Komedia · 22 min czytania
Camera obscena
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Od kiedy - w nie tak aż odległej przyszłości – nastąpił ogólnokrajowy kryzys gospodarczy, zaistniała Spółdzielnia Czarownicza „1001 Życzeń” zrzeszona w Spółdzielni Usługowej New Warsaw City. Jej pracownicy, w sile trzech wysoce wykwalifikowanych specjalistów od nauk paranormalnych, trudnili się realizacją drobnych zleceń w zakresie czynienia cudów, na które popyt wzrastał z biegiem lat, a koniunktura wymogła przekształcenie spółdzielni w spółkę z wielce ograniczoną odpowiedzialnością. Tak oto nastała nowa rzeczywistość, a w niej nastał nowy, piękny dzionek, który i tak szybko minął. Po nim nastał wieczór…
***
Klient nerwowo kręcił się na swoim krzesełku. - Czy technicznie jest to możliwe? – zapytał nie będąc pewnym, czy faktycznie mistrzowie magii zrozumieli, czego od nich wymaga. - Teoretycznie – tak. – odparł starszy z magów. – Próbowano tego już wielokrotnie, z różnym efektem. Niektórym się udało, lecz obiektem ich czarów było urządzenie o wiele mniej skomplikowane. Siedzący na krzesełku przed biurkiem gość sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. - W takim razie jestem zdecydowany. – oznajmił. Mag skinął na swojego milczącego pomocnika, ten zaś wyszedł na chwilę do pomieszczenia obok, by po chwili pojawić się w drzwiach z wielką, antyczną maszyną do pisania w rękach. - Spiszemy umowę. – wyjaśnił mistrz. - Żadnej umowy, żadnych danych. – zastrzegł klient. – Pełna dyskrecja wymagana. Oto zaliczka, która wynagrodzi panom pewne niedogodności zaistniałej sytuacji. W sekundę później ręka ozdobna w drogi, rosyjski zegarek opuściła opiekuńczy mrok wewnętrznej kieszeni marynarki ukazując niemałą fortunę. - To pokryje wszystkie wydatki. – mruknął Pierwszy przeliczając pieniądze. – Sto dwadzieścia krugerandów to niemała sumka. Nie obawia się pan braku potwierdzenia? Gość uśmiechnął się krzywo. - Wasza renoma jest najlepszym gwarantem. – wyjaśnił, choć było widać po minie, że niezbyt szczerze. Mistrz klasnął w dłonie, czemu towarzyszyło malutkie wyładowanie elektryczne. - Niech i tak będzie, skoro taka wola! – podszedł do klienta, który wstał, zapiał marynarkę i wyciągnął rękę na pożegnanie. - Proszę pamiętać, dwa dni! - przypomniał. – Reszta płatna przy odbiorze. - W takim razie za dwa dni dostarczę osobiście. – obaj czarownicy odwzajemnili służbowy uśmiech i odprowadzili gościa wzrokiem do drzwi. Kiedy te się zamknęły, milczący dotąd Drugi rozpiął swój służbowy, czarowniczy płaszcz i siadł na krzesełku lokując nogi na blacie biurka. - Nie podoba mi się ten typek. – stwierdził, choć było to oczywiste. - Mi też. – odparł szef kontemplując obuwie podwładnego. – Gdzie ty kupujesz taką tandetę? Czarownik popatrzył na swoje buty i w duchu przyznał przyjacielowi rację. - W hipermarkecie. – padło po chwili. – Wiemy, kto to? - Mógłbyś za nim pójść. – padła nieśmiała sugestia. – Szkoda, że nie ma Grubcia, on jest idealny do takich zadań! - O tak. – roześmiał się mag. – Wcale a wcale nie rzuca się w oczy. Wiesz co? Skoczę tylko na parter do Malwiny. Pierwszy popatrzył na stan swoich paznokci. - Nic ci tu nie sugeruję. – zauważył. – Ale robota czeka, klient ucieka, a tobie podrzędne