Przygoda · 45 min czytania
Carpe Diem (Paweł i Sophie) 1/2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
CZĘŚĆ 5 (PAWEŁ I SOPHIE)
-Musi się obudzić. I tak już za długo jest nieprzytomna. Powinniśmy jej przecież zadać pytania...- przypomniała stonowanym głosem Joanna- kobieta, stojąca obok łóżka. Miała długie blond włosy, charakterystyczny pieprzyk na policzku i zgrabną figurę- Może dodałeś zbyt mocnego środka... -Zawsze tyle dodaję. Musi mieć słaby organizm i tyle- wytłumaczył się muskularny dwudziestokilkulatek, robiąc przy tym dziwne miny. Nie przyznał się, ale miała rację. Tym razem przesadził z użyciem siły w postaci paralizatora. Dziewczyna rzucała się tak bardzo, że nie miał innego wyjścia... -To na pewno kwestia kilku godzin... -Zobaczymy.
Nagle, dziewczyna leżąca na łóżku zaczęła się krztusić. Joanna pomogła jej dojść do siebie.
-Gdzie... ja jestem?- zapytała cichym głosem. -W bezpiecznym miejscu- odpowiedziała kobieta, podając dziewczynie kubek z wodą- Proszę, napij się, to ci dobrze zrobi. -Czy coś mi się stało?- zapytała, chwytając kubek. -Nie... wszystko jest w porządku. Musisz jeszcze trochę odpocząć. Leż...
Po tych słowach, Joanna udała się do drzwi i opuściła salę razem z mężczyzną.
-Czarek, zawołaj jakąś pielęgniarkę. Niech się nią zaopiekuje- zarządziła, zwracając się do muskularnego faceta. -Oczywiście. -Tylko pamiętaj, niech nie udziela żadnych informacji. -Tak jest. -Ja tymczasem pójdę do szefa. Musimy zdecydować, kiedy ma porozmawiać z panią psycholog- zwróciła się do mężczyzny.
Joanna skierowała się w głąb korytarza. Stawiała zdecydowane, pewne kroki. Czuła się ważną osobą i miała do tego prawo, by tak myśleć. Chwilę później, dotarła do gabinetu. Sekretarki nie było. „Zapewne jest w środku”- pomyślała. Zapukała do gabinetu szefa, po czym nie czekając na pozwolenie wejścia, weszła do środka. Szef siedział na sofie, a na jego kolanach spoczywała sekretarka. Mężczyzna miał krótkie czarne włosy. Wyglądał na spokojnego, ale i inteligentnego człowieka. Urody dodawała mu kozia bródka, którą utrzymywał zawsze w nienagannym stanie. Kobieta wstała momentalnie lekko zmieszana.
-Pani Kasiu, proszę nas zostawić samych- odezwał się mężczyzna ze spokojem, poprawiając krawat.
Sekretarka minęła kobietę, bojąc się na nią spojrzeć i opuściła gabinet. Joanna zmierzyła ją wzrokiem. Katarzyna miała rude, długie włosy i nosiła charakterystyczne okulary z grubą oprawką.
-Coś się stało? Mam dużo pracy- powiedział szef, siadając przy biurku. -Właśnie widziałam... -Przejdźmy do rzeczy, Joanno- podniósł głos mężczyzna- Chyba nie przyszłaś tu na pogaduszki. -Dziewczyna się wybudziła... -W końcu... - nie zrobiło to na nim większego wrażenia. -Co dalej, szefie? -Oczywiście wizyta u niezastąpionej pani psycholog. Zaraz wydam dyspozycję sekretarce, by ją zawiadomiła. -Dajmy jej jeszcze parę godzin. Niech dojdzie do siebie. -Skoro tak uważasz. Wskazówki są porozmieszczane w sali? -Oczywiście. -Doskonale. Za dwie, powiedzmy trzy godziny wyślijcie ją na wywiad – zarządził mężczyzna - Chcę przy tym być, to może być bardzo istotne. -Dobrze.
Dziewczyna leżała na łóżku. Powoli dochodziła do siebie, jednak cały czas nie czuła się najlepiej.
-Gdybyś czegoś potrzebowała, zawołaj- powiedziała na odchodnym pielęgniarka. -Dobrze.
