Horror · 24 min czytania
Całkowite Zaćmienie Słońca
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Na początku dwa tysiące ósmego roku, jakieś trzy tygodnie po sylwestrze, zgasło słońce. Zupełnie nagle i bez żadnego ostrzeżenia. Tak jakby Bóg zmęczył się już oglądaniem okrutnych zabaw swoich niesfornych dzieci i po prostu nacisnął wyłącznik. Chciałbym wam powiedzieć, że kiedy zastały mnie ciemności robiłem coś naprawdę wielkiego. Niestety, rozwieszałem pranie na balkonie.
Żeby całkiem się pogrążyć zdradzę, że przestraszyłem się tak bardzo, że prawie wypadłem przez barierkę. W ostatniej chwili, rozpaczliwym rzutem na taśmę, złapałem się parapetu i wywinąłem salto, za które dostałbym najwyższe noty. Oczywiście mój piękny lot spaprałem lądowaniem. Nienawidzę kotów, mam na nie paskudne uczulenie i każde spotkanie z nimi przypłacam zapuchniętymi oczami. Ale wiele bym dał, żeby ten jeden raz nauczyły mnie jak spadać na cztery łapy. Nie spadłem też na cztery litery, za to moja skroń zawarła bliższą znajomość z parapetem, który sekundę wcześniej mnie uratował. Najwidoczniej się rozmyślił i postanowił ze mną skończyć. Poczułem naprawdę paskudny ból z gatunku tych, przy których zjedzenie własnej ręki wydaje się aktem prawdziwego hedonizmu. Eksplodowało całe moje ciało, każda komórka przez ułamek sekundy zawyła.
I zemdlałem.
Może gdybym wtedy umarł byłoby lepiej? Bardzo ciężko mi uwierzyć w te wszystkie rzeczy, które wydarzyły się później. Nie wiem ile leżałem nieprzytomny. Mogło to być kilka minut, godzin. Obudził mnie ciepły, mokry dotyk, który błądził po bolesnej ranie na głowie . Wspominałem już o mojej wzajemnej niechęci z kotami. Miałem za to psa, wilczura o budzącym zazdrość imieniu Pies. Zlizywał ze mnie zakrzepłą krew. Podobno ślina zwierząt ma właściwości lecznicze. Wcale bym się nie zdziwił, w końcu wszystkie lekarstwa są albo obrzydliwe albo zwyczajnie obleśne. Najczęściej jedno i drugie. Podniosłem się i skrzywiłem, czułem się jakby ktoś stepował w mojej czaszce w butach z metalu. Bardziej wyczułem niż zobaczyłem, że Pies siedzi koło mnie.
Naprawdę nie wiem jak opisać wam ciemność, która zapanowała tamtego smutnego dnia.
Wyobraźcie sobie, że w środku nocy lądujecie na absolutnym, lodowatym pustkowiu, bez pagórków, bez żadnych wzniesień.
Jedyne co was otacza to dalekie linie horyzontu.
Część 22 / 4
Spójrzcie w niebo.
I jedna po drugiej, pozbądźcie się wszystkich gwiazd.
Dodajcie do tego bardzo gęstą, czarną mgłę, która okrywa was płaszczem niepokoju tak nieprzyjemnego, że z nerwów zaczyna was boleć brzuch.
Teraz oślepnijcie i straćcie słuch.
Pomnóżcie to wszystko przez jakąś ogromną liczbę i wtedy będziecie mieć w miarę śladowe pojęcie o tym jak czuli się wtedy ludzie na ziemi.
Zadrżałem z zimna i po omacku wszedłem do zatęchłej kawalerki, którą z przekąsem nazywałem domem. Zanim pokonałem odległość kilku metrów do szafy zdążyłem połamać kilka kompaktów, które nieopatrznie czekały na wysłuchanie na ziemi, wyprowadziłem niesygnalizowany cios nogą w krzesło i soczyście z tej okazji zakląłem. Moje wieszaki można było policzyć na palcach jednej ręki i znalezienie czerwonej, zimowej kurtki zajęło mi dosłownie chwilę. Założyłem ją błyskawicznie i opadłem na materac. Bezskutecznie próbowałem zapalić światło. Z nieznanych mi przyczyn nic nie działało. Dosłownie nic. Wyjrzałem przez okno. I równie dobrze mógłbym wpatrywać się w czarny, zimny granit.
Miasto umarło.
Część 33 / 4
Był tylko mrok.
