Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 12 min czytania

Carte Blanche

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Otworzyła drzwi do świątyni i wolnym krokiem weszła do środka. Ciche odgłosy szeptanych modlitw odbijały się głucho od kamiennych murów, uspokajały. Światła były przygaszone, tylko wizerunek Chrystusa oświetlony czerwoną lampką widniał między witrażowymi okienkami. Czuła się obco i nad wyraz dziwnie, bo nie wiedziała dlaczego tu przyszła właśnie dziś i właśnie o tej porze. Czego ja tu szukam? – pomyślała – siadając w jednej z zacisznych ławeczek oddalonej znacznie od ołtarza. Uklęknęła i przymrużonymi oczyma popatrzyła na obraz Chrystusa. - Dlaczego tak bardzo oddaliłam się od ciebie? czy ty w ogóle istniejesz? Jeśli tak to dlaczego zabrałeś mi Elego i... to co się potem stało..ehh...to nie ma sensu – jęknęła. Skuliła się w sobie chcąc opanować narastające drżenie. Odklepała szybko formułkę, dwie zdrowaśki i wyszła przed świątynię. Jakoś nie było jej lżej, wciąż bolało. Ulica wydawała się równie obca. Porcjowane z trudem powietrze wtłaczane do płuc bolało, szarpało wnętrzności. Po pięciu minutach szybkiego marszu, była już w domu. Znalazła się wśród głuchych, zimnych ścian. Nikogo nie było. Włączyła spokojną muzykę i przytuliła twarz do poduszki. Kolejny raz powrócił dręczący sen. 8-Letnia Lidka siedzi samotnie nad kałużą i beznamiętnie odgarnia zamokłe w wodzie liście cicho pochlipując. Zawsze sama. Poskręcane ponure konary drzew skrzypią złowieszczo a wiatr smaga po twarzy. W migotliwym odbiciu szuka twarzy Miłego. Czasem zbliżał się do dziewczynki wyciągając w jej kierunku ręce. Ale wtedy budziła się i już do końca dnia wypełniała ją tęsknota za nieznajomym. Od najmłodszych lat go szukała. Wtedy kiedy było smutno, kiedy tata nie miał dla niej czasu a mama krzyczała. Kiedy koleżanka z ławki zabrała jej ostatnią kanapkę a ruda Olka wytykała ją palcem i zanosiła się bełkotliwym śmiechem. Czasami wydawało jej się, że Miły jest wikariuszem z pobliskiego kościółka a czasami ogrodnikiem pielęgnującym rabatki pani Barbary – bo to byli tacy dobrzy ludzie- dawali jej cukierki, przytulali. Jednak Lidka rosła i zażyłość z tymi ludźmi malała a ona wciąż nie mogła się pozbyć pustki, którą mógł wypełnić tylko On. Obrońca i pocieszyciel. Budzik rozerwał gwałtownym krzykiem rzednącą już ciszę. Lidka zerwała się z łóżka i patrząc na zegarek rzuciła się ponownie na posłanie. Kolejny studencki szary dzień. – pomyślała Chciało jej się wyć na myśl, iż spotka się twarzą w twarz z panem profesorem, wlepiającym w nią swoje nieufne oczy, i z ludźmi a raczej karykaturami ludzi, którzy za wszelką cenę chcą przypodobać się prowadzącemu zajęcia. Lidziu baw się z dziećmi, zobacz jakie mają tutaj ładne zabawki, no nie bądź dzikuską -ja nie chcę, nie chcę! – Zabierz mnie do domu! Ryknęła tłumionym płaczem. Nie cierpiała szkoły. Zamknięta w tej amorficznej klatce pragnęła, aby jak najszybciej wydostać się na zewnątrz. Wybiec z rozłożonymi ramionami na łąkę, stać się łąką, wypełnić się śpiewem ptaków, po czubek głowy. Zagubić się w lesie, rozkładać i składać krajobraz w różne kształty, gonić zachodzące słońce. Ten świat był lepszy. Tutaj była cisza, a tam szum miasta, pośpiech, ból...Ot, taka mała dzikuska. Tak ja nazywali niektórzy. Po zajęciach Lidka wolno szła korytarzem, nie zauważając nikogo. Hałas zlewał się w jedną wibrującą masę, drażnił uszy. Wyszła przed uczelnie i skierowała się w stronę parku. Jaki jest sens tego wszystkiego? Pomyślała rozgarniając butem leżące na chodniku liście. Ta niekończąca się samotność, same straty i nieustanny żal. Jeżeli już szczęście to tylko na moment, błyśnie jak płomień zapałki i równie szybko gaśnie. I ten strach przed wszystkim. Może to zło dziejące się wokół mnie wynika stąd, że nie mam odwagi dokonać tego jednego arcyważnego kroku w dorosłość...Tak rozmyślając nie zauważyła, że niebo robiło się coraz bardziej stalowe a chmury nadęte jak ogromne balony z wolna toczyły się nad głowami wieszcząc rychłą ulewę. Pierwsze krople rozbijające się na nosie Lidki wyrwały ją z zadumy. Przyspieszyła kroku.. W górze przenikliwie jęknęło, zadudniło i trrrach. Sypnęło deszczem nie na żarty a do domu jeszcze zbyt daleko. Co robić, co robić.... Skręciła w boczną uliczkę i pobiegła do pobliskiego kościółka. Za godzinę majówka, wiec na pewno kościelny krząta się już w zakrystii – pomyślała. Z daleka majaczył krzyż strzelający z tryumfem w niebo i przykościelne zabudowania. Po paru chwilach przemoczona do suchej nitki zbliżała się do świątyni. Wtedy zastąpił jej drogę proboszcz Antoni. Po zdawkowym Szczęść Boże i wymuszonym uśmiechu chciała odwrócić się na pięcie i wejść do środka, gdy ksiądz chwycił ja za ramię. - Poczekaj chwilkę. Pytał o ciebie jakiś miły pan, Taak, bardzo miły pan...choć nie wiem kim jest ani co robi u nas, bo chyba nie z naszej parafii. Ale twierdzi, że się dobrze znacie.-Co też ksiądz mówi? – Lidka uśmiechnęła się. W kościele? I nie czekając na odpowiedź pobiegła w stronę drzwi. Przez głowę przepłynęło jej tysiące myśli, ale nadal nie mogła sobie uświadomić kimże jest ten mężczyzna, czemu pytał o nią proboszcza. Jej policzki zapaliły się gorącym rumieńcem. Otworzyła stare drewniane drzwi i weszła w miły chłód świątyni. Faktycznie, nikogo nie było w środku, oprócz niego. Siedział w nawie bocznej z twarzą ukrytą w dłoniach. Podeszła na palcach, cichutko i uklęknęła za nim. To on? Niemożliwe. Widzieli się parokrotnie. W parku, na uczelni, w kawiarni. Mężczyzna długo ją obserwował i zachęcał uśmiechem do rozmowy. W końcu zamienili ze sobą kilka słów i tak się zaczęła ta dziwna znajomość. Był chyba literatem, tak mówił bynajmniej. A jego oczy, jakby anioła oczy. Wzbudził w niej takie zaufanie, że odnalazła w nim uosobienie Miłego. Potem nagle zniknął, ot rozpłynął się w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%