Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 1 godz. 24 min czytania

Carpe Diem (Paweł i Patrycja)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

-Pociąg ekspresowy z Olsztyna do Zakopanego wjedzie na peron trzeci z piętnastominutowym opóźnieniem- zatrzeszczał zniekształcony, kobiecy głos w megafonie, zawieszonym nad peronem dworca kolejowego Olsztyn Główny.

Na przyjazd pociągu, czekało na peronie około trzystu osób. Prawie wszyscy byli poddenerwowani i źli, bo prawie każdy musiał zdążyć na czas. Do pracy, do domu, na spotkanie...Dlatego nikt nie lubił, jak pociągi się spóźniały.

46-letni Roman poprawił swoje okulary w modnej, ciemnowiśniowej oprawce i z ironicznym uśmiechem spojrzał na zegarek. Dochodziło już dwadzieścia minut spóźnienia... Mężczyzna był dosyć wysoki, dobrze zbudowany, elegancko ubrany. W prawej dłoni trzymał czarny, skórzany neseser. Jedynym elementem psującym dobre wrażenie w jego wyglądzie była widoczna dla wszystkich łysina umiejscowiona na czubku głowy.

34-letni Krzysztof zaczął nerwowo chodzić w tą, i z powrotem. Każdy jego krok był sprężysty, a pod garniturem, który miał na sobie, drgały wszystkie mięśnie jego ciała, ukształtowane podczas częstych wizyt w siłowni. Na jego przystojnej twarzy malował się niepokój. Pomimo zapowiedzi, pociąg wciąż nie nadjeżdżał.

Przez halę dworcową, niczym bolid Formuły I, pędził w stronę kasy młody mężczyzna, mijając jak slalomowe tyczki zgromadzonych w niej ludzi.

- Przepraszam, przepraszam!! – ostrzegał tych, którzy stawali mu na drodze.

W końcu Paweł (tak miał na imię ów młodzieniec) wypatrzył kasę, przy której nikt nie stał. Dopadł do okienka w chwili, gdy gruba kasjerka właśnie wstawała, z zamiarem podążenia na przerwę.

-Przepraszam, proszę pani... – uśmiechnął się na tyle przymilnie, na ile w tej chwili było go stać – Muszę pojechać tym spóźnionym do Zakopanego. Pani jest moją jedyną szansą. W innych kasach nie zdążę! -Ale ja mam przerwę – zaprotestowała kobieta -Bardzo panią proszę – młodzieniec złożył ręce jakby modlił się do kasjerki – Jeden studencki...

Kobieta z ciężkim westchnieniem usiadła z powrotem na krzesełku i wystukała coś na klawiaturze stojącego na jej biurku komputera. -Jest miejsce...- spojrzała na monitor- w drugiej klasie, w ostatnim wagonie. -Wspaniale, biorę – Paweł pokazał swoją legitymację studencką -Dobrze. – kasjerka wydrukowała bilet - Proszę. 67 złotych i.... -Proszę, reszty nie trzeba- przerwał, kładąc jednocześnie banknot stuzłotowy i zabierając bilet- dzięki serdeczne, do widzenia!- krzyknął, odbiegając od okienka. -Wariat. Ale przynajmniej z gestem- skomentowała pod nosem kasjerka.

W końcu pociąg w wolnym tempie wjechał na peron. Ludzie w pośpiechu zaczęli zajmować swoje miejsca.

-Przepraszam, gdzie jedzie ten pociąg?- spytała jakiegoś mężczyznę 17-letnia Aneta, która nagle pojawiła się na peronie. -Do Zakopanego- rzucił mężczyzna, wsiadając do wagonu. -Może być... – skomentowała bardziej do siebie, niż do mężczyzny.

Dziewczyna otworzyła swoją torebkę i jeszcze raz zerknęła, czy ma w niej to, co miało być jej potrzebne. „ Jest wszystko”- podsumowała w myślach, po czym wsiadła do ostatniego wagonu pociągu.

Wszyscy podróżni zajęli już swoje miejsca, kiedy nagle konduktor stojący przy ostatnim wagonie, zobaczył nadbiegającego młodzieńca. Paweł w ostatniej chwili wskoczył na schodki, a zaraz za nim wsiadł konduktor, który zamknął drzwi. Pociąg ruszył. Paweł popatrzył na bilet i wszedł do przedostatniego przedziału w wagonie. Ulokował swój plecak na półce, po czym zajął miejsce tuż przy drzwiach. Natychmiast wyjął swoją komórkę i zaczął wybierać numer. Po kilku sygnałach, zgłosiła się poczta głosowa. Chłopak powtórnie zadzwonił. Znowu się nie udało. Zaniepokojony, odłożył telefon od ucha.

Inną osobą, która używała telefonu komórkowego, cały czas pisząc sms-y była Aneta. Dziewczyna siedziała przy oknie. Miała długie blond włosy, była ubrana w kusą spódniczkę i białą, przezroczystą bluzkę, spod której prześwitywał czarny stanik. Była mocno umalowana. Cały czas stukała w przyciski telefonu, a każde przyciśnięcie wzbudzało krótki, ale za to przenikliwy dźwięk przypisany każdemu klawiszowi. Ciągłe, piskliwe tony wywoływały u innych pasażerów sporą irytację. Najbardziej zniecierpliwiony wydawał się Roman, siedzący naprzeciwko Anety. Mężczyzna próbował czytać magazyn motoryzacyjny, ale ciągłe piski telefonu całkowicie go rozpraszały. Zresztą i tak nie mógł się skupić na czytaniu, bowiem myślami był zupełnie gdzie indziej. Zastanawiał się, czy postąpił dobrze. Nagle, w przedziale rozbrzmiała głośna melodyjka komórki Anety.

-Czego chcesz?!- rzuciła obcesowo do słuchawki. Tak głośno, że usłyszał ją cały przedział.- Co?!!! Uspokój się, nic od ciebie nie chcę. Odwal się ode mnie - jej głośna rozmowa siłą rzeczy zwróciła uwagę pozostałych pasażerów- Poczekaj chwilę, za chwilę do ciebie oddzwonię! – zdecydowała Aneta, dostrzegłszy pełne dezaprobaty spojrzenia współpodróżnych.

Zabrała torebkę oraz telefon i szybkim krokiem, zahaczając o nogi pasażerów, wyszła z przedziału na korytarz.