Na mikroskopijnym materacu, którego używałem jako zabawnego substytutu łóżka leżała moja komórka. Po krótkiej walce z kołdrą znalazłem telefon i chciałem do niej zadzwonić. Złośliwość rzeczy martwych. Równie dobrze mogłem próbować połączyć się z księżycem puszczając do niego zajączki. Byliśmy parą zaledwie od kilku miesięcy i dopiero uczyliśmy się siebie nawzajem. Zdarzały się już nam poważne kłótnie, często kiedy wracałem pijany z imprezy dzwoniłem żeby z nią porozmawiać. Nie odbierała więc zrywałem. Następnego dnia przepraszałem ją od samego rana i zawsze moje wybryki uchodziły mi na sucho. Dużo częściej oboje byliśmy pijani ale sobą nawzajem. Coś pięknego, uczucie, którego serdecznie wam życzę. Nie mieszkała zbyt daleko ode mnie więc zdarzało mi się robić jej niespodzianki w postaci nieoczekiwanych wizyt. Niekiedy akurat się malowała i musiałem siedzieć w kuchni. Zawsze mnie to zastanawiało, jeśli o mnie chodzi była jedną z tych niewielu kobiet, które przepięknie wyglądają kiedy idą spać i kiedy się budzą. Jeśli mieliście kiedykolwiek jednonocną przygodę to doskonale zdajecie sobie sprawę jak ciężkim szokiem może być pobudka. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że tak właśnie wyglądała miłość. Im dłużej się znaliśmy tym kochałem ją mocniej. Używając mocno ryzykownego porównania to nasza miłość była jeepem, któremu rysy kłótni nadają tylko charakteru. Mam nadzieję, że rozumiecie teraz dlaczego zamiast siedzieć w domu i czekać aż inni mądrzejsi i dużo odważniejsi ludzie ode mnie coś wymyślą, sam wyruszyłem żeby ją odnaleźć i dać przynajmniej złudzenie bezpieczeństwa.
Tylko ja i Pies.
Noc zawsze wywoływała w ludziach dzikie instynkty. Dla pewności wziąłem z kuchni dwa noże, zatknąłem je za pasek. Do kieszeni powędrowała komórka, w końcu nigdy nic nie wiadomo, i zapalniczka. Ubrałem się tak ciepło, że zawstydziłbym samego Marka Kamińskiego, Psu dostał się żółty szalik, który i tak od razu cały zaśliniony wylądował pod jego łapami.
Schodziliśmy po schodach wyjątkowo ostrożnie, Pies nieufnie rozglądał się na boki, ja walczyłem z podmuchami powietrza, które jakby celowo chciało pozbawić mnie małego światła zapalniczki. Nie uwierzycie jak było cicho kiedy wyszliśmy na dwór. Chociaż oboje nadstawialiśmy uszu nie dotarł do nas najcichszy nawet dźwięk. Chłód był naprawdę nie z tej ziemi, czułem się jakbym do płuc wdychał tysiące małych, lodowatych igiełek zamiast powietrza.
Czułem się nieswojo. Wcale bym się nie zdziwił jeśli piekło właśnie tak by wyglądało. Zimna, pusta samotność. Szatan z pewnością z zainteresowaniem przyjąłby taki projekt. Z moich niewesołych przemyśleń wyrwało mnie szczeknięcie Psa, w którym przysięgam, usłyszałem zniecierpliwienie. Klasnąłem w dłonie i dziarsko ruszyliśmy w lewo. Dwie ulice dalej był sklep, którego asortyment należał do najosobliwszych z jakimi się spotkałem. Oferował warzywa, zazwyczaj tylko pomidory, kasety vhs i… znicze. Nie mam pojęcia co przyświecało właścicielom. Mnie po raz pierwszy w życiu zainteresowały te ostatnie. Chociaż wydawało mi się nieco upiornym pomysłem oświetlanie sobie drogi światłem, które stawiamy na grobach to na daną chwilę był to dużo mądrzejsze niż używanie do tego celu zapalniczki. Ta zresztą radziła sobie na mrozie wyjątkowo kiepsko. W międzyczasie założyłem Psu smycz, lepiej radził sobie w ciemnościach ode mnie i fantastycznie zdawał nieoficjalny egzamin na pierwszego w historii psa przewodnika, którego właściciel widzi. Parę razy stłumiłem kichnięcie. Tak trywialny dźwięk wydawał się nie na miejscu w momencie kiedy świat stał się ciemnym, opuszczonym kościołem. I tak metodą małych i niepewnych kroków doszliśmy do najdziwniejszego sklepu. Oczy przyzwyczaiły mi się do ciemności i widziałem, że przed drzwiami, które zapamiętałem jako paskudnie odrapane, majaczył się kształt. Zatrzymałem się. Wracały wszystkie strachy dzieciństwa. Nie byłem już teraz tak pewien co do znicza. Pies zaskomlał i pociągnął mnie za sobą. Sięgnąłem ręką do paska i wyciągnąłem nóż.
Część 44 / 4
Zupełnie niepotrzebnie. Matka z wózkiem rzadko bywa zagrożeniem.
Tym bardziej jeśli nie żyje.
