Fantastyka · 29 min czytania
Cave dominum
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
SYLWIA GRYGOROWICZ CAVE DOMINUM
„obława, obława, na młode wilki obława…” J. Kaczmarski
Tej nocy Virei nie mogła spać. Leżała i usiłowała zapaść w sen, coraz to jednak jakaś myśl odwracała jej uwagę, zajmowała głowę. W końcu, poirytowana bezczynnością w mroku, wstała i przeszła się po sali. W tej komorze kryjówki anemoryści spali – całą podłogę pokrywał dywan śpiworów, a kontury i twarze uśpionych rysowały się srebrnoszaro w ciemności. Cicho było w tej krainie snu, taka martwa, śmiertelna cisza. Virei wzdrygnęła się – mrok ją otaczał i mroku się bała. Nie wiedziała, co się w nim kryje, a czyjąś obecność wyczuwała. Zrobiło się jej nieswojo – podbój kosmosu i zapanowanie nad śmiercią nie uwolniły człowieka od lęku przed ciemnością – swoisty spadek po dawnych pokoleniach – a Virei miała wrażenie, że lada chwila czerwone oczy zapłoną w nocy. Popatrzyła na twarze towarzyszy. Smagły i rosły Gabor Kairen leżał wygodnie na śpiworze, dalej mały Arsinoe miotał się pod kocem; intelektualista En Cattire obejmował filigranową Dineę, a spod następnego śpiwora wyglądał rudy łeb Milo Starvis. I dalej, i dalej…cała sala jej przyjaciół. Ludzie tak różni, a jednak połączeni. Czym?
************
Z „Wyroku na anemorystę”: „Uznajmy więc anemorystów za winnych: a) szerzenia sentymentalnego zacofania, niegodnego umysłowi ludzkiemu b) szydzenia z ludzkiego postępu, który być powinien powodem do chluby c) wrogości rodzajowi ludzkiemu d) stawania na drodze postępu Dlatego też anemorystów powinno się…” Z „Repliki anemorysty” znalezionej pod siedzibą Rządcy w dzień po opublikowaniu „Wyroku…” „Gwoli ścisłości: a) anemorysta nie szerzy zacofania, ale uczy ludzi w logicznym świecie korzystania z ich serc – to chyba stanowi o człowieczeństwie b) anemorysta nie szydzi, ale widzi obiektywnie postęp: owszem, dobrze, że władamy nad śmiercią, ale cóż po tym, skoro ludzie tracą swoje człowieczeństwo; komputer dobra i potrzebna rzecz, ale nie wtedy, gdy przejmuje niemalże czynności życiowe – gdy się jest od niego tak uzależnionym jak wy, kochani Morneothaińczycy, to coś jest nie tak. c) powtarzam, nie wrogość, a obiektywność. Bo rodzaj ludzki schodzi na psy – rozum upodabnia się coraz bardziej do instynktu, dlatego każdy chce jak najlepiej dla siebie, nie myśląc o innych, dlatego trawimy nasze dni, nie szukając głębszego sensu; wciąż tylko wyżej i wyżej, nie dla radości przełamania własnych ułomności, co jeszcze miałoby jakiś sens, ale dla panowania. Człowiek musi być najlepszy. Wygasły gdzieś uczucia, a inni ludzie stali się przeszkodą w samorealizacji – nie będę pisać nawet o przyjaźni czy miłości, bo uznają mnie za totalnego zboczeńca i zwyrodnialca; a właśnie na tych uczuciach świat powinien się opierać. d) co za dużo, to niezdrowo – każde zniewolenie można pokonać, każde uzależnienie można przemóc, a nawet trzeba. Jesteśmy opętani na punkcie swej wielkości, która tak naprawdę jest jedną wielką złudą – nie wielcyśmy, ale żałośni i ułomni. Nie potrafimy przyznać się do własnej natury – to, że wymyśliliśmy parę nowinek technicznych, nie świadczy o naszej wartości. Może i jesteśmy rozumni, ale rozsądku nam brakuje. Wniosek? Szanuj anemorystę…”
************
Przyjaźnią połączeni. Prawdziwa przyjaźń w komputerowym świecie. I nagle hałas. Virei zawieszona między snem a mrokiem patrzy na wejście. Widzi oszołomiona, jak na końcu korytarza pojawiają się czarnobiałe sylwetki agentów. A przecież ich kryjówka jest ściśle tajna, nie mogą tu wejść…wyglądają jak senne mary w srebrnym korytarzu – prawdziwi oni? Strzał! Są prawdziwi! Agenci w ich kryjówce – wykryli ich! Virei przypadła do Gabora. - Znaleźli! - Kogo? - Nas! Agenci tam są! - Żartujesz! – ledwie przebudzony Gabor spojrzał w korytarz – O, cholera – zabłysły orzechowe oczy – Arsinoe, synu… - E? - Mamy gości. Czołgaj się po miotacze, tylko tak, aby oni nie widzieli…szybko! – Gabor nie tracił zimnej krwi, choć wiedział, co oznacza ten napad. Rozumiał całą grozę zaistniałej sytuacji, w końcu rząd, którego przedstawiciele czają się za drzwiami, wyznaczył za jego głowę – i nie tylko za jego – całkiem sporą nagrodę. Powoli i niepostrzeżenie budzi wszystkich, a wygimnastykowany Arsinoe podaje miotacze. Atak znienacka – znienacka obudzonych sen się nie ima. Zaskoczeni, będą walczyć o swoje życie. Już widzi. Słyszy głosy śmierci w korytarzu, nikt nie śpi, Arsinoe uwija się pod śpiworami. Virei zdaje się nie dostrzegać niczego. Leży nieruchomo na śpiworze Gabora, słysząc jego powolny oddech. Zbrojenie zakończone – chwila zadumy przed walką. Bo walka będzie. Nie wiedzą, jak znaleziono ich kryjówkę, ale będą się bronić. Nie bój się, mówią błyszczące oczy Gabora. Wiedzieliśmy, na co się porywamy, to musiało tak się skończyć. