczyła wózek do pełzaczy, wywróciła płot i połamała łodygi twardorośli, ale najgorsze jeszcze przed nami- oto potwora, szalejąc po folwarku, trafiła w końcu na postawioną kosztem trzech tysięcy denarów oczyszczalnię i jak nie machnie ogonem, jak nie rozniesie w drzazgi dachu, jak nie przegryzie sita, jak nie złapie w zęby destylarni i nie wyrzuci na zewnątrz! Najdroższe, kurr...na rzeczy musiała rozwalić, coby ją zaraza! Potem jeszcze wychłeptała sfermentowaną spadź z kotła, dobry culleus, i rozochocona popędziła na pastwisko pełzaczy, oj, tam dopiero poszalała! Z czystej radości mordowania zagryzła dwa dojrzałe pełzacze, trzeciego zaś uniosła w szponach wysoko w powietrze i spuściła na ziemię, aż gruchnęło! Nie wiem, jakim cudem nieszczęsne stworzenie przeżyło, ale ma tak popękaną skorupę, iż wątpię, by przetrwało żywe jeszcze choćby dekadę! Zaś co za potwór poczynił taki ogrom zniszczeń, taką katastrofę i nieszczęście? Wiwerna Mariusza Tercjusza Flaviusa, a jakże by inaczej! On to puścił ją luzem, nie wiem, zali umyślnie, czy przez przypadek; dochodzić tego litościwie nie będę, albowiem tylko o kompensatę mi chodzi. Pytam więc, czy zapłata dziesięciu tysięcy denarów, bo tyle wynoszą moje straty, wedle prawa w sumie podwojonej, sprawiedliwe mi się nie należy? Testes estote!- tu zwraca się do stojących pod kamienną kolumną służących, najwidoczniej z owego splądrowanego folwarku. - Proszę teraz o zabranie głosu pozwanego.- prefekt wskazuje laską Mariusza. - Wysoki Sądzie, wysłuchaj mnie i uznaj ma niewinność! Wiwerna moja zwierzęciem jest łagodnym i spolegliwym, nigdy mi się nie zdarzyło, aby sama poniosła lub ukąsiła kogokolwiek, co dopiero mówić o podobnej furii! Jestem święcie przekonany, iż w rzeczywistości szkody w majątku Sylwiusza Oktawiusza Pulchera zostały spowodowane przez inne stworzenie. Testes estote!- rzuca w kierunku dwóch przybyłych na proces, ubranych po żołniersku orków. - Jak to?! Niewolnicy, świadkami?! Wysoki Sądzie, sprzeciw! To niezgodne z Drugim Edyktem Cesarskim!- oburza się Pulcher. - Mariuszu Tercjuszu, pański przeciwnik ma rację. -potwierdza prefekt.- Jedynie wolny może świadczyć, tak mówi prawo.- - Znam prawo, Wysoki Sądzie. Ci orkowie są wolni, już od czterech lat służą mi jako pocztowi; widać zresztą, że przyszli tu sami, a nie w moim orszaku.- - A skąd niby mamy wiedzieć, że to prawda?- młodzieniec nie rezygnuje. - Gdyż zaświadczam to słowem rycerskim.-odpowiada twardo weteran.- Oczywiście, można przeprowadzić dowód; Tytus Marek Mektator, legat Czarnego Legionu, cały czas powinien mieć akty wyzwolenia Remusa i Romulusa.- - To niepotrzebne, nie mam zamiaru przedłużać postępowania. Słowo rycerskie wystarczy.- odrzeka prefekt. - Protestuję! Nie godzi się, aby brudny ork decydował o sprawach ludzi!- - To ja, w imieniu Nieśmiertelnego Cesarza decyduję o rozwiązaniu sprawy i nie zapominaj o tym, Sylwiuszu Oktawiuszu.- rzuca ostro dostojnik.- Zarządzam przesłuchanie świadków, zgodnie z prawem najpierw po stronie powoda.- Z grupki służących występuje odziany jedynie w prymitywnie skrojoną, błonową koszulę i sznurowe spodnie wieśniak. Rozglądając się strachliwie wokoło i miętosząc w rękach burą czapkę, wychodzi na środek hali. Zwraca pokrytą kilkudniowym zarostem twarz w stronę prefekta, ten zaś zaczyna przepytywanie. - Jak brzmi imię świadka, i jakie stosunki łączą świadka ze stronami?- - Wołają mnie Paweł, dostojny, eee... znaczy stosunki...- - Ech... Kim świadek jest?- - Ja prosty człowiek, wielki panie..- wystraszony wieśniak pochyla się uniżenie. - Proszę zwracać się do sądu per Wysoki Sądzie.- karci go prefekt. Po czym dodaje łagodniej- I nie kłaniać się, jest pan wolnym obywatelem Imperium i nie musi pan klękać przed nikim. Z czego świadek żyje?- - Ja pasam pełzacze, znaczy Per Wysoki Sądzie, świadek pasa pełzacze u dostojnego pana Sylwiusza Oktawiusza Pulchera, i jestem... jest tam kolonem. Świadek żyje biednie, ale zawsze jakoś daje się związać koniec z końcem...- - Proszę przejść do rzeczy.- żąda Tytus Sewer, z westchnieniem rezygnując z tłumaczenia kmieciowi zasad zachowania przed sądem.- Niech świadek opowie, co widział dwudziestego Aprilis na folwarku swojego opiekuna.- - Znaczy o tej potworze?- upewnia się wieśniak, uzyskawszy potwierdzenie kontynuuje.- Wtedy ja pracował, znaczy świadek pracował przy płocie, znaczy patyki wbijał w ziemię.- kolejne westchnienie prefekta- To jest, o to chodzi, świadek brał młotek, brał kijka i rypał w tego kijka młotkiem tak długo, aż się pogrążył w ziemi. Bo, tego, poprzedni płotek to go kolos wywrócił jak uciekał z pola, skurczybyk jeden, to świadek zrobić nowy musiał. No to robi ten płot świadek, robi, robi, już pół folwarka obleciał, no to się świadkowi pić zachciało, to świadek poszed, i świadek się napił, i świadek wrócił, ale płota już nie było. Znaczy, był, ale cały rozwalony w pierdu, myślałby kto. No to świadek siem wkurzył, wziął sztacheta i poszed nastukać temu żłobu, co to rozwalił, patrzy, szuka, ale nikogo ni ma. No to siem świadek po głowie podrapał, bo, znaczy, wszy tam miał, no ale nic nie wymyślił. Aż tu nagle pierdyknie gdzieś z tylca! -dla lepszego zobrazowania swych słów wieśniak z całej siły tupie butem w kamienną posadzkę, aż echo niesie po hali- Świadek siem odwrócił, spojrzał, a tu nikogo, jeno szopa w cholerę poszła. Pomyślał świadek, kurna, może wiatr jaki, i podszed tamój, no i na całe szczęście, bo zaraz tam, gdzie stał, to rypnął z nieba ten no, wóz na pełzacze i w drzazgi poszed. To siem świadek przestraszył ździebko, ale pomyślał, ze to chyba z góry atakujom. No i zerknął, i zobaczył taaaką potworę. -rozwiera szeroko ręce- Czarna taka, a straszna, a czarna, że hej. I straszna. I ta czarna zara się wwali przez dach do oczyszczalni, co tam żona moja Balbina pracowała, i w cholerę rozniosła wszystko, a potem wyszła i jeszcze zagryzła Płytkę i Nosacza, a Grubaska podniosła w górę i o ziemię pizła, wywłoka jedna. No to świadek siem przestraszył, ale potwora już poleciała, gdzieś kurna w dal. To tyle, Per Wysoki Sądzie.- kmieć kłania się ja aktor po występie i wycofuje do stojącej grupki. Zmęczony prefekt nie ma ochoty zadawać mu żadnych pytań, ociera spocone czoło. Jezu Miłosierny, dopiero czwarta, dzisiaj jeszcze dwie sprawy, jak ja to wytrzymam... Jeśli następni świadkowie Pulchera będą prezentować sobą podobny poziom, to albo skonam na tym krześle, albo wezmę różdżkę i powybijam tę bandę do nogi. - Następny świadek, cały czas powoda. Proszę.- zarządza, po czym z jęknięciem stwierdza, iż w jego kierunku zmierza, okutana mimo gorąca w watowaną spódnicę, wiejska baba o pokrytej liszajami twarzy. W ręku dzierży, Bóg jeden wie po co, długi, poskręcany kostur. Stukot kija o kamienną posadzkę przerywa ciszę na sali. Kobieta staje przed prefektem, wpatrując się weń uważnie. - Jak brzmi imię świadka, i jakie stosunki łączą świadka ze stronami?- pyta słabym głosem urzędnik. - Eee? Znaczy ja jest Balbina, żona tutaj obecnego Pawła, mojego menża.- - Proszę opowiedzieć, co spotkało panią dwudziestego Aprilis w majątku Sylwiusza Oktawiusza Pulchera.- - Ja, proszę Wysokiego Sądu, robiła wtedy przy destylarce, prawda, i ja nic nie słyszała, jak ta potwora przyleciała, i jak rozwalała, bo ja jest trochę przygłucha, prawda, od czasu, jak mię wahadło ode młyna w łeb pukło, ale wie ci ja od obecnego tutaj Pawła, mojego menża, że ona wleciała na pole i...- - Proszę mówić tylko o faktach przez siebie zaobserwowanych, nie znanych z relacji.- - Ale no ja właśnie o tym, prawda. Mój obecny tutaj monż Paweł mówił mię przecież, że ta potwora wleciała, prawda, i zniszczyła płot, i wóz, i twardorośli nałamała, prawda, i jego mało co nie ubiła... A co ja biedna bym bez niego zrobiła, prawda, przecie ja kobieta słaba - wieśniaczka załamuje rozpaczliwie ręce - ja bym pewno z głodu zdechła, a co by moje dziatki zrobiły, olaboga, ojezu...- - Proszę do rzeczy!- - No ja przecież o tym mówiła, Wysoki Sądzie! Co kobieta bez małżonka zrobi, jakby ona, prawda, ta potwora go ubiła wtedy, prawda, przecie ja bym dzieciom nie miała co do gęby włożyć, o sobie już nie wspominając, bo ja to sobie poradzem, prawda, w mojej rodzinie to wszyscy se radzom, prawda, my koloni od dziada pradziada i kobiety u nas twarde, życia nawykłe...- - Dość!- rzuca zniecierpliwiony sędzia.- Proszę świadka o powrót na swoje miejsce.- - Ale co, jakże to?!- rozdziera się baba.- Ale to niesprawiedliwość siem dzieje!! Przecie ja jeszcze o najważniejszym nie powiedziała, jak ta potwora...- - Na miejsce!- ucina dyskusje sędzia i daje znak dwóm orkickim pretorianom, ci ruszają w stronę chłopki. - Zostaw mnie, paskudo, sama pójdę- sprzeciwia się Balbina, ale małpoludy i tak łapią ją pod ramiona, po czym wywlekają do bocznej nawy, pomstującą wniebogłosy, na czym to świat stoi. - Wysoki Sądzie, pozwolę sobie na protest! - wtrąca oburzony Sylwiusz Pulcher - to mój bardzo ważny świadek!- - Proszę więc wnieść skargę do cesarza, pana prawo.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Cacea Iustita est — czytnik · opowiadania