romanse w głowie… Drugi zerwał się z krzesła, zrzucił swój płaszcz i otworzył drzwi Agencji. - Nie zapominaj, że Malwina pracuje w magazynie teatralnym. – rzucił i już go nie było. Po chwili radosne „ping” dobiegające z korytarza oznajmiło, że winda podjechała po raz kolejny na trzynaste piętro po swojego pasażera. W związku z tym Mistrz postanowił uciąć sobie drzemkę, która wydawała się być tylko chwilą. W rzeczywistości trwała aż trzy godziny i została przerwana przez kolejne radosne „ping” dobiegające z korytarza trzynastego piętra. Drzwi Agencji uchyliły się delikatnie, do środka wszedł dziwnie wyglądający mężczyzna w groteskowej, jasno brązowej marynarce w kratę oraz najdziwniejszym wąsem w całym New Warsaw City – jedna połówka była czarna, druga zaś siwa. Nad tym wszystkim górowały wielkie, ciemne okulary. - Witam cię kwintesencjo kiczu, władco bezguścia. – rzucił rozbudzony Pierwszy i przeciągnął się głośno przy tym ziewając. - Szacuneczek Śpiącej Królewnie. – odparł Drugi zdejmując ciemne szkła. - Wyglądasz jak idiota. Widziałeś się w lustrze? Przebrany czarownik na chwilę zniknął w sąsiednim pomieszczeniu. - Chyba masz rację. – przyznał już od drzwi. – Teraz rozumiem tych kilkunastu lanserów, którzy mnie opadli pod hotelem „Slavia”. Mistrz popatrzył z niedowierzaniem. - I co im powiedziałeś? - Że jestem cudzoziemcem, a to najnowszy trend w modzie. – przyznał z rozbrajającą szczerością zapytany. – Myślisz, że dali się nabrać? - Musieliby być bardziej ślepi, niż ten, kto ci dobierał garderobę. – przyznał mistrz wstając z krzesła. – No i ten wąsik… Drugi wzruszył ramionami. - Malwina dała mi na szybko to, co miała od ręką. – wyjaśnił. – Jutro jej to oddam. Mag załamał ręce. - Każdy pretekst jest dobry, by urwać się z pracy na randkę. Dowiedziałeś się czegoś, fircyku? - Redaktor podrzędnej stacji telewizyjnej. – wyjaśnił fircyk odklejając groteskowego, dwukolorowego wąsa. – Specjalizuje się w relacjach z wydarzeń politycznych. Pierwszy podrapał się po brodzie. Ta rewelacja nic nie wyjaśniała, wręcz przeciwnie: gmatwała wszystko, bo coraz bardziej odległe wydawało się być znalezienie odpowiedzi na podstawowe pytanie: po co podrzędnemu redaktorowi tak specjalistyczny sprzęt? - Musimy go obserwować, może się coś wyjaśni. – dodał po chwili. - Masz mnie za akolitę? – oburzył się mag. – Posłałem za nim chowańca pod postacią fałszywego cienia, zasięg minimalny dwanaście metrów, aby się za bardzo nie rzucał w oczy. Wszystkie dane szerokopasmowym złączem czaroprzestrzennym prześle nam do biura. - Muszę przyznać, że czasem masz przebłyski geniuszu. – przyznał czarownik siląc się na uśmiech. - Oj, bo pożałuję, że cię ściągnąłem z niebytu!... – zmięta w kulę kraciasta marynarka przeleciała przez pokój. Mistrz zręcznie wykonał unik patrząc, jak szmaciana kula mija go na wysokości ucha i … wypada przez okno. - O święty Samaelu! – jęknął Drugi. – Malwina mnie zabije! - I co, eleganciku? Ma się refleksik! – z dumą przyznał mag. – Nie wycałujesz się za to do emerytury… Na twoim miejscu poleciałbym szybko na parter. Ostatnia uwaga była jednak zbyteczna. Wizja całowania uroczej Malwiny przez kilkadziesiąt następnych lat podziałała na czarnoksiężnika z iście cudowną, przyśpieszającą mocą.
