Inne · 11 min czytania
Cały sens widoku życia...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ciemny, zimny pokój. Cały wypełniony aromatem starych wspomnień. Na wpół brudne okna przepuszczają tylko garstkę światła. Pożółkłe od starości firanki wiszą leniwie jak skazaniec na powrozie. W tym pokoju nie ma prawie wcale mebli. Stoi tylko wielka, wręcz potężna, szafa. Od dawna przestała pełnić swoją rolę. Stoi tu nie wiadomo po co. Ot, tak sobie. Wygodne, choć mocno nadgryzione zębem czasu, łóżko. Na ścianach parę plakatów artystów, którzy już dawno odeszli w mrok śmierci. Z sufitu, martwym wzrokiem, spogląda zawieszona na kablu żarówka. W tej chwili nie świeci, jednak istnieje obawa, czy ona w ogóle kiedyś rozpraszała mrok. I tyle. No, poza jednym szczegółem. Na przedmiocie, szumnie zwanym łóżkiem, leży postać. Człowiek. Młody chłopak. Ta postać właściwie śpi. Po zapachu, unoszącym się w powietrzu, wnioskuję, że nie jest to zwykły sen. Nie taki, w którym odpoczywamy, aby nabrać sił. To sen alkoholowy. Sen potrzebny organizmowi, by oczyścił się z ohydnej trucizny. Nikt inny, tylko on sam może się z tego stanu wyrwać. Ale, że nikt tu nie zagląda, śpi spokojnie. Ale do czasu. Na parapecie tego ponurego okna siada przybysz. To ptak. Nie jakiś tam skowronek czy licho wie, jakie cudo, tylko zwykły, czarny szpak. Nie wiadomo, dlaczego rozdziawił swój czarny dziób i wydobył dźwięk tak okrutny, że obudził śpiącego chłopca. Owa postać, widocznie wkurzona, rzuciła w owego ptaka przedmiotem podobnym do butelki po piwie. Ptak odleciał. Został tylko chłopiec. I to nie sam. Towarzyszył mu potworny i nieodłączny przyjaciel. Kac. O dawna znał to uczucie. Okropny, rozsadzający czaszkę, ból głowy. Niemożliwa do wytrzymania suchość w ustach. Mdłości ogromnego wręcz rozmiaru. Słowem, przedsionek piekła. Nie namyślając się długo chłopiec zasypia ponownie. W tym momencie nasuwa się pytanie: dlaczego po takich mękach znów sięga po truciznę? Odpowiedz byłaby szalenie prosta: aby uciec od kłopotów. A miał ich niemało. Najpierw tragiczna śmierć rodziców w wypadku samochodowym. Potem strata ukochanej dziewczyny. I wtedy zaczął pić. Stracił wszystko: rodzinę, kumpli, dom, źródło utrzymania. Słowem wszystko. Powoli, ale nieprzerwanie staczał się na dno. Nie miał nikogo. Z nikim nie dzielił się swoim smutkiem. Mieszkał sam w obskurnym mieszkanku po ciotce. Zmarła pól roku temu. Dawniej to mieszkanie wyglądało wspaniale. Ale on potrzebował pieniędzy. Renta nie wystarczała. Sprzedał wszystko, oprócz wspomnianej szafy i łóżka. Dom wyglądał teraz jak po przejściu huraganu. Wokół walały się puste butelki po piwie, winie, wódce i Bóg wie, po czym jeszcze. Jedyną osobą, która tu zaglądała, był listonosz z rentą. Aha, i jeszcze zaglądała tu, od czasu do czasu, pewna dziewczyna imieniem Jolka. Była anorektyczką z sąsiedniej klatki. Czasem wpadała to tego przybytku, aby przynieść mieszkańcowi trochę jedzenia, czyste ubrania, czasem jakiś alkohol własnego (czytaj jej rodziców) wyrobu. Rzadko wspólnie z nim "biesiadowała". Była to bowiem cicha impreza. On milczał. Ona opowiadała o swoim życiu, o tym, co robi, czego się boi, czego chce. On udawał, że niczego nie słyszy. Siedział tylko smętnie na rogu łóżka (Jolka zajmowała prawie całe, leżała bowiem na nim). Odpowiadał tylko na zawołania w stylu: "Bania!" czy "Twoje zdrowie!". Burkał wtedy coś pod nosem i wypijał swoją "kolejkę". Tak przemijały im minuty i godziny. Z reguły Jolka nie była potem w stanie wrócić do domu, więc spała na łóżku a on na podłodze. Nie dlatego, że się jej brzydził. Po prostu nie był w stanie. Jeśli już pił, to do "końca". Budził się rano i nic nie pamiętał. I tak, przez cały rok. Dzień w dzień...
Na zegarze (nie sprzedanym tylko dlatego, że nikt nie chciał go kupić) wybiła godzina szesnasta. Chłopiec powoli wstaje. Przeciera zmęczone oczy. Sięga po butelkę z wodą, która leży obok łóżka. Łapczywie pije, prawie się zachłystując. Gdy jest już pusta wyrzuca ją przez okno. Znów się kładzie. Jednak nie zasypia. Patrzy w sufit, jakby o czymś rozmyślając. Może o tym, co by dzisiaj wypić. Może o tym, jak parszywe jest jego życie. Tego nie wie nikt, tylko on sam...
Nagle rozlega się pukanie do drzwi. Brak reakcji. Pukanie przechodzi w walenie pięściami. Nadal brak reakcji. Dopiero silny kopniak wyrzuca go z łóżka. Powoli podchodzi do drzwi. Nie musi pytać, kto jest za drzwiami. Już wie. To Jolka. Otwiera drzwi. Skrzypią niemiłosiernie. Na klatce stoi ona. Jolka. W ręku trzyma siatkę z dość ciężką zawartością. Mimowolny uśmiech pojawia się jak zjawa na twarzy chłopca. Już wie, co się "kroi"... - Cześć, Łukasz! - zagaduje wesoło Jolka wciąż jeszcze stojąc na klatce - Nie wpuścisz mnie? - Ah, tak. Wejdź - odpowiada cicho, prawie szeptem. Jolka przekracza próg domu. Rozgląda się po mieszkaniu. Zawsze tak robi, choć wie, że nic tutaj nie zostało. Wchodzi do pokoju Łukasz i siada na łóżku. Powoli wyciąga rzeczy z siatki. - Popatrz, co mam! Łukasz spogląda na butelkę trzymaną w ręku przez Jolkę. - Co to jest? Ruski spirytus? - Coś lepszego - tajemniczo szepcze Jolka - To koktajl... - Jaki znowu koktajl? - Super mieszanka! - wykrzykuje Jolka - Wino plus spyrol plus wódka. Dobre, co? - Dla mnie bomba! - odpowiada Łukasz - Poczekaj tylko przyniosę kubek. - Ok. Jolka nie może poradzić sobie z otwarciem. "Przeklęty korek!" - woła. Pomaga sobie…