Gdzie ona w ogóle jest? Dlaczego nikt nie chciał jej odpowiedzieć na żadne pytanie? Skąd się tu wzięła? Spróbowała odnaleźć w pamięci ostatnie chwile, jakie pamiętała... „Jakiś hotel... siedziałam z jakimś mężczyzną przy stoliku, jedliśmy śniadanie, chyba. A potem poszłam do toalety, zadzwoniłam... ale do kogo, nie pamiętam... co powiedziałam... Wtedy zaczęło mi się robić coraz słabiej... I jeszcze jakiś samochód. Siedziałam na fotelu pasażera. Prowadził jakiś mężczyzna. I dalej już nic...” Dziewczyna położyła głowę na poduszcze. Była wycieńczona i strasznie chciało jej się spać. Nagle, kątem oka dostrzegła jakieś zdjęcie w ramce, stojące na stoliku, obok łóżka. Wzięła je do ręki i zaczęła oglądać. Natychmiast skojarzyła, że młodzieniec, który ją przytulał na zdjęciu nazywał się Paweł i był jej chłopakiem. Dostrzegła napis na dole zdjęcia- Paweł i Ania. Tak, miała na imię Ania. Pamięć powoli wracała. To właśnie do niego dzwoniła w toalecie. Obiecał, że przyjedzie jak najszybciej... I gdzie on teraz jest?
Część 22 / 6
Aneta i Justyna dobiegły do strumienia. Obie ciężko dyszały ze zmęczenia. Rzuciły się na kolana i zaczęły pić wodę.
-Tutaj jesteśmy już chyba bezpieczne...- odezwała się Justyna, przełykając wodę. -Dlaczego tak uważasz? Nie przebiegłyśmy więcej niż kilkaset metrów...- wątpiła Aneta. -Widziałaś tę wielką skałę, koło której przebiegłyśmy? -No...Chyba tak... -To granica, której Wybrani nie mogą przekraczać. Wyjątkiem są akcje zorganizowane... -Nie kapuję... -Wybrani to ci, którzy żyją w wiosce. A akcje zorganizowane to polowania i rytualne mordy. Ale do nich przygotowują się bardzo długo... -Mordy? Ale kogo? Dlaczego? -Nie mam pojęcia... Nie byłam tam aż tak długo, ale z tego, co się zorientowałam to chyba jakaś sekta. Ruszajmy. Nie mam zamiaru dać się złapać...tam wracać- -Ale mówiłaś, że jesteśmy bezpieczne... -Bezpieczne to będziemy, jak wyjdziemy z tego lasu. Z tego, co mówiłaś, chyba musimy iść tędy...
Obie podniosły się. W tym samym momencie zobaczyły Krzysztofa, który celował w nie z pistoletu.
-Krzysiek... -Aneta, odsuń się! A ty panienko, rączki w górę- wskazał palcem na Justynę. -Uspokój się! Ona pomogła mi się wydostać!- krzyknęła Aneta. -Ręce do góry! – ponownie krzyknął Krzysztof, nie słuchając Anety.
Paweł zeskoczył na dół. Udało mu się utrzymać równowagę, mimo egipskich ciemności, jakie zalegały całe pomieszczenie.
-Żyjesz?- spytała z góry, z obawą w głosie Sophie -Pewnie. Rozejrzę się...- odpowiedział, starając się zachować spokój.
Zapalił świeczkę, którą zabrał ze sobą. Mały płomyczek słabo oświetlił nieduże pomieszczenie. Ogarnął wzrokiem to, co znajdowało się w środku i natychmiast zdał sobie sprawę, że znalazł się w spiżarni. Dookoła stały ustawione równo obok siebie stosy jedzenia i butelek z różnymi napojami. Chłopak dokładniej rozejrzał się po pomieszczeniu, ale oprócz zapasów, nie znalazł niczego innego. Żadnych sekretnych przejść, labiryntów. Poczuł się lekko zawiedziony. Zdziwiła go ilość zgromadzonych zapasów. Czyżby była to spiżarnia kogoś, kto zabił domniemanego trupa? Do tej pory widział go tylko Krzysztof, bo Sophie i Aneta zostały przed chatką. Paweł wierzył jednak, że trup tu był. Jego towarzysz nie miał żadnego celu, by ich okłamywać. Paweł zaczął sprawdzać, jakie towary znajdowały się w paczkach. Odnajdywał najprzeróżniejsze artykuły od chipsów i czekolady, po konserwy i puszki rybne, kończąc na jogurtach i serkach homogenizowanych.
-Sophie!- zawołał - To tylko spiżarnia! Ale za to doskonale zaopatrzona!
Nikt mu nie odpowiedział. Już chciał zawołać, by Sophie rzuciła mu plecak, kiedy dostrzegł leżące na półce zwykłe, przezroczyste reklamówki. Nie namyslając się długo, chwycił jedną z nich i zaczął ją napełniać najbardziej pożywnymi towarami.
-Sophie, chodź tu! Pomożesz mi!- krzyknął.
Znowu odpowiedziała mu głucha cisza. To trochę go zaniepokoiło. Pomyślał, że Francuzka wyszła zapewne przed chatkę. Nie bardzo wiedział czemu, może coś usłyszała. Napełnił jedzeniem i piciem dwie torby, po czym nie doczekawszy się odpowiedzi na jego kolejną prośbę o pomoc, jak najłagodniej rzucił torby na górę, zgasił świeczkę, po czym podskoczył, złapał się za krawędzie włazu, podciągnął się i wydostał się ze spiżarni. Rozejrzał się po słabo oświetlonym wnętrzu chatki, ale nigdzie nie dostrzegł Sophie. Otworzył plecak, schował do niego torby, zarzucił go na plecy i skierował się do wyjścia. Padał deszcz, ale coraz mniejszy. Paweł rozejrzał się dokoła, ale nigdzie nie zauważył Francuzki.
-Sophie! Gdzie jesteś? Możemy wracać!- zaczął krzyczeć, ale odpowiedziała mu tylko głucha cisza.
Wyszedł z chatki i zaczął krążyć wokół niej. Był coraz bardziej zdenerwowany. Mimo ciągłych nawoływań, kobieta nie dawału żadnego znaku życia.
Część 33 / 6
-Sophie! Gdzie jesteś, do cholery jasnej?!- krzyczał bezradnym głosem. Jego serce biło jak szalone ze zdenerwowania.
Aneta, Justyna i Krzysztof podążali wzdłuż strumienia, kierując się do szałasu, w którym spędzili ostatnią noc. Na szczęście Anecie udało się wytłumaczyć porywczemu mężczyźnie, kim była Justyna.
-Przepraszam za moje zachowanie...ale wolałem dmuchać na zimne – próbował wytłumaczyć się Krzysztof przed Anetą -W porządku. -To było głupie, ale szukałem cię od kilku godzin i kiedy zobaczyłem was obie, a wcześniej słyszałem chyba twój krzyk -O.K. Nie ma sprawy. Najważniejsze, że się odnaleźliśmy...Bałam się, że sama nie trafię do szałasu -Ja też się cieszę, że jesteś i...że ci się udało uciec -To było straszne. Już nie mogę się doczekać, kiedy wyjdziemy z tego przeklętego lasu... -Jesteś pewna, że ona zna drogę wyjścia? -Mam taką nadzieję. Ona też chciała się stąd bardzo wydostać. Jest tu dużo dłużej niż my. Porwali ją. -Dobrze, że ją spotkałaś. A właśnie, znalazłem twój telefon...- stwierdził, wyjmując go z kieszeni. -Jak to? Przecież ci go nie dałam... -Leżał niedaleko strumienia. To zapewne tam cię złapali. Przełożyłem już dobrą baterię. -Nie poznaję cię, Krzysztof. Dziękuję- uśmiechnęła się. -Czuję się winny...Gdybym cię tak nie potraktował, pewnie by cię nie porwali. -Ale wtedy znaleźliby nas oboje i niewiadomo, czy udało by się nam uciec... -Jeszcze jedno...- odezwał się Krzysztof po dłuższej chwili milczenia -Co? -Proszę. Wiem, jak bardzo tego potrzebujesz- wręczył jej pełną paczkę papierosów. -Fajki? Dzięki, ale... -Weź. Nie chcę nic w zamian.
