Fantasy · 1 godz. 22 min czytania
Cadaver Company
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
"In my dreams I can see you I can tell you how I feel In my dreams I can hold you And it feels so real"
Just For You Anyu!
wersja: 0.998
Na podłodze pogrążonego w mroku pomieszczenia znajdowało się dosłownie wszystko. Ktoś, komu chciałoby się przekopać przez tony nikomu niepotrzebnych śmieci, mógłby natrafić na coś naprawdę wartościowego. Lokalne bandy przewijały się przez ten, jak i setki jemu podobnych pustostanów, a każdy dorzucał coś od siebie. Do takich melin nikt spoza marginesu nie ośmieliłby się zbliżyć, a członkom rozmaitych gangów na porządku w przelotowych mieszkaniach nie zależało. Mały, unoszący się w powietrzu dzięki parze repulsorów blat oraz trzy obszerne, pokryte sztuczną skórą, kanapy stanowiły jedyne wyposażenie pokoju. Czworo młodych ludzi odpoczywało na tychże w komfortowych pozycjach. Na stoliku leżały gotowe do użycia ciśnieniówki - strzykawki jednorazowego użytku, których sposób działania opierał się na zasadach dyfuzji prostej. Ich używanie było odrobinę bardziej bolesne, niż stosowanie igieł, ale przynajmniej eliminowały ryzyko zakażenia wirusem HIV. Trzej mężczyźni i kobieta – wszyscy oddawali się w pełni narkotycznym wizjom, które odbywały się w ich odpowiednio zmotywowanych wyobraźniach. Nie wyróżniali się niczym od innych przedstawicieli młodych miejskich gangów. Bogato ubrani, wytatuowani, z włosami we wszelkich możliwych kolorach i ciekawie dobranych szkłach kontaktowych. Żyli krótko, ale intensywnie i znakomicie zdawali sobie z tego sprawę. Narkotyki i inne środki chemiczne o nazwach trudnych do wymówienia, setki żądnych wrażeń partnerek (bądź dla kobiet – partnerów) na jedną noc i regularnie powtarzające się brawurowe napady w celu podreperowania funduszy – właśnie to ich ekscytowało. Jeden z mężczyzn, Sean, podszedł do okna, choć kosztowało go to wiele wysiłku. Przetarł powierzchnię szyby dłonią. Do wnętrza dostała się odrobina promieni świetlnych emitowanych przez unoszące się wysoko nad powierzchnią Starej Ziemi latarenki. - Po coś to, kurwa, zrobił?! – spytał drugi, David. - Nienajlepiej się czuję – odpowiedział Sean. - Zgadnij, co nas to obchodzi – wtrącił się trzeci spośród nich, Tom. Odkąd tylko sięgali pamięcią trzymali się razem. Tu, na dole, nikt nie miał taryfy ulgowej. Mieszkańcy biedniejszych dzielnic, czyli ponad ¾ populacji, dawno zapomnieli, co oznacza pojęcie wychowania. Matki oddawały dzieci zaraz po ich urodzeniu. Setki noworodków w spartańskich warunkach, w szpitalach, spędzało pierwsze lata swojego życia, po czym wychodziło na ulice, gdzie rozmaite ugrupowania już czekały na nich z otwartymi ramionami, dając im choć trochę uwagi i tak potrzebnego zrozumienia. W ten sposób odbywała się rekrutacja, a ci którzy nie chcieli się podporządkować umierali, bądź rzadziej, tak jak gang Toma, łączyli w maleńkie społeczności. Tom był starszy o kilka lat od pozostałej trójki – Davida, Seana oraz jedynej w grupie kobiety - Anne, która szczerze nienawidząc swojego imienia, potrafiła wyraźnie dać do zrozumienia, że chce by nazywano ją Kitty. To on zebrał ich do kupy, ratując przed pewną śmiercią. Razem, momentami ledwo wiążąc koniec z końcem, szczęśliwie dobrnęli do wieku, w jakim włamania i napady okazywały się bajecznie prostym sposobem na zapewnienie sobie odpowiedniego standardu życia. Jak sami mówili: teraz już nic nie mogło ich zaskoczyć. - Muszę wyjść, kręci mi się w głowie – kontynuował Sean. - Tylko wróć szybko, znasz zasady – przypomniał mu Tom. Środki bezpieczeństwa, do jakich musieli się uciekać już nie raz uratowały im życie. Szereg przepisów, które ułożyli, opierając się na przeżytych przez siebie doświadczeniach miał uniemożliwić potencjalnym wrogom odnalezienie ich kryjówki, bądź poznanie ich danych osobowych. Tom często przypominał o regułach, jakich mają się trzymać. Sean ruszył szybkim krokiem w kierunku windy. Kobieta, która na korytarzu ominęła go szerokim łukiem, uniknęła konsekwencji swego aroganckiego zachowania tylko dlatego, że było mu niedobrze. Stanął w wyznaczonym miejscu, by dać budynkowemu komputerowi do zrozumienia, że na jego piętrze jest chętny do zmiany kondygnacji. Automat zareagował szybko i charakterystycznym dzwonkiem dał znać o wykonanym zadaniu, nim otworzył drzwi do szybu. Na wiszącym u szczytu tylnej ściany kabiny miniaturowym telebimie z pewnością wyświetlałyby się teraz reklamy rozmaitych produktów, gdyby nie to, że dawno temu ktoś uszkodził kineskop. Pokonanie trzystu pięter trwało niecałą minutę. Niestety ogromna prędkość, mimo nowoczesnych stabilizatorów, wywołała u Seana jeszcze większe nudności. Wybiegł przed budynek i długo walczył z własnym żołądkiem, nim świeże powietrze ustatkowało sytuację. Oparł się o stojący na parkingu pojazd i ciężko oddychając czekał, aż odzyska siły. Z pobliskiej alei wyłoniła się grupka bezdomnych z wyboru. W dolnym mieście było tyle mieszkań, że udałoby się zakwaterować wszystkich, jednak niektórzy ludzie czujący się źle w zamkniętych i ciasnym pomieszczeniach, pociągani przez ogromne przestrzenie, stawali się ulicznymi nomadami, całe życie przemieszczającymi się pomiędzy wszechobecnymi zabudowaniami. Starsza kobieta w ubraniach ze sztucznej wełny, której notabene nikt o zdrowych zmysłach już nie używał, bo była zbyt silnym alergenem dla większości organizmów, oddzieliła się od grupy i podeszła do Seana. Przystanęła kilka metrów od niego, opierając się o rdzewiejącą pozostałość po latarni z zeszłej epoki. Coś w mężczyźnie zwróciło jej uwagę, więc przyglądała mu się uważnie wzrokiem ukrytym za wyraźną mgłą, co spowodowane było zapewne zażywaniem tanich pseudo-narkotyków. Namiastkę prawdziwego upojenia dawały środki, które sprzedawano nielegalnie w sklepach starego typu, nadrabiających w ten sposób straty wywołane przez wprowadzenie nowatorskich metod robienia zakupów nie wymagających pośrednictwa ludzi między klientem, a fabryką. - Co tutaj robisz sam o tej porze? – spytała. Cisza. Nie odpowiedział. Gardził nią, bo była kimś gorszym. Czuł się podle, a na dodatek miejska biedota odważyła się go zaczepić. Kurczowo ściskał pięści, żeby się uspokoić. Z każdym rokiem coraz gorzej szło mu panowanie nad własnymi nerwami. - Słyszałeś kiedyś o tym, co wysoko? – dodała. Oczywiście na tym się nie skończyło. Był to jedynie początek do długiego wykładu o podłożu głęboko filozoficznym. Szczęśliwie preambuła wystarczyła by Sean pogrążył się w rozmyślaniach na zaproponowany temat. Górne Miasto było już w zasadzie legendą. Od tysięcy lat nikomu nie udało się tam dostać, nikt też już stamtąd nie schodził. Dawno temu, gdy Świat był tak przeludniony, że stał się w zasadzie jedną wielką metropolią i na terenach, gdzie istniały odpowiednie warunki nie było już ani metra kwadratowego powierzchni pod zabudowę, ludzkość rozpoczęła ekspansję w innym kierunku – do góry. Mozolna wspinaczka przestała wystarczać, kiedy okazało się, że potrzeba zbyt wiele czasu, by ze szczytu powrócić na powierzchnię. Odkryciem drugiego tysiąclecia nazwano durabeton - materiał budowlany, który gęstniał i stawał się w zasadzie nieprzerywalną skorupą w ciągu ułamka sekundy pod wpływem ognia. Wynalazek pozwolił stworzyć inżynierom Zadaszenie – niekończącą się, umiejscowioną wiele kilometrów nad Ziemią i równolegle ułożoną do jej powierzchni kopułę. - Mówią, że najbogatsi dostali przydział i powłazili nad daszek... A reszta została na dole. Przez jakiś czas rzekomo trwała wymiana – ktoś awansował i przenosił się na górę, ktoś złamał prawo, za co zsyłano go na dół. Kiedy wystraszeni obywatele wyższego miasta zrozumieli okrucieństwo kary przestępczość ustała, a przynajmniej – ustały zsyłki. Teraz, o ile wierzyć pogłoskom, między górną, a dolną kondygnacją nie ma żadnego kontaktu. Bogaci urzędnicy z góry pozostawili większą część ludzkości bez opieki. Na całe szczęście dół zamieszkiwały również setki zdolnych naukowców, którzy uratowali społeczeństwo przed zgubą, wywołaną problemami, jakie stwarzało Zadaszenie. Dość. - Zamknij się – krzyknął Sean. Kobieta ucichła momentalnie i wlepiła oczy w ulicę. Źródłem jedynego wybrzmiewającego dźwięku były repulsorowe silniki śmigających gdzieś wysoko nad ich głowami pojazdów najróżniejszego rodzaju. Milczenie. - Nie chciałbyś… - spróbowała znów zacząć nomadka. - Powiedziałem, żebyś się zamknęła – odparł spokojniej Sean i ruszył w kierunku wejścia do budynku. Kiedy się odwrócił kobieta chwyciła go za rękę, a tego już nie mógł zignorować. Wykonał obrót i jednym szybkim ruchem uderzył ją mocno dłonią w twarz. Ta tylko przez chwilę zastanawiała się nad odpowiednią reakcją - oddała tym samym. Mężczyzna błyskawicznie wyjął pistolet i przystawił jej lufę do brzucha. Nie zdążyła westchnąć, nim on trzy razy pociągnął za spust, po czym wbiegł przez frontowe drzwi do swojego drapacza chmur. Nie mógł pozwolić, by ktoś go zobaczył, więc kilka pięter pokonał używając schodów. Potem wezwał windę i skierował ją na docelową kondygnację. Wyszedł z kabiny, przysiadł na resztkach po dyspozytorze z napojami i czekał, aż adrenalina w jego organizmie przestanie się wydzielać. Uśmiechnął się lekko. Choć nie przepadał za zabijaniem, to miał okazję się upewnić, że jeszcze nie wyszedł z wprawy w strzelaniu, a przecież wielkimi krokami zbliżała się kolejna akcja, bo kończyły się im pieniądze. Trzeba będzie coś napaść, żeby mieć za co zakupić niezbędne do życia towary. W kierunku windy szła kobieta, która kilkanaście minut temu ośmieliła się potraktować go lekceważąco. Wstał i zablokował jej przejście, więc spróbowała wejść na klatkę schodową. Tym razem również zastawił drogę, złapał ją mocno za ramię i pchnął. Siła uderzenia sprawiła, że ofiara upadła na schody dopiero w połowie ich długości. Omdlała, bądź po prostu była zbyt sparaliżowana strachem, aby się poruszyć. Tak czy inaczej, będzie go teraz z całą pewnością traktować z większym szacunkiem. Wrócił do reszty. - Czemu tak długo? – spytał Tom zaraz po tym, jak jego towarzysz pojawił się w pomieszczeniu. - Nie mogłem dojść do siebie – pod żadnym pozorem nie wolno mu było wypaplać, że w publicznym miejscu użył swojej broni. – Posiedziałem chwilę na świeżym powietrzu. Lider spojrzał mu w oczy, choć wiedział, że kolorowe soczewki zatuszują ich prawdziwy wyraz, więc niczego szczególnego w nich nie zauważy. Sean uśmiechnął się niepewnie i zaraz tego pożałował. - Przestań się, kurwa, głupio cieszyć. Znasz zasady, przypominałem ci zresztą przed wyjściem – kontynuował wykład. - Znam zasady, ale nic złego się nie wydarzyło. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. - Tego nie wiesz. Jeżeli coś pójdzie nie tak, szczerze tego pożałujesz. Dobrze wiesz, jak mogą się kończyć takie akcje. Ostatnia rzecz, jakiej nam potrzeba, to kolejna przeprowadzka do innej dzielnicy, zwłaszcza teraz – przed napadem. Kitty i David z kpiącym uśmiechem przyglądali się scenie. Setki razy dane im było widzieć, jak u Toma budzą się ojcowskie instynkty. Mimo, że był o jedynie kilka lat starszy, strofował ich tak, jak to robi świeżo upieczony tatuś. On sam wydawał się nie zauważać swej nadopiekuńczości, wręcz przeciwnie – wyglądał na osobę, która bardzo poważnie podchodzi do swojej roli. Kiedy upewnił się, że beztroski klimat zanikł już definitywnie wypuścił Anne z objęć i podniósł się z kanapy. Usiadł na blacie, który obniżył pod wpływem jego ciężaru pułap o kilka centymetrów. Sean zajął jedyne słuszne miejsce. Tom uwielbiał stawać się centralnym punktem półokręgu, jaki stanowili jego słuchacze i zdarzało mu się wpadać w szał, gdy ktoś zapominał o jego przyzwyczajeniach. Miał kręcone włosy. Jeden z loków, o nieskazitelnie białej barwie, wyróżniał się na tle pozostałych - ciemnych. Kiedy starał się podkreślić powagę sytuacji zaczynał z pasją obracać go między palcami. Tego, czy robił to świadomie, grupie jeszcze nie udało się ustalić. Tom zwykł mawiać, że niegdyś wszystkie jego włosy były tego koloru, bo każdy rodzi się z takimi, jakie najlepiej symbolizują jego osobowość i, w związku z tym, gdyby przyszedł na świat w innych czasach zostałby z pewnością księdzem lub ułożonym naukowcem – nie byli w stanie uwierzyć. - Sporo się nad tym zastanawiałem – zaczął. – Doszedłem do wniosku, że czas płynie i kto wie, jak będzie wyglądać sytuacja zarówno z nami, jak i otoczeniem za lat kilka. Postanowiłem, że przyszła pora na akcję kończącą naszą karierę – nikt nie odważył się mu przerwać. – Szczerze mówiąc, mam też już tego dosyć. Rozleniwiłem się, więc zamierzam przy waszej pomocy dokonać jednego, ostatniego brawurowego skoku, który pozwoli nam resztę życia opływać w luksusach. Cisza, oczekiwał chyba jakiegoś konkretnego pytania. - W takim razie, na co chcesz napaść? – zapytała Kitty. Ona była mu najbliższa, więc nie musiała się obawiać represji. Znów cisza. Efekciarz. - Cadaver Company. Zaskoczenie, głosy dezaprobaty. Nawet bez chwilowego milczenia propozycja zwaliłaby ich z nóg. Proponowana ofiara była jedną z trzech największych ogólnoświatowych korporacji. Zaczynali jako producenci cybernetycznych kończyn wyposażonych w setki różnego rodzaju urozmaiceń, obowiązkowego wyposażenia każdego współczesnego najemnika. Z czasem poszerzyli ofertę: wszczepy, chipy z umiejętnościami, broń. Nazwa pozostała jedynie z sentymentu, gdyż to właśnie broń była dziś największym źródłem ich dochodów. Mówi się, że główna siedziba korporacji jest najlepiej strzeżonym miejscem Dolnego Miasta. Nawet gdyby chciał zaatakować lokalnego dystrybutora ich produktów, byłoby to bardzo niebezpieczne i wymagające zadanie. Chwila zastanowienia prowadziła do niepokojących wniosków – lokalny sklepik nie mógł zapewnić im wymaganej sumy pieniędzy. Więc... - Kwatera główna, biuro regionalne. Wszyscy, jak na dany sygnał, opadli do tyłu, kładąc głowy na oparciach. Byli profesjonalistami, znali się na swoim fachu, lubili ryzyko i adrenalinę, ale ten konkretny plan dawał zdecydowanie mniejsze szanse na przeżycie, niż te, które do tej pory wprowadzali w życie. David jako pierwszy wyraził swoją opinię. - Pierdolę, ja odpadam. - Spokojnie, tylko bez nerwów. Dokładnie to wszystko przemyślałem i wiem, że jest to jedyne słuszne wyjście – odparł Tom. – Dobrze wiecie, iż jesteśmy w stanie tego dokonać. Mamy umiejętności, mamy zgranie, mamy doświadczenie. Nigdy nie wychylaliśmy nosa z własnych melin, nie angażowaliśmy się w lokalne, uliczne wojny. Jesteśmy jak duchy, policja nie ma nic, poza niedokładnymi rysopisami pasującymi do tysięcy podobnych nam osób. Wreszcie – nikt wcześniej tego nie próbował, zaskoczymy ich. - Popieram Davida. Nie podoba mi się ten pomysł – wtrąciła się Kitty. Nic nie jest niewykonalne. Wszelkie rozwiązania siłowe nie wchodziły jednak w grę. Gdyby udało się im niepostrzeżenie dostać do środka i wykonać robotę, mieli szansę. Problem polegał na tym, że zwykle robili wręcz odwrotnie – głośno i szybko. Byli daleko, zanim pracownicy zdążyli się otrząsnąć. Czasownik planowanie nabierał teraz zupełnie nowego znaczenia. Dużo kombinowania, mało zabijania – to kręciło Seana, nie mógł nie skorzystać z okazji. - Ja jestem za. Pozostała trójka spojrzała na niego. Nawet soczewki nie były w stanie ukryć jego entuzjazmu, a szeroki uśmiech wyglądał na jak najbardziej szczery. - Pewnie – to spore wyzwanie, jeszcze większe ryzyko, ale to, co robiliśmy przez tyle lat, stało się monotonne – odpowiedział Sean na nieme pytanie przyjaciół. – Tom ma trochę racji. Za parę lat możemy