W przedziale obok, siedziała Patrycja- niebrzydka, 26-letnia szczupła brunetka z długimi włosami. Wpatrywała się w okno, obserwując krajobraz za szybą. Właśnie wyjechali z lasu, i jej oczom ukazała się polana pokryta dywanem lśniących w słońcu złocistych kwiatów. „Jakie piękne. – pomyślała - Na co dzień, nie ma czasu, żeby coś takiego dostrzec. Wszystko przez ten pośpiech.” Spojrzała ukradkiem na mężczyznę, siedzącego naprzeciwko. Miała wrażenie, że cały czas na nią zerkał, a zwłaszcza na jej dość krótką spódniczkę. Kiedy tylko chciała go przyłapać na gorącym uczynku, on niemal automatycznie odkręcał głowę i udawał, że czyta gazetę.

34-letnia Sophie- kobieta posiadająca polskie i francuskie obywatelstwo, siedziała razem ze swoim towarzyszem podróży w pierwszym przedziale ostatniego wagonu.

-Chyba się zdrzemnę- zdecydował zaspanym głosem mężczyzna. -Dobrze, ja może trochę poczytam książkę- odpowiedziała Sophie, choć tak naprawdę wcale nie miała chęci na czytanie.

Po upływie kilku godzin Paweł po raz kolejny wyszedł na korytarz zadzwonić. Był mocno zdenerwowany, bowiem dziesięć prób połączenia, które wykonał do tej pory, nie przyniosły rezultatu. W parę sekund wybrał numer, po czym przyłożył telefon do ucha, oczekując na połączenie. Znowu odezwała się poczta. Paweł rozłączył się i zaczął po raz kolejny wystukiwać ten sam numer, gdy nagle odezwała się melodyjka jego telefonu. Wcisnął przycisk i z nadzieją w głosie rzucił do słuchawki: -Halo Ania?

-Cześć Paweł- usłyszał głos ojca, który wywołał u niego wielkie rozczarowanie. -Tak, cześć. -Mówi ojciec. Co ty wyprawiasz, synu? Opuściłeś egzamin? -Tak, zdam go w terminie poprawkowym. Mam do załatwienia pilną sprawę. -Dzisiejszy egzamin był najważniejszy ze wszystkich. Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę... -Zdaję sobie sprawę, ale nie mogłem postąpić inaczej. Porozmawiamy w domu. Wracam za parę dni. -Jak to za parę dni? Paweł! Co ty kombinujesz? Zaczynam się martwić... -Niepotrzebnie. Wszystko jest w porządku. Przepraszam cię, tato, ale muszę kończyć, bo czekam na ważny telefon. -Ważny telefon? Od kogo? -Nie teraz, tato. Muszę kończyć. Pa- zakończył połączenie.

Natychmiast ponownie wybrał ten sam od kilkunastu razy numer i znów bez efektu.

„Jezu, co ja zrobię, jak się do niej nie dodzwonię. Nie będę wiedział gdzie pójść, z kim się spotkać? A przecież, żeby to wyszło, zawaliłem najważniejszy egzamin. – rozmyślał Paweł –Czy dobrze robię? Jeżeli nie uda mi się go zdać w terminie poprawkowym, to koniec. Następnych poprawek nie będzie i wylecę z hukiem na własne życzenie! A wtedy to nie tylko będzie zawód dla ojca, ale przede wszystkim dla mnie. Tak bardzo starałem się o te studia, a teraz mogę je zawalić przez jeden wyjazd do Zakopanego...”

{i} Zakładałem jaskrawą koszulę w kratę. Nie lubiłem jej, ale matka stwierdziła, żebym ją założył, bo dobrze w niej wyglądam. Na pieprzonej kolacyjce zjawi się cała rodzina. Co za obciach! Wszyscy znajomi śmieli się ze mnie, że w moim domu jeszcze odbywa się coś takiego. A zdarzało się niestety dość często, bo co dwa, trzy miesiące. Zapinając koszulę, usłyszałem dźwięk wiadomości na gadu-gadu. Podszedłem do komputera i zerknąłem na ekran. Mój kumpel, Rafał dopytywał się czy będę na dzisiejszej imprezie. Najważniejsza w sezonie. Wszyscy kumple i kumpele, morze browaru, odjazdowa muza. No i co ja mu miałem odpowiedzieć? Że mam rodzinną kolacyjkę z obowiązkową obecnością? Musiałem coś ściemnić w stylu rocznicy starych w połączeniu z wizytą dawno niewidzianych kuzynów. Kurwa, co za niefart! Dodałem, że postaram się wybić najwcześniej jak tylko da radę.. Ze złości, chwyciłem ze stołu wazon z zamiarem ciśnięcia go na łóżko. W tej samej chwili w pokoju zjawiła się moja mama.

-Gotowy, synku?- powiedziała, zastawszy mnie z uniesioną ręką trzymającą wazon. -Nie!!- krzyknąłem, powstrzymawszy się od rzutu.

Matka weszła do pokoju, spokojnie wyjęła mi z dłoni wazon, postawiła go na stole i usiadła na moim łóżku.

-Chodź, usiądź obok mnie. Powiedz mi, co się stało? -Dziś Rafał organizuje imprezę. Myślałem, że przełożą ją na następny tydzień, ale oczywiście musiała się pokryć z naszą rodzinną kolacją- mówiłem z niezadowoleniem, usiadłszy obok matki. -Bardzo mi przykro. Wiesz, jak te kolacje są ważne dla ojca. To jedyna okazja, kiedy spotyka się razem cała nasza rodzina. -Ja to doskonale wiem, ale co ja poradzę, że nie cierpię tych spotkań. Jestem najmłodszy w całym tym towarzystwie i nie mam o czym z wami rozmawiać. Tylko się nudzę i siedzę jak palant, cały czas milcząc. -Ale jesteś także chlubą ojca i nie dziw się, że chcę się tobą pochwalić. Po prostu jest z ciebie dumny. -Wiem, i to wcale mi się nie podoba. Ojciec liczy, że będę dalej ciągnął rodzinną tradycję i głosi to wszem i wobec, stawiając mnie pod ścianą. A ty doskonale wiesz, że wolę komputery i że to informatyka jest moją przyszłością. -Ale on wciąż liczy na to, że zmienisz zdanie. Według niego zawód informatyka nie ma przyszłości. -Nie ma przyszłości?! Przecież to najbardziej opłacalny zawód XXI wieku! -Może masz rację, synku, ale ojciec jest tradycjonalistą, dobrze o tym wiesz. Chodź już na dół, bo się będzie pieklić. Zrób to dla mnie, bardzo cię proszę.