Aneta przyjęła paczkę od Krzysztofa. Spojrzała na nią, zatrzymując się w miejscu. Nie wiedziała, co ma powiedzieć i co zrobić.
-Aneta, wszystko w porządku?- zawołała Justyna. -Tak, już idę...
Dziewczyna otworzyła paczkę i zobaczyła dwadzieścia papierosów. Wszystkie uśmiechały się do niej i błagały, żeby je zapaliła. Nastolatka wysypała papierosy z pudełka na ziemię ku ogromnemu zdziwieniu Krzysztofa i Justyny. Zdeptała je nogą, co do ostatniego.
-Chodźmy dalej. Nie mamy czasu do stracenia- zarządziła, ruszając i wymijając zaskoczonych Krzysztofa i Justynę. -Kim są ci Wybrani?- spytał Krzysztof Justynę. -To mordercy. Jestem pewna, że nie chciałbyś ich spotkać. -Byłaś jedną z nich? -Starałam się nie być, ale czasem to za mało.
Paweł zakreślał coraz większe koła wokół szałasu.
-Sophie!- nawoływał w różne strony - Sophie, odezwij się!
Odpowiedziało mu jedynie echo, odbijające się od drzew. Zastanowił się, czy pójść bardziej w głąb lasu. A jeśli Sophie wróciła? Ale sama? Przecież by go tu nie zostawiła. Nie potrafił znaleźć żadnego racjonalnego wytłumaczenia na jej zniknięcie.
-Sophie!
Chłopak z całej siły walnął w drzewo.
-Musisz wracać- usłyszał jakiś głos i momentalnie odwrócił się.
Część 44 / 6
Paweł ujrzał Piotra. A właściwie jego zjawę. Znowu. Od kiedy przekazała mu, że będzie miał jakieś zadanie do wykonania, nie pokazywała się więcej.
-Musisz wracać- powtórzył grubym głosem. Stał nieruchomo, wpatrywał się w studenta.
Pawłowi ciarki przeszły po plecach.
-Co ty tu robisz? -Przypominam ci o twoim zadaniu. Musisz wracać do szałasu... Jesteś tam potrzebny. -O czym ty mówisz? Muszę znaleźć Sophie... -Ona sobie poradzi, za to tam nie dają sobie rady bez ciebie... -Nie zostawię jej!- krzyknął - Przyszedłem razem z nią... -To twoja jedyna szansa. Tylko ty możesz ją wykorzystać. -Ale gdzie ona jest? Zniknęła tak nagle... -Jest bezpieczna... -Przecież ty nie żyjesz! Dlaczego mam ciebie słuchać? Muszę odnaleźć Sophie i nic innego mnie nie obchodzi. -Wracaj, skąd przyszedłeś, póki nie będzie za późno. Masz jedyną szansę- po tych słowach zjawa zniknęła.
Paweł znowu został sam. Już kompletnie nie wiedział, co zrobić.
{i}Byłem na drugim roku studiów. Edukacja szła mi coraz lepiej. Zbliżała się zimowa sesja. Miałem teraz naprawdę dużo nauki. Wiedziałem jednak, że mi się uda. Byłem jednym z najlepszym studentów na wydziale. Ponadto mój ojciec znał prawie wszystkich profesorów i od samego początku znali moje nazwisko. Na szcęście nie oceniali mnie za to,kim był mój ojciec, a jedynie za moje umiejętności i wiedzę. Kilka razy w tygodniu, popołudniami dorabiałem jako salowy w szpitalu mojego ojca. Sprzątałem korytarze i sale, czasem coś przeniosiłem. Właśnie zmywałem mopem korytarz. Mijali mnie różni pacjenci i pracownicy szpitala. Niektórych z nich zdążyłem już dobrze poznać. Nagle, drzwi wejściowe na oddział otwarły się z impetem. Dwóch sanitariuszy wjechało na korytarz z noszami na kółkach. Usunąłem się z drogi. Zobaczyłem leżącą na noszach jakąś młodą dziewczynę. Była chyba nieprzytomna. Do noszy podbiegło dwóch lekarzy. Jednym z nich był doktor Kowalczyk, zarazem mój ojciec. Z ich wypowiedzi zrozumiałem, że dziewczyna została potrącona przez samochód. Wieźli ją natychmiast na salę operacyjną. Jej stan był ciężki. Nagle zadzwonił mój telefon. Rafał chciał, żebym poszedł z nim na piwo. Koniecznie pragnął ze mną pogadać.
-Chodzi o Marzenę- rozpoczął dyskusję, kiedy usiedliśmy w pubie. -Co? Znowu się pokłóciliście?- domyśliłem się, ponieważ zdarzało się to już nieraz -Tym razem na poważnie. W ogóle przestaliśmy się rozumieć. Jest coraz gorzej... -Stary, musisz z nią pogadać. Musicie sobie wytłumaczyć, czego od siebie oczekujecie... -Próbowałem, ale bezskutecznie. Jakbym gadał z obcym człowiekiem, a nie z własną dziewczyną. -Bardzo mi przykro. Ale rozmowa to jedyne wyjście... -Dobra, coś wymyślę. A co tam u ciebie, Pablo? Cały czas jesteś samotnym wilkiem? -Szukajcie, a znajdziecie, no i ja właśnie cały czas szukam...
Nazajutrz,pojawiłem się na Uniwersytecie. Gdy tylko zawitałem pod salę, w której odbywały się nasze zajęcia, podbiegli moi bliscy znajomi- Heniek i Sylwia.
-Cześć Paweł- powitali mnie. -No, witam. -Mamy do ciebie prośbę. -O co chodzi? -Większość grupy nic nie umie. Profesor Górczyński ma nas dzisiaj pytać. Nie mógłbyś z nim pogadać? -To nie przejdzie...Nie mogę wykorzystywać tego, że go znam... -Spróbuj chociaż. Jak zacznie nas pytać, to będzie masakra. Ciebie najbardziej lubi, przecież o tym wiesz. -Ok, spróbuję, ale nic nie obiecuję.
Udałem się do profesora. Zgodziłem się głównie dlatego, że ostatnio sam nie miałem prawie w ogóle czasu na naukę. Na początku profesor odmówił, ale w końcu, po moich usilnych namowach, przełamał się. Zgodził się przełożyć odpytywanie i przeprowadzić zwykłe zajęcia. Kilka godzin później udałem się do szpitala. Po sprzątnięciu korytarza, udałem się do poszczególnych sal. Wchodząc do kolejnej, zauważyłem leżącą w izolatce młodą dziewczynę, którą wczoraj przywieziono w ciężkim stanie.
-Nie będzie ci przeszkadzało, jeśli trochę posprzątam?- zapytałem delikatnie. -Nie- odpowiedziała cicho. Leżała i patrzyła nieruchomo przed siebie.
Nie wyglądała na ciężko ranną ofiarę wypadku, ale pozory mogły mylić. Mogła mieć przecież bolesne obrażenia wewnętrzne.
-Jak się czujesz? -Tak sobie. -Widziałem, jak cię wczoraj przywieźli. Byłaś nieprzytomna, ale teraz chyba jest już lepiej... -Lekarze mówią, że mam silny organizm, ale trochę potrwa, zanim dojdę do siebie. W tej chwili nawet mówienie sprawia mi trudność.... -Przepraszam. Już wychodzę... -Nie, nie... Nie chce być sama...
Część 55 / 6
Zostałem, nie odzywając się. Po dłuższej chwili dziewczyna znów wróciła do rozmowy.
-Pracujesz tutaj? -Tak, od kilku miesięcy. Dorabiam. W dzień studiuję. -Medycynę? -Nietrudno się domyslić, skoro jestem salowym.Tak, a ty? -Jestem na pierwszym roku psychologii. Studiuję zaocznie... -Psychologia to ciekawy kierunek. Ale ja zawsze wolałem medycynę, kontynuuję tradycję rodzinną- zaśmiałem się, po czym dodałem, widząc jej zmęczenie- Pójdę już. Musisz odpoczywać. Wpadnę do ciebie pojutrze.
Otworzyłem drzwi i wystawiłem przed nie wiadro z wodą i mopem.
-Poczekaj, nawet nie wiem, jak masz na imię... -Jestem Paweł. -Miło mi cię poznać, ja mam na imię Ania...