już nie mieć tyle zdrowia, by kontynuować napady. Wykażmy się choć raz odrobiną inteligencji i, w przeciwieństwie do innych gangów, zróbmy coś, by temu zapobiec. - Co? Grupowe samobójstwo? – spytała Kitty. - Nie. Coś, czego nie tylko my, ale i ci z Cadaver długo nie zapomną – wtrącił Tom. - Dokładnie. Pokażmy ludziom, że nic nie jest nietykalnym monolitem – dodał Sean. - Nawet kosztem własnego życia? Tak ci się śpieszy na drugą stronę? – David zbliżył się do okna. - Nawet kosztem własnego życia. Nikt z nas nigdy nie dążył do sławy, nadal nam na tym nie zależy. Chodzi tylko o pieniądze, a to ustawi nas do samego końca. Nie kusi was taka perspektywa? Poza tym pamiętajcie, że będziemy mogli sobie powiedzieć – skopaliśmy dupy tym, przy których inni boją się mrugnąć – odpowiedział Sean i zaczął poszukiwania swojego notebooka w stercie podłogowych śmieci. Zapadła cisza, którą przerywało jedynie miarowe szuranie przesuwanych przedmiotów. Kitty wyglądała na zamyśloną, na czym nieczęsto udawało się ją przyłapać. David wyszedł poza pomieszczenie. Sean wymienił z Tomem krótkie spojrzenie. Byli przekonani, że pozostali się nie wyłamią. Nawet notebooka udało się odnaleźć. Sean, drużynowy specjalista od sprzętu teleinformatycznego, wpiął przewód wybiegający z sieciowego modułu komputera we własne przedramię i zanurkował w CyberNecie, aby zebrać wstępne dane na temat żądanego oddziału firmy. Obawiał się jakiegokolwiek nieprzygotowanego wcześniej ataku na nawet najlżej zabezpieczone sekcje serwera, więc ograniczył się do ściągnięcia informacji jawnych. Segregacja i odrzucenie wszelkich niepotrzebnych śmieci się przedłużała, dlatego pozostali położyli się spać. David nie wracał. Kiedy Sean zdobył już wszystko, co mogło się przydać, zamazał ślady własnej obecności w systemie korporacji i opuścił sieć. Nie złamał żadnego poważnego przepisu, więc tym razem nie musiał się obawiać programów tropiących. Zasypiał zadowolony z wyników własnej pracy. David przyszedł dopiero nad ranem i od razu zdradził wynik swoich przemyśleń. - Niestety mimo wszystko odpadam – powiedział wprost. - To jest twoja decyzja i nic nie mogę na to poradzić. Nie cieszy mnie ona, bo komplikujesz nam sprawę, ale jestem ją w stanie uszanować. Szkoda tylko, że odchodzisz wtedy, gdy jesteś najbardziej potrzebny – odparł Tom. - Dobrze wiesz, że nie odchodzę wam na złość, ale dlatego że postradaliście zmysły. Na pewno na zewnątrz znajdzie się ktoś, kto zechce skorzystać z moich usług. Mimo tego, co razem przeszliśmy, nie czuję się zobowiązany pozostać z wami, gdy idziecie na dno. - Tak się składa, że właśnie wznosimy się ku szczytom swoich możliwości, kochany – dodała Kitty i posłała mu jeden ze swych ironicznych uśmieszków. - Kiedy tylko usłyszałem, że Sean zgadza się na tą akcję, wiedziałem, że już nie będę w stanie zmienić waszych opinii, trudno. Chcecie dać się zabić – proszę bardzo. Ja się na to nie piszę. - Po prostu się boisz, więc oszczędź nam swoich pouczeń – powiedział Sean. David podbiegł do niego i uderzył go w podbródek. Sztuczna kończyna z dużą prędkością trafiła w żuchwę. Wylądował na blacie, któremu pod wpływem działającej siły wysiadły repulsory. Z hukiem spadł na podłogę i otrzymał kolejną dawkę ciosów, tym razem nogą. Kitty rzuciła ciężkim zegarem, który jako pierwszy wpadł jej pod rękę, ale David zręcznie uniknął trafienia. Obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni i w tym samym momencie wyciągnął swoje półautomatyczne H&K. - Spokojnie! – krzyknął Tom, celując w napastnika z własnej, prehistorycznej dziewiątki – Całkiem was pojebało?! Chcesz odejść, proszę bardzo, ale spieprzaj stąd, zanim wpadnę w szał! David po chwilowym zastanowieniu, ociągając się opuścił pomieszczenie, odprowadzany wzrokiem przez grupę. - Kurwa mać! – kontynuował Tom, gdy zostali sami. – Co w was wstąpiło?! Chcecie się wszyscy pozabijać zanim choć spróbujemy ułożyć jakiś sensowny plan działania? - On zaczął – usprawiedliwiał się, pojękując, Sean. Stał już na nogach walcząc o utrzymanie równowagi. Głowa pulsowała tępym bólem. - Nieważne kto zaczął, ważne jak to mogło się skończyć. W każdym razie jego już nie zobaczymy, więc bierzmy się do roboty. Chwilę później, zapomniawszy o całym incydencie przystąpili do pracy. Sean przedstawił uzyskane dane. Wynikało z nich, że sprzęt wszelkiego rodzaju produkowany w fabrykach rozmieszczonych w prawie każdym większym dystrykcie Dolnego Miasta, transportowany był do Oddziałów Centralnych, gdzie sortowano go, po czym wywożono do sklepów i Punktów Podziału Produktów. Choć debaty toczące się godzinami nie przynosiły żadnych konkretnych rozwiązań, wszyscy byli pewni, że jedynym wyjście jest infiltracja lokalnej fabryki. Musieli dostać się do transportu, który niepostrzeżenie dostarczyłby ich do właściwego celu wyprawy. Tam czekały ich dwa kolejne wyzwania: podróż do skarbca i jego opróżnienie oraz ucieczka. Zgodnie stwierdzili, że brakuje im informacji, więc kolejny krok należał do Seana. Niekontrolowane wejście na serwer lokalnej fabryki nie powinno sprawić kłopotów, ale atak na podsieć najbliższego Centrum, wymagał większego nakładu sił i sporego szczęścia.