Oboje z mamą zeszliśmy powoli na dół i zobaczyliśmy mnóstwo ludzi, którzy siedzieli przy stole. Przez cały wieczór ojciec wychwalał mnie, że jestem ogromną nadzieją na przyszłość i że mam zdolności, których on w moim wieku nie posiadał. Czułem się głupio i chciałem się zapaść pod ziemię. Po jakimś czasie próbowałem się urwać, ale widząc spojrzenie matki dałem spokój. Kolacja skończyła się bardzo późno i nie było już sensu robić wbity na imprezę. Nazajutrz wykonałem telefon do Rafała, chcąc zapytać, jak udała się zabawa, ale mój kumpel nie odbierał. Postanowiłem zadzwonić do mojej koleżanki, Klaudii.

-I jak udała się impreza?- rozpocząłem rozmowę. -To ty nic nie wiesz?! -O czym? -No, o pożarze!. Paliło się prawie całe mieszkanie. Większości z nas udało się uciec, ale kilka osób jest poparzonych. Niestety Rafał najgorzej. Nawet nie wiem, czy odzyskał przytomność.... -Jezu! W którym szpitalu leży?! -W tej klinice w Śródmieściu...No, wiesz, w tej....

Nie czekałem na wyjaśnienie i jak szalony pognałem na dół. Mieszkaliśmy z rodzicami w domku jednorodzinnym. Mój ojciec zarabiał nawet niezłe pieniądze, moja mama dorabiała w bibliotece.

-Tato, wiem, że dzisiaj masz wolne, ale pojedźmy do szpitala. Rafał jest ciężko ranny, wszystko powiem ci po drodze. -Rafał? Oczywiście, już jedziemy. Ale co się stało?

Na miejscu mój ojciec, który był ordynatorem szpitala dowiedział się wszystkiego i uspokoił zarówno mnie, jak i matkę Rafała. Na szczęście mój kumpel odzyskał przytomność i nic mu już nie groziło, ale czekał go długi okres rekonwalescencji. Kilka dni później udało mi się z nim porozmawiać.

-Siema ziomek- przywitał mnie z uśmiechem na twarzy, mimo obandażowanej połowy ciała. -No, cześć, jak się czujesz? -Najgorzej nie jest, choć bywało lepiej. -Wyjdziesz z tego, takie ziomy nie lądują tak wcześnie na tamtym świecie. -Teraz też tak uważam, ale wówczas było gorąco. Kiedy byłem sam w pokoju, i ogień odciął mi drogę, zdałem sobie sprawę, że mogę z tego nie wyjść. W jednej chwili przypomniało mi się całe życie. Wiesz, wszystkie piękne i okropne chwile w jednej sekundzie. Dokładnie tak, jak o tym opowiadają. Potem jakimś cudem udało mi się przeskoczyć na balkon, ale nie wyhamowałem i poleciałem w dół. – widząc moją zdziwioną minę dodał dla wytłumaczenia – Wiesz, byłem już wtedy na niezłym gazie. Kiedy spadłem, podobno wszyscy byli przerażeni. Nie dawałem żadnego znaku życia, ale nikt nie potrafił mi pomóc. Na szczęście zaraz przyjechała karetka, wezwana już wcześniej przez sąsiadów. Jak się obudziłem, to poczułem cholerny ból i nic więcej. Na szczęście teraz jest już dużo lepiej.

Słysząc to, uśmiechnąłem się do Rafała i zacząłem mu relacjonować najnowsze wieści. Po godzinie, życząc mu szybkiego powrotu do zdrowia, opuściłem szpitalną salę. W drodze do domu zacząłem się zastanawiać, czy gdybym był tam wtedy, potrafiłbym Rafałowi pomóc... Oczywiście znałem zasady pierwszej pomocy, ojciec wpajał mi je od dziecka, ale czy to by wystarczyło? Czy nie byłbym bezradny? Właśnie wtedy, po raz pierwszy zacząłem rozpatrywać, czy przypadkiem zawód lekarza nie jest mi sądzony... {/i}

Aneta przestała pisać sms-y, za to po raz kolejny podniosła się ze swego miejsca przy oknie z zamiarem opuszczenia przedziału. Zniecierpliwieni jej kręceniem się pasażerowie, niechętnie podkurczali nogi, by przepuścić ją do drzwi. Po wyjściu na korytarz nastolatka udała się na koniec wagonu i zapaliła papierosa. Był to już jej piąty zapalony w podróży. Nie mogła sobie odmówić przyjemności w delektowaniu się ulubionymi Davidowami. Kupiła je w jednym z kiosków na dworcu. Nie miała jeszcze osiemnastu lat, ale i tak papierosy i alkohol sprzedawali jej prawie wszędzie.

Siedzący w środkowym przedziale Krzysztof zaczął ciężej oddychać. Nikt, patrząc na tego umięśnionego mężczyznę w sile wieku, nie pomyślałby, że może mieć astmatyczne zaburzenia w oddychaniu. Mężczyzna szybko opuścił przedział i podążył w kierunku toalety. Po drodze wpadł na Pawła, cały czas próbującego się połączyć z Anią.

-Przepraszam bardzo- wymamrotał z ciężkim oddechem Krzysztof. -Nie szkodzi- odpowiedział Paweł, a widząc bladość na twarzy mężczyzny dodał – Wszystko w porządku? -Tak – rzucił krótko Krzysztof i szybkim krokiem podążył w kierunku drzwi oddzielających korytarz wagonu od części z toaletą i drzwiami wyjściowymi. Pchnął je i skręcił do ubikacji, mijając stojącą tu z papierosem w dłoni Anetę, odruchowo na nią spoglądając. Zdawało mu się, że gdzieś już ją widział, ale nie miał czasu na zastanowienie. W toalecie wyciągnął z kieszeni swój inhalator i przystawił go do ust. Powoli przychodził do siebie.

Sophie wykorzystując, że jej towarzysz podróży cały czas śpi, wyszła na korytarz. Stanęła przy oknie i dyskretnie wyjęła coś z kieszeni. Długo się temu przyglądała. Widać było, że ten przedmiot był dla niej bardzo ważny.

Stojący kilka metrów dalej Paweł rozmawiał przez komórkę. Znowu nie była to jednak Ania, z którą tak bardzo chciał się skontaktować, ale jego kolega z roku -Heniek.