Parę godzin później, po wyjściu z pracy, postanowiłem wykonać pewien telefon. Skontaktowałem się z Marzeną, dziewczyną Rafała. Udało mi się z nią umówić. Wybraliśmy się na spacer do pobliskiego parku.
-To o czym chciałeś ze mną pogadać?- zapytała mnie, gdy przeszliśmy kawałek. -O tobie i Rafale. -No, tak. Mogłam się domyślić. Przyjaciele mówią sobie wszystko, prawda? -Rafał tylko napomknął o waszej sprzeczce... Cały czas się do siebie nie odzywacie? -Nawet do mnie nie zadzwonił... Widocznie mu nie zależy... -A ty próbowałaś, Marzena? -Wybacz, Paweł, ale to moja sprawa. -Po prostu się o was martwię... -O nas? Chyba bardziej o Pawła! No to masz powód, bo ja nie widzę sensu w kontynuowaniu naszego zwiążku. -Nie mów tak! Rafał cię kocha. Przecież jest wam ze sobą dobrze... -A co ty możesz o tym wiedzieć?! Znasz to tylko z jego strony... -Dlatego wiem, że mu na tobie zależy. -Gdyby mu zależało, to by do mnie zadzownił, a nie wysyłał na zwiady ciebie... -Mylisz się. To był tylko i wyłącznie mój pomysł. Rafał nic o tym nie wie. -W takim razie daj sobie spokój. Twoja pomoc jest tu niepotrzebna, bo nasz związek się już prawie rozpadł. A nawet jeśli zdarzy się cud i Rafał zrozumie jak mnie potraktował, to załatwimy to sami, bez twojej pomocy. Radzę ci zajmij się tymi, którzy naprawdę potrzebują twojej pomocy...{/i}
Paweł wstał. Cały czas nie mógł sobie darować, że Sophie zaginęła. Przecież nie mogła rozpłynąć się w powietrzu, a w to,że sama wróciła do szałasu, po prostu nie wierzył.
-Sophie!- krzyczał dalej- Gdzie jesteś?!
Zupełnie zapomniał o słowach Piotra, który powiedział mu, komu jest tak naprawdę potrzebny...
Roman i Patrycja siedzieli w szałasie obok siebie.
-Przestaje padać. – zauważyła kobieta. -To dobrze. Jeśli któreś z nich wróci, łatwiej odnajdzie drogę.
Patrycja z troską spojrzała na tajemniczego mężczyznę. Znowu stracił przytomność. Nie wiedziała dlaczego, bo przecież nie krwawił, ani nie miał gorączki. Może z wycieńczenia?
-Zastanawiam się, skąd może znać Sophie. Nie wydaje ci się to dziwne?- zapytał Roman. -Rzeczywiście. Może, jak odzyska przytomność, to nam powie ...
Część 66 / 6
Nagle mężczyzna jęknął.
-Pić... – wychrypiał słabym głosem
Patrycja chwyciła butelkę z wodą i napoiła chorego.
-Dziękuję... -Jak się czujesz? -Strasznie boli mnie głowa... -Może się uderzyłeś? -Nie pamiętam... -A co pamiętasz? – spytał Roman nieznajomego -Przestań...- skarciła go Patrycja – Przecież on ledwo żyje... -Kim jesteście?- spytał nieznajomy słabym głosem po dłuższej chwili ciszy -Przeżyliśmy katastrofę kolejową. Kilka dni temu...Szukamy drogi... -To był pociąg do Zakopanego? – przerwał mężczyzna -Skąd wiesz?- zareagował od razu Roman. -Bo ja też... – nieznajomy spojrzał na Romana - Ja cię znam. Roman Nowacki, prawda? -Wiesz, jak się nazywam? Skąd? Może powiesz, kim ty jesteś, do cholery jasnej? -Mam na imię Kamil. Ja też jechałem tym pociągiem...
Patrycja i Roman wymienili zdumione spojrzenia.
-Byłeś w ostatnim wagonie? – spytała Patrycja -Jechałem w nim, ale tuż przed katastrofą gdzieś poszedłem...Nie pamiętam, po co...Szedłem korytarzem, gdy nagle wagon zaczął się przechylać... Straciłem równowagę i chyba w coś walnąłem...bo dalej nic nie pamiętam... -To pewnie dlatego boli cię głowa. Musiałeś się uderzyć... – wywnioskowała Patrycja -A pamiętasz jak znalazłeś się w tym lesie – drążył dalej Roman -Gdy odzyskałem przytomność, już w nim leżałem...Bolała mnie głowa, ale na szczęście nic mi się nie stało i zacząłem szukać pociągu. To dziwne, ale nie mogłem go znaleźć, potem zacząłem szukać jakiejś drogi, szlaku, ale niczego takiego nie było. Tylko las i las...Nawet nie wiem, ile czasu tu jestem... -Kilka dni... -Kilka dni... Jezu – westchnął ciężko mężczyzna – Co ja teraz zrobię? Już dawno powinienem tam być... -Gdzie? W Zakopanem? -Mhm...A wy? Czemu wciąż tu jesteście? -Bo też nie możemy znaleźć drogi wyjścia... -Jak to? – nie mógł zrozumieć mężczyzna – Przecież to niemożliwe. Ja muszę się stąd wydostać...
Nieznajomy podniósł się, ale nagły ruch spowodował u niego ostry ból głowy, który z powrotem powalił go na posłanie.
-Spokojnie. Musisz odpocząć – zarządziła Patrycja -Boże, jak mnie boli – mężczyzna złapał się za głowę -Może jak wróci Paweł, będzie mógł ci jakoś pomóc. Jest studentem medycyny. Na razie po prostu leż. Chcesz się jeszcze napić? -Nie, dziekuję – mężczyzna przymknął oczy -Nie zadaliśmy mu najważniejszego pytania – zreflektował się Roman, myśląc, że obcy zasnął. -Nie śpię – odezwał się słabynm głosem mężczyzna – Jakiego pytania? -Skąd znasz Sophie? -Sophie? – otworzył szeroko oczy – Boże, Sophie...Jechałem razem z nią...Nie wiecie, czy ona?... -Żyje i jest tutaj – pospieszyła z wyjaśnieniami Patrycja – To znaczy w tej chwili jej nie ma, ale może niedługo wróci. Poszła z Pawłem znaleźć szałas, na który się wcześniej natknęliśmy... -Szałas? -To długa historia. Opowiemy ci o wszystkim, jak dojdziesz do siebie -Już mi trochę lepiej... -To dobrze – ucieszyła się Patrycja -Sophie to twoja znajoma? – chciał zaspokoić swoją ciekawość Roman. -To moja żona...
Aneta, Krzysztof i Justyna szli dalej wzdłuż strumienia. Wszyscy byli już bardzo zmęczeni, i w dodatku piekielnie głodni.
-Daleko jeszcze? – z ciężkim westchnieniem spytała Justyna -Chyba nie... - zawyrokowała Aneta. – Jak sądzisz, Krzysztof? -Wiem tyle, że idziemy w dobrą stronę, bo te drzewa – wskazał na skupisko wysokich sosen – mijaliśmy zaraz po wyjściu z polany -Tak, teraz sobie przypominam – potwierdziła spostrzeżenie Krzyśka Aneta – To już niedaleko...
Po przejściu kolejnych stu metrów cała trójka dotarła do polany, na której wznosił się zbudowany przez nich wczoraj szałas.
Paweł nie dawał za wygraną. Pomimo słów Piotra cały czas szukał Sophie. Zataczał coraz szersze kręgi wokół chatki, ale wciąż do niej wracał, przekonany, że Sophie do niej z powrotem przyjdzie. Od nawoływania kobiety ochrypło mu już gardło. Był też coraz bardziej zmęczony. Dla wytchnienia usiadł na chwilę koło szałasu. Przypomniał sobie słowa wypowiedziane przez zjawę Piotra. Te wcześniejsze, o tym, że będzie miał do wykonania jakieś zadanie, i te dzisiejsze o tym, że ma wracać do szałasu i do pozostałych towarzyszy, bo tam go potrzebują. Być może rzeczywiście tak było, ale przecież nie mógł wracać bez Sophie. To było by nie w porządku. Co miałby odpowiedzieć poozostałym po powrocie, gdyby go spytali o Sophie? Że…