***
Już następnego dnia kopia danych z fabrycznych dysków twardych trafiła w ich ręce. Kitty wraz z Tomem zajęli się ich interpretacją i analizą, a Sean rozpoczął przygotowania do kolejnego włamania. Kupił nowy sieciowy konektor o niższym współczynniku opóźnienia. Odwiedził dziesiątki nielegalnych cybernetowych bibliotek uzupełniając swą wiedzę o najnowszych zabezpieczeniach. Pisanie zarówno ofensywnych, jak i defensywnych programów potrwało tydzień. W końcu oświadczył, że jest gotowy. Wpiął przewód w gniazdo na przedramieniu i uruchomił proces logowania. Zanim jego umysł zanurkował w bezdennych przepaściach cybersieci, udało mu się wyłapać wypowiedziane przez kogoś: „Trzymaj się”. Uaktywnił konfigurację własnej ikony i nadał jej niepozorny wygląd. Zastąpił prawdziwe informacje o osiągach własnego sprzętu mniej rzucającymi się w oczy i upewnił się, że całe niezbędne oprogramowanie jest na swoim miejscu. W mgnieniu oka poprzez węzły: pacyficzny, azjatycki, australijski i podbiegunowy-południowy wylądował na pozbawionym jakiegokolwiek ruchu sektorze sieci. Uruchomił program utrudniający pracę tropicielom. Zanim się spostrzegł trzykrotnie okrążył cybernetową kulę ziemską wylogowując i logując się w setkach losowo wybranych miejsc. Następnie dostał się do węzła amerykańskiego. Kilka kolejnych dyrektyw skierowało go wprost do wschodnio-amerykańskiego podwęzła. Tam uaktywnił moduł namierzający, który korzystając z zapisanych wcześniej informacji pozwolił mu się dostać aż pod bramy cadaverowskiej podsieci. Serwer nazwano szumnie Tytanem. Nie skąpiono mocy obliczeniowej na uczynienie otoczenia przyjaznym dla oka. Ikony przypadkowych przechodniów poruszały się pośród ukwieconych alei i tryskających niewyobrażalnie błękitną wodą fontann. Sam wizerunek serwera również nie pozostawiał wiele do życzenia. Dawało to nadzieję na osłabienie systemu związane z jego obciążeniem. Sean uaktywnił kodowanie swojego sygnału. Jego ikona stała się zupełnie niewidoczna dla typowych modemów. W upatrzonym kilka dni wcześniej podczas obserwacji miejscu wpuścił do bramy robaka, który dostawał się do jej wnętrza, po czym rozsyłał sprzeczne instrukcje do wszystkich segmentów podsieci. Skutecznie odwracało to uwagę zabezpieczeń i pozwalało na siłowe przełamanie bariery w innym miejscu. Robaki były tak często spotykanym zjawiskiem, że ich pojawienie się wewnątrz systemu nie obligowało defensorów do zwiększonej czujności. Dostał się do środka, ale nie zakładał, że ten etap sprawi mu problemy. Wiedział, że jeżeli teraz nie uda mu się uzyskać odpowiednich informacji, to plan legnie w gruzach. Włamywanie się po raz drugi do systemów tej samej korporacji, niezależnie od tego, czy do włamania dochodzi w tym samym oddziale, czy w dwóch różnych leżących w innych częściach świata, było w większości wypadków samobójstwem. Rozejrzał się wokół. Sekcja żółta, średni poziom zabezpieczeń. Z takich miejsc haker wspomagał z zewnątrz napadającą na konkretne miejsce grupę, wyłączając wszelkiego rodzaju zabezpieczenia, np. kamery. Celem Seana tym razem była sekcja czerwona, gdzie zwykle znajdowały się najsilniej strzeżone informacje. Takie miejsca kosztowały ogromne ilości pieniędzy i tylko największe instytucje mogły sobie pozwolić na ich utrzymanie. Odnalazł terminal. Przy użyciu własnych deszyfratorów uzyskał dostęp do zamieszczonych w żółtej sekcji informacji. Przeglądnął mapę serwerowego kompleksu i wiedział już, jak trafić do sekcji czerwonej. Ustawił i utajnił proces autodestrukcji podzespołu. Opóźnił odpalenie o 15 minut – odpowiednią wg jego obliczeń ilość czasu by przedwczesna awaria nie wykazała jego nieautoryzowanej obecności w systemie, a zbyt późna – umożliwiła jego identyfikację. Zamarł. Kitty i Tom, obserwujący jego poczynania na monitorze, również. W jego kierunku zbliżał się sniffer, zwykły obserwator patrolujący okolicę. Jego występowania w tej części żółtej sekcji Sean nie przewidział. Wiedział, że jego kod pozostanie nie zauważony, ale program z pewnością wykryje wtargnięcie do terminala. Nie było już czasu, żeby uaktywnić gotowe oprogramowanie, więc uruchomił konsolę i rozpoczął pisanie algorytmu, który otępiłby wykrywacz. Palce trzęsły mu się, gdy w ogromnym tempie wstukiwał kolejne znaki. Grupa mocno zaciskała pięści widząc setki zlewających się liter przelatujących na wyświetlaczu. Wiedzieli, że w razie niepowodzenia i wykrycia w ciągu kilku minut zostaną osaczeni przez korporacyjne wojsko i skazani na śmierć, podobnie jak Sean. W dzisiejszych czasach już nikomu nie zależało na prawach człowieka. Uruchom. Kurwa, bez efektu! Uaktywnił debugger. System przeszukiwał całą tekstową postać aplikacji w poszukiwaniu błędów. Jeden, korekta, drugi, korekta, trzeci, korekta. Uruchom. Nadal nic! Gorączkowe poszukiwanie miejsca, w którym należałoby coś poprawić, zero pomysłów. Uruchom. Bez zmian. Sean natychmiast podjął decyzję o pozostaniu. Rzucił się w kierunku jednego z zamkniętych pomieszczeń żółtej sekcji, gdzie rozpoczął ładowanie potrzebnego do kolejnej fazy ataku oprogramowania. Tytan uruchomił alarm, więc wiedzieli już, że jest w środku. Oby tylko nie przyszło im do głowy przeglądanie terminali w ciągu najbliższych kilkunastu minut… Być może nie będą go szukać w sekcji czerwonej, biorąc go za typowego szukającego wrażeń, a nie śmierci, włamywacza. To była jego jedyna szansa na ocalenie. Trzy robaki trafiły do jądra systemu przez ścianę między sekcjami. Teraz rywale upewnią się, że mimo wykrycia pozostał wewnątrz. Odczekał chwilę, aż jego zabawki zdążą się namnożyć i odczytał kod alarmu