Romans · 11 min czytania
Castaway
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wsiadłem do mojego najnowszego, czarnego samochodu. Po dzisiejszym koncercie podpisaliśmy kontrakt na kolejne 4 w tym klubie. Byłem wyczerpany, marzyłem o położeniu się w swoim hotelowym łóżku. Śmieszne... po tych kilku latach wróciliśmy do rodzinnego miasta, a ja musiałem mieszkać w hotelu. Sprzedałem przecież mieszkanie rodziców, kupiłem im willę pod Warszawą. Klucząc po własnej dzielnicy nie widziałem żadnych zmian – te same śmietniki, te same autobusy, te same twarze pijących sąsiadów. Zobaczyłem małą, rozlatującą się ruderę, w której kilka lat temu mieścił się nasz osiedlowy klub. Zatrzymałem auto. Gdyby nie wydarzenia, które miały w nim miejsce nigdy nie nagralibyśmy tak dobrej płyty. Poczułem ukłucie w sersu na samo wspomnienie. I wściekłość. Na nią. Teraz musiałem znaleźć jakąś laskę na wieczór. Znów na jeden raz, znów tylko po to by potwierdzić, że każda się musi szmacić. Dziś po jakąś zadzwonię. Szybko wybrałem numer, złożyłem zamówienie, tak jak się zamawia jedzenie. Musiała być brunetką. I mieć taki lodowaty wyraz oczu. Powiedzieli, że mają idealną (ale mówili tak zawsze). Zaproponowałem, że sam po nią podjadę i zabiorę do hotelu, dodając, że zapłacę oczywiście z góry za całą noc. Nie mogli się nie zgodzić. Wsiadła do samochodu, nawet na nią nie spojrzałem. Przecież nie liczyła się jej twarz – gdybym miał je zapamiętywać moja głowa byłaby wielkości szafy. Wszystkie są takie same – tak samo nieszczere, brudne i puszczalskie – niektóre przynajmniej się z tym nie kryją. Jechaliśmy w całkowitym milczeniu. Parę razy patrzyła na mnie, jakby kogoś we mnie poznawała, ale od kiedy staliśmy się sławni, a nasze kawałki puszczali w każdym radiu, 9 na 10 osób tak na mnie patrzyło. Czekałem tylko na pytanie "to naprawdę ty?", chociaż mogłaby równie dobrze nic nie mówić – i tak bym nie odpowiedział. Pewnym krokiem weszliśmy przez recepcję do głównego korytarza i tam do windy. Dopiero gdy wcisnąłem numer swojego piętra spojrzałem na nią. Ostatnio poczułem się tak jakieś 3 tygodnie temu, kiedy spiliśmy się z resztą składu i pobiliśmy jakichś typów po koncercie. Sam dostałem butelką w głowię. I uczucie to było dokładnie takie samo, jak to teraz. - Tak, to ja. – powiedziała cicho. Nie mogłem uwierzyć... Po raz drugi dziś klatka po klatce widziałem wydarzenia sprzed mojego wyjazdu.
Nie pamiętam jak się poznaliśmy. Nie pamiętam dlaczego za każdym razem tak strasznie po sobie jechaliśmy. Tylko ona umiała zmiażdżyć człowieka, bez użycia ani jednego przekleństwa. I, jak mówiła, ja jedyny umiałem jej odpowiedzieć nie rzucając żadną "dziwką". A potem niezliczona ilość wspólnych imprez. Coś chyba iskrzyło. No dobra. Nie chyba. Strasznie na nią leciałem. Ale ona na mnie...? Laska inteligentna, zabawna, śliczna... nie. Ona nigdy nie spojrzała na mnie jak na faceta. Nie umiałbym sobie tego nawet wyobrazić. Łapałem więc chwile, przelotne muśnięcia, spojrzenia w oczy, ten szczery śmiech... była wspaniała. Nie mogłem dać po sobie poznać, że ją jakoś szczególnie lubię. Była kolejną laską w tym towarzystwie. Choć nie taką jak inne, nie na zasadzie "dziweczki na zimne dni", raczej jako kolejny członek ekipy. No i cóż się takiego stało? Piliśmy większą ekipą. Pokłóciła się z kumplem. Sama kupiła wódkę. A potem impreza. Tańczyliśmy. Nie mogłem się powstrzymać. Całowaliśmy się. Najwspanialsze uczucie na świecie. Wiedziałem też, że to nie potrwa długo. Czar chwili. Chociaż miałem nadzieję, że jednak... przecież było nas kilkunastu wtedy, wszystkich znała tak samo... wielu inteligentniejszych, przystojniejszych... a mogła mieć każdego z nas. Nadal może... A jednak wybrała mnie. MNIE! A potem... poszedłem po piwo. Wróciłem. Posiedziałem chwilę. I zobaczyłem. Ona i mój kumpel. Nasz kumpel. Trzymali się za ręce. Całował ją po szyi. A ona? Najpierw miała zamknięte oczy, a potem patrzyła na mnie. Przeszywała mnie tym lodowatym spojrzeniem, jakby dając mi do zrozumienia, że właśnie stałem się kolejną pozycją na liście jej dziwek. Pomyślałem wtedy o tych wszystkich laskach, które tak potraktowałem. A potem pomyślałem, że to nie sprawiedliwe... Owszem, zasłużyłem na karę. Owszem, nie byłem grzecznym chłopcem, ale żeby aż tak...? Wtedy widziałem ją po raz ostatni. Nie zniósłbym jakiegokolwiek spotkania. Dzwoniła z milion razy, pisała, wszyscy pytali o co mi chodzi. "O nic. Niech zjeżdża, dziwka.". Nie pamiętam kilku kolejnych miesięcy, nie pamiętam imion tych wszystkich dziewczyn, nie wiem jak wyglądały, szczerze...? Mało mnie to obchodziło. Każda musiała mieć coś z niej. Ale żadna nią nie była. Później zaczęła się cała jazda z płytą, graliśmy więcej supportów, więcej ludzi o nas słyszało, nagraliśmy krążek, zaczął się nieźle sprzedawać. A wokół mnie zaczęły pojawiać się prawdziwe dziwki, lecące na moją sławę, kasę... chociaż w każdym kawałku rapowałem o tym, jak bardzo ich nie szanuję i do czego jedynie się nadają. Potem wyjechaliśmy, coraz więcej koncertów, więcej dragów, więcej lasek, więcej płyt i większy żal. Do niej? Do siebie? De facto przecież nic nie zrobiła. Nie byliśmy razem. Ale i tak czułem się, jakby mnie zdradziła. I to z moim własnym kumplem. Nie było dla niej litości. A teraz stała