-No, cześć Heniu. -Siema. Zdałem. -To super – ucieszył się Paweł -A co z tobą? Igliński zdziwił się, że cię nie było. Najważniejszy egzamin... -Tak, wiem. Ale nie mogłem. Jadę do Zakopanego w bardzo pilnej sprawie. -Coś się stało? -Nie... to znaczy nie wiem. Dopiero się dowiem. Opowiem ci wszystko, jak wrócę. -W przyszłym tygodniu są poprawki. Jeszcze jedno, dziś przed uczelnią był twój stary. -Cholera! – zaklął Paweł - Rozmawiałeś z nim? -Tak, ale tylko przez chwilę. Szukał cię. Powiedziałem, że wypadło ci coś ważnego i że wyszedłeś. Nie wiem, czy dobrze, ale i tak by się dowiedział od profesora, że cię nie było. -Dobrze zrobiłeś. Nie przejmuj się. Pytał o coś jeszcze? -No tylko o to, czy nie wiem, co było tak ważnego, że przeszkodziło ci w zdaniu najważniejszego egzaminu w roku...Oczywiście odpowiedziałem, że nie wiem. A tak swoją drogą, to chyba naprawdę musi być dla ciebie ważne... -Bardzo ważne, stary. Wierz mi. Dobra, dzięki. Sorry, ale muszę kończyć. Czekam na ważny telefon. -Dobra, spoko, do usłyszenia. Nara. -Nara.

Po rozłączeniu się, Paweł po raz dwudziesty wystukał numer Ani i po raz dwudziesty nie przyniosło to spodziewanego efektu. Mocno zaniepokojony, zaczął dla uspokojenia, wpatrywać się w okno. Przed oczami migały mu drzewa, krzewy, pojedyncze chałupki. Nie zauważył, że podeszła do niego Sophie.

-Przyroda jest piękna, prawda? Nie mamy czasu na co dzień, by ją podziwiać- odezwała się. -Słucham – w pierwszej chwili nie zrozumiał co do niego mówi – A tak... – powoli dotarł do niego sens jej wypowiedzi - Ma pani rację. Zbyt wiele spraw na głowie. -Nie wie pan, gdzie dokładnie jesteśmy? -Wydaje mi się, że... w okolicach Tarnowa, ale nie jestem pewien. -Dziękuję...

Patrycja opuściła przedział i skierowała się w stronę ubikacji. Najpierw minęła Pawła, który wciąż stał na korytarzu, a następnie wracającą do przedziału Sophie. Doszła do toalety i nacisnęła na klamkę. Drzwi nie ustąpiły.

-Zajęte – usłyszała wyjaśnienie Anety, wciąż stojącej obok i palącej papierosa.

Patrycja ze zrozumieniem kiwnęła głową i oparła się o ścianę w oczekiwaniu na zwolnienie się toalety.

-Papierosa?- zaproponowała Aneta. -Nie, dziękuję, nie palę- uśmiechnęła się Patrycja. -A ja palę, i nie jest mi z tym źle. -Rozumiem. -W toalecie jest jakiś facet. Chyba gorzej się poczuł, bo wpadł tam jak szalony. Pewnie trochę sobie pani poczeka. -No, trudno. -Może pani iść do toalety w innym wagonie, albo zostać tu ze mną. Szczerze pani powiem, że ja wybrałabym tą pierwszą możliwość. Nikt nie może ze mną wytrzymać. -Aha...- mruknęła tylko Patrycja, nie mając ochoty na rozmowę. -Rozmowna to pani nie jest- zauważyła po dłuższej chwili ciszy Aneta, zaciągając się papierosem. -Wystarczy, że pani jest.

Drzwi toalety w końcu się otworzyły. Krzysztof, któremu atak minął oddalił się, a jego miejsce w toalecie zajęła Patrycja.

Drzwi między wagonami otworzył mężczyzna pchający przed sobą wózek z jedzeniem i piciem.

-Po ile jakieś dobre batony?- od razu spytała go Aneta. -Zależy jakie....

Dziewczyna kupiła trzy batoniki i litrową coca-colę. Zapłaciła banknotem stuzłotowym, z którego mężczyzna wydał jej reszty. Po zakończonej transakcji pchnął drzwi na korytarz w wagonie i po chwili przystąpił do dalszej sprzedaży.

Roman przeczytał już prawie cały magazyn motoryzacyjny. Podniósł zmęczony wzrok znad pisma i spojrzał przez szybę na korytarz, przez który właśnie przechodziła Patrycja. Automatycznie zerknął na jej niebrzydką twarz. Kobieta wydała mu się znajoma. Zamyślił się, próbując uświadomić sobie, skąd może ją znać. Po chwili, przypomniał sobie, uśmiechając się w duchu. Do przedziału powróciła Aneta i usiadła na swoim miejscu naprzeciwko Romana. Wyjęła batonika z kieszeni i zaczęła go jeść. Mężczyzna odłożył gazetę na małą półkę przy oknie i wyjął ze swojego neseseru zawiniętą w celofan kanapkę. Odwinął do połowy sreberko, spod którego ukazała się równiutko przekrojona bułka z szynką i serem, i chwytając za jej zakrytą jeszcze część ostrożnie przystąpił do konsumpcji. Aneta, z ironicznym półuśmiechem spojrzała na Romana.

-Smacznego. -Nawzajem- odpowiedział mężczyzna.

Do przedziału wrócił także Paweł, który zajął swoje miejsce przy drzwiach. Komórkę wciąż trzymał w dłoni. Przystąpił do pisania sms-a. Był bardzo zdenerwowany. Ania ani razu nie odebrała połączenia od niego. Na pewno musiało się coś stać. Miał nadzieję, że po przyjeździe wszystko się wyjaśni.

Pisaniem sms-a zajęła się również Patrycja. Cały czas rozkojarzały ją ciągłe, ukradkowe spojrzenia mężczyzny, siedzącego naprzeciw. Za każdym razem, gdy na niego spoglądała, on szybko odwracał wzrok. Nie zaryzykowała jednak, aby zapytać, dlaczego cały czas ją obserwował. Może z nudów...

Aneta, po zjedzeniu batonika po raz kolejny wyszła na korytarz. Zadzwonił jej telefon, a widząc, kto to, przezornie opuściła przedział. Przez uchylne drzwi do wagonu wszedł konduktor sprawdzający bilety. Po sprawdzeniu ich w pierwszym przedziale podszedł do Anety. Dziewczyna bez skrupułów przerwała połączenie, sięgnęła do torebki i wyjęła z niej banknot stuzłotowy. Dyskretnie wręczyła go konduktorowi z przymilnym uśmiechem. Mężczyzna rozejrzał się na boki, chwycił i szybko schował banknot, po czym kiwnął głową z uśmiechem Anecie i wszedł do przedziału. Roman wstał i podał konduktorowi bilet jako pierwszy. Po jego sprawdzeniu wyszedł na korytarz i rzucając Anecie wymowne spojrzenie, udał się do toalety. Pewnie widział jak mu dałam ten banknot – pomyślała dziewczyna – Cholerny społek!

W innym przedziale obudził się towarzysz podróży Sophie.

-Która godzina?- zapytał, przecierając oczy. -Blisko osiemnasta. Niedługo będziemy już w Nowym Sączu. – odpowiedziała mu Sophie -To doskonale. Ale jestem głodny... Nie było tego gościa z kanapkami i napojami? -Przechodził jakiś czas temu... -To dlaczego mnie nie obudziłaś? Przecież ci mówiłem, że muszę coś kupić. -Na dworcu, a nie tutaj...Skąd mogłam wiedzieć? Spałeś, nie chciałam cię budzić. -Mogłaś się domyślić- powiedział z pretensją, wstając z miejsca. -Gdzie idziesz? -Idę go szukać. Jestem wściekle głodny. -Przecież niedługo będziemy na miejscu. -A cholera wie, może znowu się spóźni...Zaraz wrócę...

Mężczyzna wyszedł z przedziału i mijając Anetę, stojącą na korytarzu, skierował się do kolejnego wagonu. Dziewczyna wróciła w końcu na miejsce, usiadła naprzeciwko Romana i zaczęła pić coca-colę.

Maszynista był dzisiaj wyraźnie nie w formie. Najpierw, o mało co nie spóźnił się do pracy, już po raz trzeci w tym tygodniu. Potem na jednej ze stacji, zatrzymał za daleko pociąg i wszyscy czekający na przyjazd pasażerowie musieli podejść i podbiec, aby wsiąść do wagonów. A wszystko przez kłótnię z żoną. Tuż przed wyjściem do pracy. Na szczęście do Zakopanego już niedaleko. A tam porządnie się wyśpi.

Z niewiadomych przyczyn jedna ze zwrotnic stojących przy torach nie zadziałała i pociąg skręcił na boczny tor. Rozkojarzony i przemęczony maszynista nawet tego nie zauważył. Dopiero po jakichś pięciu minutach zdał sobie sprawę, że jadą inną trasą. Na dodatek lokomotywa wpadła w dziwną wibrację. Kierujący pociągiem mężczyzna przezornie zwolnił i ze zgrozą w oczach dostrzegł zaniedbany, nierówny tor, po którym teraz jechali. Co gorsza, tor prowadził po skarpie, z której pociąg w razie wypadnięcia z szyn mógł się stoczyć w dwudziestometrową przepaść. Śmiertelne przerażenie maszynisty wywołała znajdująca się pięćdziesiąt metrów przed nimi wyrwa w jednej z szyn. Natychmiast rozpoczął hamowanie....

W tej samej chwili Paweł dostał sms-a. Zdążył jeszcze zobaczyć, że autorem wiadomości tekstowej była Ania, do której tak długo próbował się dodzwonić...

Droga hamowania pociągu okazała się za krótka. Lokomotywa wypadła z szyn i przewróciła się na bok z impetem szorując po podłożu przez kilkanaście metrów. Wagony, które ciągnęła za sobą zaczęły się przewracać jak kostki domina. Na szczęście wszystkie legły na skarpie oprócz ostatniego, który na skutek pęknięcia łączenia z wagonem poprzedzającym, zsunął się ze skarpy w dół, gdzie uderzył w rozciągające się dwadzieścia metrów niżej drzewa.

Paweł otworzył oczy. Leżał w przedziale, ale nie na siedzeniu, czy na podłodze, ale na popękanym oknie, które opierało się o podłoże, wyglądające jak leśny mech. Spojrzał w górę, skąd dochodziło światło. Nad nim znajdowały się otwarte do połowy drzwi do przedziału, a jeszcze nad nimi rozbite okno, przez które widać było czubki drzew i kawałek nieba. Przez chwilę nie mógł tego pojąć, dopiero po chwili uświadomił sobie, że wagon w którym się znajdował leżał przewrócony na boku. Zrozumiał, że przeżył katastrofę pociągu. Spróbował ostrożnie się poruszyć, żeby sprawdzić, czy nie jest ranny. Poczuł ból w nodze, ale nie tyle silny, żeby oznaczał jej złamanie. Powoli wstał i opierając się stopami o zagłówki foteli podciągnął się na korytarz. Zobaczył, że dwa metry dalej leży bez ruchu jakiś mężczyzna. Widocznie w momencie katastrofy znajdował się na korytarzu. Podpełzł do niego na czworakach i sprawdził mu puls. Ledwo go wyczuł. Dostrzegł, że z rany na głowie ciekła mu strużka krwi. Paweł stanął i wyjrzał przez okno. W pierwszym momencie zobaczył rozciągający się wokół ciemny las, a zaraz potem, gdy skierował wzrok niżej - kilkoro siedzących na ziemi ludzi.

-Proszę mi pomóc!- krzyknął.

Do okna podszedł Krzysiek.

-Proszę się zsunąć po dachu. Pomogę panu. -Nie, nie. Proszę wejść i pomóc mi wyciągnąć rannego.

Krzysztof skrzywił się na myśl o powrocie do wagonu, ale w końcu wspiął się po dachu, który teraz stanowił boczną powierzchnię wagonu i ostrożnie wszedł do środka przez okno. Wspólnie z Pawłem udało im się przetransportować rannego mężczyznę na zewnątrz. Położyli go ostrożnie na leśnym mchu, blisko wagonu. Paweł ponownie sprawdził, czy mężczyzna żyje. Mimowolnie uśmiechnął się, wyczuwając puls, ale natychmiast zmarkotniał, gdy dostrzegł jak głęboka jest wciąż krwawiąca na głowie mężczyzny rana. Zdjął swoją koszulę, rozerwał ją na kawałki i zaczął nimi tamować krew rannemu...

{i}Wróciłem z zakończenia roku szkolnego. Mój ojciec będzie zadowolony, że na świadectwie maturalnym mam dwie oceny bardzo dobre- jedną z informatyki, a drugą z biologii. Zwłaszcza ta druga ucieszy mojego starego. Znowu powie, że medycyna to moje przeznaczenie.

-I jak świadectwo?- spytał niemal od samych drzwi, po powrocie z pracy. -Proszę, zobacz.

Ojciec dokładnie zaczął oglądać dokument i tak, jak się spodziewałem, z dumą stwierdził:

-Piątka z biologii. Brawo synu! Moja krew. -Mam też piątkę z informatyki... -To dobrze. Ale teraz przed tobą najważniejsze egzaminy w życiu. -Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać. -Mianowicie... -Powiem prosto z mostu. Nie chcę studiować medycyny. -Nie rozumiem... -Chcę studiować informatykę. -Nie ma mowy, synu! A rodzinna tradycja? A twoje przeznaczenie? -Jakie znowu moje przeznaczenie? -Musisz być lekarzem, nie możesz mnie zawieść. Będąc informatykiem, nie pomożesz drugiemu człowiekowi. -Ale mnie to pasjonuje. Medycyna aż tak mnie nie pociąga. -Od tylu lat chciałem, żebyś kształcił się w tym kierunku. Chcesz porzucić tyle lat nauki? -Nie mam innego wyjścia. Nie chcę robić niczego z przymusu. Chcę robić to, co będzie mi sprawiało satysfakcję. -Wiedz synu, że sprawiasz mi ogromną przykrość...