wbudowanego w barierę sekcji czerwonej. Znów uaktywnił konsolę i rozpoczął dopisywanie antidotum na problem do jednego ze swoich programów przełamujących. Skompilował i uruchomił, alarm został dezaktywowany, a sama bariera przełamana. Wszedł do środka. Po raz pierwszy i zapewne ostatni w swoim życiu znalazł się we wnętrzu sekcji czerwonej podsieci. Poczuł, jak kodowanie sygnału przestaje dawać jakiekolwiek rezultaty i staje się widoczny dla otoczenia. Rozejrzał się wokół. Nie ujrzawszy żadnego niebezpieczeństwa ruszył w odpowiednim kierunku. Musiał dotrzeć do jedynego z czerwonych terminali, gdzie mógłby skopiować odpowiednie informacje. Zostawił po drodze kilka emulatorów prawdziwych ikon, mających odwrócić uwagę defensorów. Nie zatrzymywał się, wiedząc jak ważny jest teraz czas działania. Dotarł do sekcji z terminalem bez większych problemów. Napotkanego po drodze sniffera udało mu się dezaktywować jedną z teraz już załadowanych aplikacji. Otworzył drzwi do pokoju z żądanym podzespołem i kiedy wszedł do środka fragment sekcji czerwonej okazał się być legendarną… sekcją czarną. Ile oni muszą zarabiać skoro stać ich na takie zabezpieczenia w regionalnych filiach? Sean nie wiedział nic o sekcjach takiego poziomu, bo albo nikomu nie udało się wydostać, albo ci, którzy przetrwali nie chcieli się dzielić wiedzą, na jaką bardzo ciężko zapracowali. Za pierwszą opcją przemawiały drzwi, które w momencie nieautoryzowanego wtargnięcia zrosły się z barierą. Sean rozejrzał się dookoła. W przeciwległym rogu pomieszczenia płonęła ostrzegawczym ogniem niezidentyfikowana ikona. Rozległ się ostrzegający pisk, świadczący o typie przedstawionego przez nią programu. Był to killer, najniebezpieczniejszy z defensorów. Po pierwsze, aplikacje tego rodzaju starały się wypalić przebywającego w CyberNecie hakera, doprowadzając do śmierci jego umysłu, a co za tym idzie – ciała. Po drugie były nieobliczalne. Każdy pisany był zgodnie z indywidualnymi potrzebami systemu, więc nie istniało uniwersalne oprogramowanie kontrujące. Spotykano się z nimi rzadko. Jedynym wyjściem proponowanym nawet przez największe wygi była ucieczka. Niestety w zaistniałej sytuacji taka opcja nie wchodziła w rachubę. Sean poczuł charakterystyczny spadek szybkości, pojawiający się, gdy wokół zaczynały działać overloadery. System starał się przeciążyć jego modem, by osłabić maksymalnie czas jego reakcji. Tom i Kitty chwycili się mocno za ręce. Wiedzieli, że choć czas w CyberNecie płynie niewiele szybciej niż tu, na zewnątrz, to sama walka, która zadecyduje o ich losie, rządzi się innymi prawami i potrwa ułamek sekundy. Killer obiegał włamywacza wokół, starając się przeskanować jego postać, licząc na poznanie mających przechylić szalę na jego stronę informacji. Sean robił to samo. Kiedy uzyskał wyniki podekscytowanie ustąpiło miejsca zwykłemu przerażeniu. Osiągi przeciwnika były niewyobrażalnie duże w porównaniu z tymi oferowanymi przez jego sprzęt. Przełączył modem na tryb opóźnionego przekazu binarnego, rozpoczynając tym samym starcie. Odpalił wszystkie firewalle i uniknął pierwszego ataku przeciwnika, który próbował zetknąć się z jego ikoną. Ruszył przed siebie, kierując sensory ku podłożu. Otoczenie nie dało się skanować, więc nie mógł włamać się stąd do jądra i wyłączyć killera. Zatrzymał się i obrócił w jego kierunku. Ikona programu przedstawiała pokrytego czarną sierścią, śliniącego się bulteriera. Sean posłał w jego kierunku blok danych, którego celem było przerwanie działania programu. Bez efektu. Psisko rzuciło się znów w jego kierunku. Dwa inne bloki również nie dały rezultatu. W ostatniej desperackiej próbie wystrzelił wiązkę elektryczności. Killer odskoczył w bok, a następnie rzucił się na ofiarę, znikając z pola widzenia. Po chwili Sean poczuł, jak defensor próbuje poprzez jego ikonę dostać się do obwodów elektrycznych modemu, by wywołać uśmiercające spięcie. Znów włączył terminal. Rywal łącząc się z jego postacią odsłonił swój kod, dając tym samym możliwość napisania odpowiedniego destruktora. Liczył się jedynie czas. Choć Sean dawał z siebie wszystko, wydawał się wyścig przegrywać. Na dodatek wraz z upływającym czasem, modem zaczynał gubić coraz więcej pakietów, więc programista musiał wracać po kilka razy do tych samych sekcji pisanej aplikacji. Czuł jak traci kontakt z rzeczywistością. Wstukanie każdego kolejnego wyrazu wymagało więcej skupienia i zaangażowania. Do jego umysłu zaczęły docierać sprzeczne sygnały. Widział niedorzeczne sceny poskładane losowo z jego własnych wspomnień. Najwyraźniej tak organizm bronił się przed elektrycznymi impulsami docierającymi z już zaatakowanego modemu do jego mózgu. Nagle i niespodziewanie stracił sieciowy wzrok. Musiał pisać program „na pamięć”, poza tym nie byłby w stanie zdiagnozować ewentualnych błędów. Ogarniało go narastające ciepło w okolicach nosa, które eksplodowało wywołując ból. W tym momencie uruchomił pisanego destruktora. Odzyskał widoczność, przełączył modem na tryb standardowy i dobiegł do terminala. Kopiowanie danych zajęło 30 sekund. Odcięto mu wyjście, jedyną opcją była ucieczka przez obwody atakowanego Tytana. Ustawił kolejkowanie odpowiednich aplikacji, bo wyraźnie czuł, że coś jest nie tak i po wydostaniu się z podsieci może już nie mieć siły by uaktywniać kolejne aplikacje. Wystartował kolejkę i sekundę później wynurzył się z CyberNetu. Spadł z krzesła i zwymiotował. Czuł pulsujący ból w oczodole, a ciepła krew spływała mu po twarzy. Pod wpływem zbyt wysokiego ciśnienia jego gałka oczna praktycznie eksplodowała. Stracił przytomność.