***
Gruby czarnoksiężnik nazywany przez kolegów Trzecim otworzył oczy i ze zdziwieniem spostrzegł, że nadal siedzi przy biurku. Tuż przed nosem skrzyła się przyjaznym, niebieskawym blaskiem szklana kula ukazując dobrze znajomy śnieżek - znak nieomylny, że program już dawno się skończył. "Cholera, znowu zasnąłem przy inwigilowaniu. Chyba zbyt dużo pracuję" - pomyślał czarnoksiężnik i delikatnie potarł dłonią wierzch kuli. Niebieska poświata znikła. Zapadł milutki półmrok. Z ciemności, tuż za nim, dobiegł dziwnie znajomy głos. - Nie martw się. - Pocieszył Grubcia Pierwszy. - Też mi się zdarzało spać podczas pracy. - A niech to Wszyscy Święci! - Trzeci wyraźnie starał się chwycić za serce. - Aleś mnie wystraszył! - Nie z tej strony... – mruknął mistrz i poklepał kolegę po ramieniu. - Wystraszył? Ze strony? Co ty bredzisz? - Łapiesz się nie z tej strony. Serce masz po drugiej. - Aha. - Poprawił się Grubcio i chwycił się za serce od drugiej strony. Od strony kręgosłupa... Ręce Pierwszego uniosły się do góry we wszystko mówiącym geście, przy czym połowa z nich opadła po chwili z twórczej niemocy, natomiast druga zaczęła pokazywać jakieś tajemnicze kółka na czole. - Ty, co ty mi tu za geometrię wykreślasz? – oczy tłuściocha zwęziły się do wymiaru ciasnej szparki. - Rysuję ci twierdzenie Pitagorasa! - odpalił Pierwszy. – To bardzo przydatne twierdzenie! - Oczywiście. – zgodził się mag. - Tylko dlaczego na czole? W mroku zajaśniał przez chwilę rząd bielutkich zębów układający się obrysem w uśmiech. - To po to, abyś lepiej zapamiętał. - Czy dużo straciłem? - zapytał, już zupełnie poważnie Trzeci. - Tak, już wiemy. Odpal swój monitorek i postaraj się odtworzyć to, co tak pieczołowicie przechrapałeś. Z ciężkim westchnieniem Trzeci ponownie potarł szklaną kulę, tym razem mamrocząc pewną dość skomplikowaną formułę czarnoksięską po starosumeryjsku. Kula rozjaśniła cudownie błękitnym blaskiem niewielkie biuro. Czarownik otarł rękawem twarz otrzepując się z resztek jednego z najprzyjemniejszych snów - snu o wielkim żarciu. - Jak daleko to cofnąć? - Do drugiej dwadzieścia trzy. - uśmiechnął się mistrz na wspomnienie pogrążonego w słodkim śnie przyjaciela. - Hm... To nasze biuro! - ze zdziwieniem spostrzegł Trzeci, po czym zastygł w przedziwnej pozie rozdziawiając usta ze zdziwienia. Tymczasem obraz przybliżył się i oczom obu magów ukazał się... Grubcio śpiący przed szklaną kulą na blacie biurka i jeszcze czymś, co zupełnie nie pasowało do powagi tego sielskiego obrazka. - O święty Samaelu! - wrzasnął Trzeci. - Kto mi włożył SMOCZKA do gęby?! Pierwszy tymczasem starał się nie słyszeć lamentów podwładnego i z uporem maniaka kontemplował gwiazdy na niebie za oknem, pogwizdując „Blue moon”. W końcu nie wytrzymał i zgodnie z tradycją, po korytarzu trzynastego pietra rozniósł się głośny rechot. - Dobra, teraz daj drugą czterdzieści. – dodał po chwili jeszcze chichocząc. - Gniewasz się? - Nie. Szef ma zawsze rację! - Zauważyłem podtekst w tym stwierdzeniu. Co on mówi? - Zamorduję! – warknął obszerny czarownik i powrócił do kontemplacji wizji w kuli. Tym razem obraz przedstawiał luksusową willę w Fallenitse Hill, jak mówiła tabliczka z nazwą dystryktu, przylepiona do wysokiego ogrodzenia budynku. Na potarganej wiatrem sośnie majaczył jakiś bliżej niezidentyfikowany cień. Cień był o tyle ciekawy, że miał w ręku lornetkę. Mistrz pochylił się nad kula i wskazał palcem konkretną plamę światła w fasadzie budynku. - A teraz patrz na okno na pierwszym piętrze. – mrukną. – Zrób zbliżenie. - Chwileczkę… - Trzeci delikatnie pogłaskał szklaną kulę, obraz nieznacznie się przybliżył. - Słabiutko… to wszystko, co możemy uzyskać? - Niestety. – Trzeci był także wyraźnie niepocieszony. - O kurczę! Okno na pięterku rozbłysło mocniejszym światłem, ukazując anielskich kształtów dziewczynę, która majsterkowała coś przy ścianie, następnie stanęła na środku pokoju i zaczynała tańczyć w rytm niesłyszalnej muzyki. Widowisko trwało około dziesięciu minut i pomimo pewnej monotonii i dłużyzn w akcji, wprawiło w zachwyt obu czarnoksiężników, jak i tajemniczy cień przyczajony na drzewie. - O święty Flaurosie! - wystękał ponownie wniebowzięty Grubcio.- To widowisko warte jest najlepszych ciast Clicklego! Masz jej adres? Może rośnie obok jeszcze jedna, wolna sosna? Czarownik pokręcił głową w niemym przeczeniu, choć w głębi duszy doskonale rozumiał kolegę, gdyż niezdrowa fascynacja tajemniczą…