Mój ojciec zszedł na dół. Siedział na werandzie i, popijając koniak, rozmyślał nad swoim życiem. Jestem pewien, iż rozmyślał nad tym, że przerwę rodzinny łańcuch. Ale nie miałem innego wyjścia. Nie chciałem się do niczego zmuszać.

Kilka tygodni później, po zdaniu matury nadszedł dzień, w którym miałem złożyć papiery na studia. Mój ojciec pogodził się po trochu z faktem, że nie będę kształcił się w kierunku, jaki sobie wymarzył. Wyszedłem z autobusu i skierowałem się w stronę Uniwersytetu. Miałem ze sobą tekturową teczkę, ze wszystkimi dokumentami, które zamierzałem oddać w dziekanacie. Nagle, niechcący potknąłem się i upuściłem teczkę prosto w kałużę. Schyliłem się szybko, by ją podnieść. Była cała mokra i zabłocona. Otworzyłem ją, żeby sprawdzić, czy nie zabrudziły się dokumenty. W tym momencie ktoś potrącił mnie z tyłu. Otwarta teczka wyleciała mi z rąk i wszystkie dokumenty rozsypały się po chodniku. Zakląłem i zacząłem je zbierać. Niektóre leżały obok, ale inne, popchnięte podmuchami wiatru, odfrunęły dalej. Zacząłem je gonić. Chwyciłem jeden, drugi, trzeci... Ktoś uczynny podał mi jeszcze jeden. Podziękowałem i rozejrzałem się wokół. Chyba wszystkie...Usiadłem na przystanku, na ławce otoczonej wiatą i zacząłem sprawdzać, czy niczego nie brakuje. Ze zgrozą stwierdziłem, że nie ma dwóch ważnych dokumentów. Zamknąłem teczkę i już miałem ruszyć na poszukiwanie brakujących papierów, kiedy kątem oka dostrzegłem półleżącą na ławce kobietę, która nie dawała znaku życia. Śpi? Trochę dziwna pozycja, do tego jej twarz była biała jak kreda. Podszedłem do niej i próbowałem ją ocucić, ale nie dało to rezultatu. Sprawdziłem puls, który ledwo wyczułem. Natychmiast zadzwoniłem po karetkę. W międzyczasie lekko uniosłem jej nogi i próbowałem nawiązać z nią kontakt. Na szczęście karetka przyjechała bardzo szybko i zabrała wciąż nieprzytomną kobietę do szpitala. Odszedłem z przystanku w poszukiwaniu dokumentów, ale niestety nigdzie ich nie znalazłem. Tego samego dnia, po południu, zjawiłem się w szpitalu, chcąc spytać o zdrowie kobiety. Powiedziano mi, że miała początek zawału. Gdybym nie wezwał karetki, mogłaby już nie żyć. Miała szczęście, że tam byłeś - stwierdziła pielęgniarka. Zastanowiłem się...A może to ja miałem szczęście... {/i}

Paweł próbował zatamować krwotok. Zrobił z kawałków koszuli prowizoryczny opatrunek, którym owinął głowę nieprzytomnego mężczyzny. Na szczęście materiał nie przesiąkł krwią, co mogło świadczyć, że krwawienie ustało. Obawiał się, że nie na długo. Wstał i rozejrzał się wokół. Oprócz mężczyzny, który mu przed chwilą pomógł, dostrzegł jeszcze dwie kobiety i faceta. Obie panie wyglądały na oszołomione, ale chyba nie były ranne, za to mężczyzna miał całą zakrwawioną nogę. Boże, jak do tego doszło? Pamiętał, że chciał odczytać sms-a od Ani, gdy pociąg ostro zahamował. Upadł na kogoś siedzącego naprzeciwko niego, a potem nagle świat stanął na głowie, a on grzmotnął o coś głową i stracił przytomność. Dla potwierdzenia dotknął dłonią głowy i wyczuł z tyłu potężnego guza. Aż zasyczał z bólu, gdy odnalazł miejsce uderzenia. Rozejrzał się w poszukiwaniu swojej komórki, ale nigdzie jej nie dostrzegł. Pewnie została w pociągu. No, właśnie! A gdzie się podział pociąg? Stał obok pojedynczego, przewróconego wagonu. Wokół rozciągał się tylko gęsty las. Pośród drzew nie dostrzegł ani innych wykolejonych wagonów ani lokomotywy. Nie mógł tego zrozumieć, ale na razie nie zastanawiał się nad przyczynami. Musiał pomóc rannym. A do tego potrzebował apteczki, którą miał w plecaku. Trzeba było wrócić do wagonu.

Krzysztof leżał na mchu, ciężko dysząc z wysiłku, jaki sprawiło mu wyciagnięcie z pociągu rannego mężczyzny. Bał się, że znowu dostanie ataku duszności. Próbował uspokoić oddech, ale szok powypadkowy, którego doświadczał, powodował coraz większe trudności w oddychaniu. Sięgnął do kieszeni po inhalator i przyłożył go do ust.

Aneta stała nieco dalej od innych, za pierwszym szpalerem drzew otaczających przewrócony wagon. W drżącej ręce trzymała zapalonego papierosa. Z wagonu wydostała się przez okno, bez większych problemów, ale nie bardzo mogła zrozumieć tego, co zobaczyła na zewnątrz. Gdzie podział się pociąg, którym jeszcze przed chwilą jechała? Czyżby wagon, z którego przed chwilą wyszła, był jedynym, który się wykoleił? A jeśli tak, to skąd się tu znalazł w środku lasu? Patrząc na rannych zastanawiała się, jak to się stało, że jej samej nic nie było. Nie krwawiła, nic ją nie bolało, mogła chodzić. Doszedłszy do wniosku, że i tak nie potrafiłaby pomóc poszkodowanym w wypadku, postanowiła odnaleźć miejsce katastrofy, albo przynajmniej tory, po których jechał pociąg. Musiały być gdzieś niedaleko, bo przecież wagony nie fruwają. Skierowała się w głąb lasu, w kierunku jedynego prześwitu, jaki dostrzegła.

-Muszę wejść do wagonu. Może ktoś jeszcze żyje. A przy okazji muszę odzyskać swoją apteczkę. Bez niej nie udzielę pomocy rannym. Mam ją w swoim plecaku.- Paweł zwrócił się do pozostałych- Czy ktoś może zostać przy rannych? -Tak, oczywiście. – zgłosiła się Patrycja – Co mam robić? -Ten ma głęboką ranę na głowie. Na razie zatamowałem krew, ale gdyby znowu zaczął krwawić, niech pani przyłoży następny opatrunek. Tamten – wskazał na Romana – ma paskudną ranę na udzie. Też ma prowizoryczny opatrunek. Proszę na nich uważać. -Ale gdyby znów zaczęli krwawić, to czym mam zatamować krew? -Poświęci pani swoją bluzkę? -Bluzkę?... No, dobrze – po krótkim wahaniu zgodziła się Patrycja. -Wrócę z bandażami. – obiecał Paweł – Mam je w apteczce.

Paweł szybkim krokiem podszedł do przewróconego wagonu i po dachu wspiął się na ścianę z oknami. Zdziwił się, gdy zobaczył wchodzącego przez okno do wagonu Krzysztofa.

-Pan też chce tam wejść? Przecież zdaje się, że przed chwilą miał pan trudności z oddychaniem... -To było tylko chwilowe. Ja muszę tam wejść, by odzyskać swoje rzeczy. -A jak znowu pan zasłabnie! Nie dam rady sam pana wyciągnąć. -To niech pan nie wyciąga. Zresztą dam sobie radę. – zdecydował Krzysztof i ostrożnie wszedł do środka wagonu. -W takim razie gdybym potrzebował pana pomocy, zawołam - Paweł podążył za Krzysztofem.

Paweł czołgał się po korytarzu, zaglądając do kolejnych przedziałów. Niektóre były puste, w innych leżeli zakrwawieni ludzie w nienaturalnych, powyginanych pozach. Chłopak nawoływał ich, a gdy nikt nie odpowiadał, sprawdzał, czy ktoś z nieprzytomnych jeszcze żyje. Niektóre ciała były tak zmasakrowane, że wystarczało samo spojrzenie do stwierdzenia, że już nigdy nie odzyskają przytomności. Przeczołgawszy się przez cały wagon Paweł z bólem stwierdził, że nikt nie przeżył. Dopiero wtedy zszedł do przedziału, w którym jeszcze niedawno siedział, odnalazł swój mocno podarty plecak i wysunął go do góry. Następnie rozejrzał się w poszukiwaniu swojej komórki. Dostrzegł ją wciśniętą w kąt, pod jakąś torbą. Chwycił ją w dłoń. Wyczuł, że jest poobijana, ale nie mógł stwierdzić dokładnie jak bardzo, ponieważ w przedziale było dosyć ciemno. Schował więc telefon do kieszeni i wspiął się do góry przez drzwi na korytarz.

Aneta wciąż szła przed siebie. Widok był cały czas ten sam. Drzewo za drzewem. Prześwit okazał się złudny. Mała polana, za którą znowu ciągnął się gęsty las. Aneta była załamana. Dlaczego wsiadła akurat do tego pociągu? Miała serdecznie dosyć tego, co działo się do tej pory wokół niej, zwłaszcza przez ostatnich parę dni. Chciała po prostu gdzieś pojechać. Dotarła na dworzec i weszła na peron, na który akurat wjechał jakiś pociąg. Pech? Przeznaczenie? Rozmyślając o tym wszystkim, nie spostrzegła, że dotarła na kolejną polanę. Zdziwiona, rozejrzała się wokół. Pośrodku leżały jakieś duże kamienie. Na jednym z nich postanowiła usiąść i odpocząć. Wyjęła komórkę. Już wcześniej chciała zadzwonić, ale tam, gdzie leżał wagon, nie było zasięgu. Spojrzała na wyświetlacz. Tutaj nie było go również. Zaklęła, schowała do torebki telefon i wyjęła papierosa. Chwilę później, paląc go, dziewczyna dostrzegła, że kamień, na którym siedziała i te obok były właściwie kamiennymi blokami skalnymi. Co dziwniejsze wszystkie ułożone były w kręgu, pośrodku którego, nie było mchu ani leśnego podszycia, tylko żółty piach. Aneta poczuła się dziwnie nieswojo. Przydusiła papierosa i ruszyła w drogę powrotną.

Kiedy Patrycja klęczała nad nieprzytomnym mężczyzną, po jakimś czasie zdała sobie sprawę, że był to jej sąsiad z naprzeciwka, z przedziału, w którym jeszcze niedawno oboje jechali. I to właśnie on przyglądał się jej ukradkiem w trakcie podróży. Pamiętała, że chciała go na tym przyłapać, ale on zawsze uciekał ze wzrokiem. Teraz, gdy ona mu się przyglądała, miała nadzieję, że znów na nią spojrzy. Ale mężczyzna był wciąż nieprzytomny. Wstała i podeszła do drugiego rannego. Spojrzała na nogę. Na szczęście nie krwawiła. Kątem oka dostrzegła stojącą obok wagonu i wpatrzoną w niego jak zahipnotyzowana, młodą kobietę. Pewnie w środku został ktoś jej bliski – pomyślała Patrycja – i ten ktoś mógł nie przeżyć. Ponoć los nie wybiera. To ludzie decydują o swoim losie. Ale na ile świadoma może być decyzja o pojechaniu pociągiem, który, o czym nie wiemy, ulegnie katastrofie? To oczywiste, że w takiej sytuacji nie mamy żadnego wpływu na los...Czasami możemy jedynie stawić czoła temu, co nam przyniesie. Choć nie każdy ma na to siłę...

{i}Spędzałam właśnie romantyczny wieczór z moim nowym facetem u niego w domu. Poznaliśmy się w zeszłym tygodniu. Wpadliśmy na siebie w sklepie. Potem koleś pomógł mi przy kasie, a następnie zaprosił mnie do kina. Dziś spotkaliśmy się u niego. Nie odmówiłam, bo instynktownie uznałam, że warto na niego postawić. Siedzieliśmy przy stole. Filip ugotował spaghetti, podobno swoją specjalność. O dziwo, jak na faceta, było bardzo dobre. Mój nowy facet puścił nastrojową muzykę. Poprosił mnie do tańca, a ja się zgodziłam. Wtedy zaczął mnie całować i rozbierać. Spodziewałam się tego i, co tu dużo ukrywać, nie miałam temu nic przeciwko. Odwzajemniałam pocałunki, rozpinałam mu koszulę. Gdy zostaliśmy już tylko w bieliźnie, rzuciłam go na łóżko. W tej samej chwili zadzwoniła moja komórka. Filip nie odrywał się od całowania.

-Poczekaj- wstałam- To chyba coś ważnego... - poznałam po melodyjce, że była to moja siostra. Ona wiedziała, że mam randkę i nigdy bez ważnego powodu, by mi jej nie przerwała.

Wcisnęłam przycisk.

-Co jest Moniczko? -Pati? Przepraszam, że ci przeszkadzam, ale stało się coś strasznego. -Boże, co się stało?! -Chodzi o mamę. Miała wypadek. -Jezus Maria. -Potrąciła ją ciężarówka. Jest w szpitalu... jej stan jest bardzo ciężki – dodała łamiącym się głosem.

Natychmiast zaczęłam się ubierać, mówiąc Filipowi, co się stało. Zaproponował, że zawiezie mnie do szpitala. On również, w bardzo szybkim tempie ubrał się, chwycił dokumenty i kluczyki i oboje pognaliśmy na dół, do jego samochodu. Do szpitala wpadliśmy jak burza. W mgnieniu oka zobaczyłam moją siostrę. Podbiegłam do niej. Siedziała na krześle przed salą operacyjną. Nigdy wcześniej nie widziałam jej tak zdenerwowanej i zrozpaczonej. Po korytarzu, chodził jak w transie, w tą i z powrotem mój ojciec. Podbiegłam do Moniki i mocno ją przytuliłam. Zaczęła płakać. Mój ojciec podszedł do mnie, ukucnął i powiedział słowa, których nigdy nie zapomniałam:

-Dziewczynki, musimy być teraz silni, jak nigdy wcześniej. Mama na pewno z tego wyjdzie i musimy w to wierzyć!

Przed salą operacyjną czekaliśmy jeszcze przez kilka godzin. Wydawało mi się to całą wiecznością. Obwiniałam się. To wszystko stało się przeze mnie! Miałam pomóc mamie z zakupami, ale umówiłam się z Filipem! Gdyby nie to, nic by się nie stało! Jaka jestem głupia! Mój ojciec i siostra również się obwiniali. On o to, że za długo siedział w pracy, a Monika o to, że poszła na dodatkowe zajęcia. Jak się później okazało, moja mama, wychodząc ze sklepu, z trzeba torbami pełnymi zakupów, przechodziła przez ulicę na pasach. Kierowca ciężarówki jechał zbyt szybko i nie zdążył zahamować. Potrącił ją. Na szczęście natychmiast wezwał pogotowie. Gdyby nie jego szybka reakcja, mogłaby już nie żyć.

Z sali operacyjnej wyszedł lekarz. Dowiedzieliśmy się, że moja mama żyje... Jednak żyje. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Na mojej twarzy, po wielu godzinach w końcu pojawił się uśmiech. Niestety, następne słowa lekarza dobiły nas wszystkich. Nie dość, że mama wpadła w śpiączkę i nie wiadomo było, kiedy się z niej wybudzi, to jakby tego było jeszcze mało, stwierdzono u niej poważne uszkodzenie kręgosłupa, na skutek którego miała być już do końca życia sparaliżowana. Załamaliśmy się wszyscy, a najbardziej ojciec, dla którego słowa o byciu silnym jak nigdy wcześniej straciły wszelki sens.

Pomimo tragicznego stanu matki starałam się wrócić do życia, ale nie bardzo mi to wychodziło. Codziennie bywałam w szpitalu, przez co prawie w ogóle nie spotykałam się z Filipem. Po prawie miesiącu, lekarze poprosili nas na rozmowę. Wyjaśnili, że nie ma już zagrożenia życia i nie ma potrzeby, żeby mama leżała dalej w szpitalu. Opiekowaliśmy się nią w domu praktycznie cały czas. Zawsze ktoś przy niej siedział. Pewnego dnia, Filip poprosił mnie o spotkanie. Umówiliśmy się w kawiarni, blisko mojego domu.

-Będziesz mnie jeszcze tak długo traktować?- zapytał prosto z mostu. -Przepraszam, Filip. Wiesz przecież, że muszę się opiekować moją mamą. -Wiem, ale przecież nie opiekujesz się nią sama. Nie umówiłaś się ze mną od prawie dwóch miesięcy. -Nie mogę się otrząsnąć po tym, co się stało. Przepraszam... -Zależy mi na tobie. -Mnie na tobie też, ale... -Ale co? -Ale nie mogę się z tobą spotykać. To byłoby nie fair wobec mojej mamy. -Ale ona leży w śpiączce. Nie wiadomo, kiedy się wybudzi. Ile chcesz czekać? -Nie wiem, Filip. -To nie ma sensu. -Słucham? -Nie ma sensu, musimy się rozstać. -Nie. Proszę cię, nie zostawiaj mnie w takiej chwili. -Nie mam wyjścia. Przykro mi.

Filip wstał i wyszedł z kawiarni. Nie spotkałam go już nigdy więcej...{/i}

Kiedy Paweł pojawił się w oknie, szykując się do opuszczenia wagonu, stojący już na dole Krzysztof z własnym odnalezionym plecakiem spytał, czy potrzebuje jego pomocy. Paweł pokręcił głową ze smutkiem i zszedł po wystających elementach dachu na dół.

-Niestety. Wszyscy nie żyją – oświadczył cichym głosem, chwycił swój plecak i podążył do rannych.

Spytana o ich stan Patrycja, stwierdziła, że na szczęście krwawienie ustało. Paweł wyjął swoją apteczkę z plecaka, zdezynfekował ranę na udzie Romana i owinął ją bandażem. Podał mężczyźnie tabletkę przeciwbólową i udał się do drugiego rannego. Odwinął prowizoryczny opatrunek z koszuli i spojrzał na ranę. Niestety, była ona głęboka i wymagała chirurgicznego szycia. Paweł ostrożnie nałożył na ranę opatrunek i obwiązał go bandażem. Miał nadzieję, że wkrótce nadejdzie pomoc, bowiem rana przy najmniejszym ruchu mężczyzny mogła znowu zacząć krwawić, a to byłoby dla rannego śmiertelnie niebezpieczne.

W tym samym czasie, Patrycja podeszła do Sophie.

-Przepraszam, czy nie potrzebuje pani pomocy? - zapytała ostrożnie. -Słucham? – drgnęła, zaskoczona nagłym pojawieniem się Patrycji kobieta. -Przepraszam... Pytałam, czy nie jest pani ranna? Ten młody człowiek – wskazała na klęczącego przy rannych Pawła – ma apteczkę i udziela pierwszej pomocy. Chyba się na tym zna... -Nie, nie jestem. To dziwne, prawda? – odpowiedziała Sophie -Można powiedzieć, że my miałyśmy szczęście... -Tak, my tak... – spojrzała na przewrócony wagon -Jechała pani z kimś? – domyśliła się Patrycja -Tak, ale jego tu nie ma. Może miał więcej…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%