***
Część 22 / 2
Wybudził się wiele godzin później po zastosowaniu przez Kitty odpowiednich medykamentów. Kiedy dopiero zaczynali karierę objeżdżając wzdłuż i wszerz okoliczne tereny, pewnego razu trafili do portu. Choć rejs po obrzydliwe granatowych, spienionych wodach do najprzyjemniejszych doświadczeń nie należał, zdecydowali się, bo nie mieli co robić z nadmiarem pieniędzy. Wsiedli na spory ślizgacz razem z grupką innych ludzi. Kierujący łodzią uruchomił silniki, więc zaczęli oddalać się od brzegu. Sean przypadkiem zauważył przechodzącą wśród zabudowań oddalającego się portu kobietę. Była niezaprzeczalnie piękna. Najdokładniej zapamiętał długie, złociste, kręcone włosy, które wydawały się promieniować blaskiem. Zgrabna sylwetka i mimo sporej odległości wyraźnie zauważalna atrakcyjność twarzy spowodowały, że zapragnął wyskoczyć i płynąć do brzegu. Jedynie huczące kilka metrów niżej śruby odciągnęły go od wprowadzenia w życie podjętej decyzji. Później tego żałował. Loki opadające na ciemnobrązowe oczy (mógłby przysiąc, że zauważył ich kolor) śniły mu się prawie każdej nocy. Z jakichś niezrozumiałych przyczyn jego organizm nie chciał mu pozwolić zapomnieć o widzianej nimfie. Nieświadomie zanurzał się w rozmyślaniach na jej temat przy rozmaitych okazjach. Teraz, gdy stracił oko, czas oczekiwania na wybudzenie również skróciły mu przepełnione jej wizerunkiem obrazy. Nic nie widział, zabandażowali mu całą twarz. - Brawo, mistrzu – powiedział Tom i klepnął go w ramię. - Udało się? – zapytał nie do końca przekonany o sukcesie akcji Sean. - Nie mogło być inaczej, w końcu ty siedziałeś za kółkiem. Albo to utajnili, albo już mówią o tobie w wiadomościach. Tak czy siak w konkretnych środowiskach jesteś teraz anonimową legendą. - Co z danymi? Nie uszkodziły ich lekkie spięcia? - Z moich pierwszy oględzin wynika, że nie. Dokładniej sprawdzisz sam, kiedy już będziesz w stanie. Chwila ciszy. - David wrócił – kontynuował Tom. – Okradł jakiegoś początkującego biznesmena. Okazało się, ze w teczce nosił chyba cały swój majątek. Wziął kasę i jest tu z nami, choć w tej chwili załatwia ci właśnie wszczepienie cyberoka. - Syn marnotrawny – Sean przekręcił się na drugą stronę, sygnalizując w ten sposób, że ma dość rozmowy. Poruszanie ustami wywoływało ból w oczodole. Cyberoko nie było złym pomysłem. Zażyczy sobie wbudowany optyczny celownik, podczerwień bądź ultrafiolet, a co więcej wyostrzy mu się wzrok. Poza odrobiną człowieczeństwa nie miał nic do stracenia. Zasnął.
***
Czas upływał na przygotowaniach. Choć cała czwórka się pogodziła, to wraz z rozwojem sytuacji narastały spięcia między Davidem a Seanem. Najdrobniejsza różnica zdań prowadziła nieraz do kłótni, a nawet bijatyk. Tom obawiał się o powodzenie akcji, ale liczył, że w czasie jej trwania wykażą się koniecznym profesjonalizmem. Dane okazały się kompletne. Mieli wszystko, czego było im trzeba: plany zarówno lokalnej fabryki, jak i regionalnego centrum dyspozycyjnego, harmonogram pracy strażników oraz dokładny rozkład odjazdów transportów. Wśród informacji udało się odnaleźć także numery rachunków szefostwa filii czy listę zaksięgowanych wydatków, co pozwalało stwierdzić, że ogromna liczba korporacyjnych milicjantów szuka ich nawet w tej chwili. Sean wylogował się z Tytana poprzez jego węzły. Taka operacja musiała się wiązać z pozostawieniem jakichś śladów, ale nie miał wyjścia. Powstawało pytanie: jak dużo o nich wiedzą i czy mają jakiś punkt zaczepienia w toczącym się śledztwie? Żyli, oddychali, czuli się nie gorzej niż do tej pory, więc wnioskowali, iż mają jeszcze jakieś szanse na uniknięcie kary. Kitty uśmiechała się częściej niż zwykle, a Tom częściej niż zwykle oddawał się na ich oczach odważnym z nią zabawom. Poza odbywającymi się okresowo kłótniami między Seanem a Davidem humory dopisywały wszystkim. Wielogodzinne wieczorne dyskusje po kilku tygodniach dały oczekiwane rezultaty. Powstał zarys planu, szczegółowego scenariusza akcji. Doszlifowanie szczegółów zajęło ponad miesiąc, starali się przewidzieć wszystko. Sean tworzył odpowiednie symulacje na swoim sprzęcie, by mogli wyeliminować błędy w zamysłach. Z komputerowych symulacji uczyli się też swoich ról w skomplikowanym przedstawieniu. Teatrzyk, w którym nie było widzów, a scena była niewiarygodnie śliska zbliżał się wielkimi krokami. Podniecenie przechodziło w zaniepokojenie, atmosfera gęstniała, sprzeczki były na porządku dziennym, zdenerwowanie odbijało się na wszystkich. Dwie doby przed nastaniem Godziny Zero świętowali hucznie zakończenie żmudnej fazy pierwszej. Większość ostatnich dwudziestu czterech godzin wymiotowali i leczyli żołądki. Kilkaset poprzedzających akcję minut przespali, by dać odpocząć mięśniom, stawom, przede wszystkim nerwom. Budzik w komputerze głośnym sygnałem wyrwał ich ze snu. Ubrali skóry, jedyny rodzaj ubioru jaki według nich sprawdzał się w walce. Jaskrawe zbyt luźne ciuchy rzucały się w oczy, zwłaszcza w nocy. Tom zwykł mówić, że ciasno opinająca jego ciało skóra przypomina o koniecznej ostrożności i wzmocnionej koncentracji. Miał rację. Póki sytuacja nie wymagała robienia szpagatów materiał dobrze sprawdzał się na polu bitwy. Miejskim busem, w zasadzie pustym o tej porze dojechali w pobliże wyznaczonego sobie miejsca. Dla bezpieczeństwa wysiedli dwie przecznice wcześniej i piechotą pokonali ostatnio odcinek drogi, prowadzący między znikającymi wysoko w górze fasadami budynków. W każdym zaułku widzieli oddziały straży, zewsząd dobiegały głośne kroki, a wszyscy przechodnie zdawali się im przyglądać. Odczucia te były im dobrze znane i nie robiły na nich żadnego wrażenia. Kiedy rośnie adrenalina, strach i obawy milkną.
***
Fabryka była duża, umiejscowiona w centrum zarośniętego sztuczną trawą, kilkanaście razy większego od niej, placu. Być może korporacja chciała pozostawić sobie możliwość rozbudowy, ale nie miało to w tej chwili żadnego znaczenia. Grupa zagłębiła się w zaułek, gdzie znajdowało się wejście do starego kanału technicznego pobliskiego metra. Tam miał rozpocząć się show. Stanęli blisko siebie i chwycili się za ręce. Tom uśmiechnął się szeroko i powiedział: - Robimy, co mamy robić i znikamy na zawsze – przyjrzał się im uważnie. – Spytałbym, czy ktoś z was chce się wycofać, ale w tej chwili niesubordynowanego musiałbym już zabić. Mimo radosnego wyrazu twarzy nie ulegało wątpliwości, że tym razem nie żartował. - Wszyscy wiedzą, co do nich należy. Przechodziliśmy przez to setki razy, więc musi się udać. Pokażemy skurwysynom, jak walczyć o swoje! – zakończył tak głośno, jak tylko pozwalała na to sytuacja. Odpowiedziały mu uśmiechy i głosy poparcia. Sprawdzili czy zakupione kilka dni wcześniej uzbrojenie oraz specjalistyczny ekwipunek znajdują się na swoim miejscu. Każdy potwierdził gotowość i wszyscy, z wyjątkiem Davida, założyli na głowy komunikatory. On nie musiał – odpowiedni wszczep służący do tego celu, znajdował się w jego głowie. Kopnął w stare, przegnite, drewniane drzwi i weszli do środka, świadomi, że od kilkudziesięciu najbliższych minut zależy całe ich przyszłe życie, bądź odpowiednio jego brak.
***
Początek nie był wymagający. Sean dekoderem otworzył zabezpieczone drzwi prowadzące pod ziemię i po długich, śliskich schodach dostali się do nieużywanego już dziś tunelu metra. Mimo zupełnego bezpieczeństwa czuli się nieswojo, wiedząc, że jakiś czas temu jeździły tędy wielkie, rozpędzone bestie. Było ciemno, fotonowe latarki rozświetlały im drogę. Skierowali się na wschód, gdzie znaleźli oczekiwany terminal klimatyzacyjny. Mimo wyłączenia wykopu z ruchu ogromne wentylatory nadal były w ruchu, schładzając znajdujące się kilkadziesiąt metrów dalej piwnice fabryki. Sean włamał się do małego komputera i wstrzymał na dwie minuty układ, dezaktywując jednocześnie czujniki, by ochrona na górze nie była w stanie zauważyć anomalii. Drzwi do kolejnego pomieszczenia z wielkim hukiem wyleciały z zawiasów. Cała czwórka weszła do wnętrza szybu oddalając się jak najszybciej od wlotu, by mające się za chwilę włączyć wiatraki nie wessały i poćwiartowały ich ciał. Nawet leniwie poruszające się skrzydła o takiej wielkości były śmiertelnie groźne. Z trudem wspinali się do góry. Stalowe tunele pokrywały zachęcone wilgocią glony zanurzone w płytkiej wodzie na ich dnie. Fałszywy krok mógł skończyć się śmiercią. Nie bali się, mieli większe problemy na głowie. Bo co jeśli ktoś już tam na nich czeka? Nie mogli wykluczyć, że szefostwo Cadaveru odrzuciło hipotezę o włamaniu spowodowanym np. działaniem konkurencyjnej korporacji, a za prawdziwą uznali inną – taką, która wymagała podwojenia straży. Wszystkie symulacje nie dałyby żadnego rezultatu, gdyby strażnicy pojawiali się w nie uwzględnionych w planie miejscach. Kitty poślizgnęła się, ratując się własnymi rękoma przed upadkiem na twarz. Ciemne, przeciwsłoneczne okulary, zaopatrzone w optyczny celownik połączony z jej ulubionym półautomatycznym H&K ze wspomaganym echem hukiem stoczyły się na dół. Pozostali starali się nie zwracać uwagi. Na tym etapie każdy miał uważać jedynie na siebie. Narastająca duchota i zapach stęchlizny świadczyły o tym, że szli w dobrym kierunku i zbliżali się do wyjścia. Wkrótce tunel rozgałęział się już na mniejsze, a Tom nadal bezbłędnie wybierał kierunek. Krata pokrywająca wyjście miała niewielkie wymiary, ale nawet barczysty David nie powinien mieć problemów z jej ominięciem. Sean…