Zgrabiałą ręką sięgnąłem po zapalniczkę i oświetliłem kobietę, która wyglądała jak jeden z tych upiornych, kościelnych pomników panny z dzieciątkiem. Pochylała się nad wózeczkiem jakby swoim rodzicielstwem chciała ogrzać niemowlę. Ręce przymarzły jej do kołderki, na której zamarznięte misie bawiły się kolorowymi piłeczkami. Spod nich wystawała główka. Oszroniona, z kilkoma sopelkami lodu zamiast niesfornych kosmyków. Koło niej leżał smoczek, który musiał wypaść na chwilę przed falą martwego zimna. Usta dziecka zastygły w grymasie jakby dziwiło się, że jego przygoda ze światem zakończyła się tak szybko. Pies oparł się o matkę przednimi łapami i w geście zwierzęcego współczucia chciał polizać niemowlaka. Złapałem go za obrożę, nie chciałem odrywać mu języka od lodu. Jeśli my nie chcieliśmy skończyć w ten sam sposób trzeba było podkręcić tempo. Drzwi do sklepu były lekko uchylone choć i tak zajęło mi trochę czasu zanim przesunąłem je na tyle, że mogłem się przecisnąć i nie zedrzeć sobie przy tym skóry z twarzy. Zapamiętałem rozmieszczenie towarów i dzięki temu dość szybko zaopatrzyłem się w kilka brzydkich, plastikowych słoików szumnie nazywanych zniczami. Mimo, że w mojej sytuacji nie powinienem być zbyt wybredny zostawiłem ten, który wygrywał zniekształconą melodię „Dla Elizy”.
Wtedy zerwał się potężny wiatr. Drzewa zaczęły trzeszczeć i po raz pierwszy od dłuższej pory usłyszałem jakikolwiek dźwięk. Wyjście na dwór równałoby się w tamtej chwili z samobójstwem i jakby na potwierdzenie moich myśli figura Św. Marii od Zamarzniętego Dzieciątka przewróciła się na bok i rozprysła po całym chodniku. Dla wiatru nie miała to żadnego znaczenia, wiał dalej i nie miałem żadnego innego wyjścia niż go przeczekać. Oparłem się o ladę, wziąłem na ręce Psa i zacząłem walczyć z sennością, wyobraźnią i poczuciem osamotnienia. Zapaliłem największy znicz i patrzyłem jak ogień tańczy w środku. Poczułem zmęczenie, chyba bardziej psychiczne niż fizyczne, i żeby nieco odpocząć zamknąłem, oczywiście tylko na chwilę, oczy. Usłyszałem skrzypnięcie i ktoś złapał mnie za nadgarstek. - Obudź się!
Gdyby jakikolwiek lekarz zbadał mnie dokładnie w tym momencie to z pewnością znalazłbym się na okładce każdego pisma medycznego jakie istnieje. Ze strachu poczułem jak serce, niczym ponaddźwiękowa winda, wydostało się z klatki piersiowej i przesunęło prosto do gardła. Przed oczami zamigotał mi zarys czyjejś sylwetki, ale kiedy zamrugałem przede mną tańczył tylko mikroskopijny teatr cieni. Chyba zasnąłem i na samą myśl o tym, choć myślałem, że to niemożliwe, zrobiło mi się jeszcze bardziej zimno. Kiedy doszedłem do siebie pomyślałem, że brzmiało to jak jej głos. - Cudownie- powiedziałem na głos- nie dość, że słońce zgasło to jeszcze mam halucynacje. W jedną rękę złapałem znicz, w drugą smycz Psa. Spojrzałem na niego. - I na dodatek zaczynam gadać sam do siebie. Słowa odbijały się ponurym echem po pustym sklepie i dotarło do mnie, że na dworze znowu jest spokojnie. Musiałem wziąć się w garść, nie wiedziałem co się z nią dzieje, a każda sekunda, minuta mogła działać na naszą niekorzyść. Ostrożnie stawiałem stopy a Pies łapy kiedy przechodziliśmy między rozbitymi puzzlami dziecka i matki. Sama ich śmierć była tak bez sensu, że wydawała się jakimś pechowym wypadkiem przy pracy. Nie wiedziałem czy słońce kiedyś wróci ale gdyby istniała jakaś elementarna sprawiedliwość to promienie dnia powinny naprawić to co zepsuły macki nocy. Spojrzałem na nie jeszcze raz, odwróciłem i poszedłem prosto przed siebie.
Na pewno nieraz mieliście jakiś koszmar. Śniło wam się coś okropnego, dobrze wiedzieliście, że tak naprawdę to tylko sen ale za nic nie mogliście się obudzić. Czułem się tak samo. Mijaliśmy porzucone samochody, latarnie z popękanymi od zimna kloszami, oszronione wystawy i właśnie one były chyba najsmutniejsze. Poświąteczne prezenty, ulotne marzenia kusiły przecenami. Jak nigdy wcześniej dotarło do mnie jak wielką wagę przywiązujemy do rzeczy, które nic nie znaczą. Troszczymy się o nie nierzadko bardziej niż o osoby, które są przy nas. Odtwarzamy zamiast przeżywać. Wstyd się przyznać, ale ja tak naprawdę zacząłem przeżywać dopiero kiedy poznałem ją. Kto wie, może sensem…