Kultura · 10 min czytania
Carpe Noctem -Carnival
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
CARPE NOCTEM Jest taki zmęczony. Kolejny dzień tej pracy którą może i by lubił gdyby nie to, że zamiast przyjemności z pisania kolejnych artykułów na tematy, które go interesują, wypisuje te dyrdymały nie wiele mające wspólnego z prawdą. Cóż, bajki również mają mnóstwo uroku, ale on nie baśni pisał. Tekst o tramwaju, który omija tak strategiczny przystanek, koło alei świętego Antoniego, gdzie najwygodniej wsiada się wydawcy naszego bohatera, obok recenzji wieczorku poetyckiego córki wyśmienitego burmistrza miasta, pisanej na zamówienie to jedne z najważniejszych prac w dorobku Williama Laurenta. Zwykle jednak, marnuje, jak lubi sobie powtarzać, kolejne słowa, żeby opisywać mniej znakomite uroczystości i wydarzenia kulturalne. Marzy się Williamowi, żeby pisywać jak swój dziadek. Cokolwiek ubierał w słowa i umieszczał w sprawozdaniu do gazety kulturalnej było wytwornym koncertem skrzypcowym miast występu ulicznych grajków. Tobias Laurent potrafił znaleźć w hałasie muzykę, w bazgrołach harmonię linii i kształtów. A przy tym nie był fantastą. Ależ skąd! To co zauważał było naprawdę, tylko tak trudno było to dostrzec. Nigdy nie zapowiadał, ani nie zapraszał. Byli tacy, którzy chcieli nadążyć za mistrzem. Myśleli, że to tylko przedziwna moda, na swoiste umiłowanie do prymitywów, kunsztu ordynarnych ludzi. I tak powstały inne recenzje, również dzieł i występów ludzi chwalonych kiedyś przez Tobiasa. I spotkały się z jego gorącą krytyką. Okazało się rzeczywiście, że nie każda sztuczka jest już sztuką, i choć łatwo docenić coś już ocenione pozytywnie, to mało jest tych, którzy potrafią w wartościowym dostrzec zalety.
William zawsze zastanawiał się, dlaczego dziadek przerwał pisanie. Zapytał go o to. Ten w odpowiedzi uśmiechnął się i powiedział, że dalej pisze, ale dla siebie, żyje sztuką i nie może jej opisać, bo ją trzeba odkryć. Dziadek długo sypiał w dnie, i William miał wrażenie że wymyka się gdzieś nocami. Miał rację, ale nigdy nie odkrył, gdzie znikał. Zostawił Williamowi w spadku stary dom i, jak podkreślił w testamencie, jego największy skarb, jakim była drewniana skrzynka. Pełną listów, jego artykułów, i zeszytów z jego osobistymi zapiskami. Młody Laurent pragnął się dowiedzieć, ach, jak silna była ta chęć, by dowiedzieć się co ukrywał stary przez cały ten czas. Co przeżywał. Dlaczego wychodził jak kot, nocami. Czym nie chciał się z nikim dzielić? Po śmierci swojego starego opiekuna rzucił się na ukrywaną przez lata skrzynię. Przerzucał kartki, zapisane równym pismem dziadka. Niżej, jego listy do żony i zawiadomienie o śmierci syna, wysłane na trzy tygodnie po dniu, w którym umarł. Tak, ta skrzynia zawierała same skarby. Całe życie stary człowiek streścił w tym jednym pudle. Ale zaraz! Na dnie było coś jeszcze… Wiliam wyciągnął kawałek sztywnego materiału, uformowanego w kształt jaszczurki, ze wstążkami po bokach. To była bardzo piękna maska. Błyszczała mnóstwem zielonych kryształków, zdobiących połyskujące sukno o kolorze butelkowej zieleni. Dziadek musiał ją zachować jako wspomnienie jakiegoś pięknego balu. Wnuk aż się uśmiechnął, gdy wyobraził sobie jak Tobias w przebraniu jaszczurki wiruje po parkiecie. Odłożył maskę, po czym zajął się czytaniem ostatnich prac, tych, których nikt nie widział. "I pamiętam bardzo dobrze ten odgłos dzwoneczków. Tak jestem wdzięczny, ze mogłem się tam znaleźć. To nie jest chwila, to nie ma granic. Opisywałem przypadkowe nuty i wiersze. Szukałem sztuki. Jak mogłem popełnić taki błąd i nazywać świnię różą? Oni żyją w sztuce. Oni nią są. My nią jesteśmy!... … Ta niezwykła jedność dusz i ciał. Kto jest kim, kto wyżej, a kto utknął tak nisko w drabinie społecznej? Tu każdy każdemu bratem, ojcem, matką! Tam nie ma pragnień, których nie można zaspokoić. Wino, róże, krew. I wybucha kolorami śmiech! Jest jedna zasada. Nie być głupcem."
Wiliam przerzucił kolejne strony. Nie miały sensu! Gdzie się podziało krytyczne oko konesera? To było szaleństwo! Co chwilę kolejne utopijne tezy o równości, braterstwie. Wszędzie ten niepojęty śmiech… Nie takiego dziadka chciał pamiętać Will. Nie wiedział, ani nie chciał wiedzieć co tak owładnęło duszą Tobiasa. Dobrze, że umarł, nim do końca postradał zmysłów. Dobrze, ze świat zapamiętał go tym Laurentem. Wrażliwym, precyzyjnym, godnym naśladowania.
William wrócił do swojej spokojnej pracy, mało ekscytujących poranków. Niemalże zapomniał, co nim tak wstrząsnęło. Pisał kolejne recenzje, z lokalnego festiwalu piosenki amatorskiej, święta ciasta, wieczorku poetyckiego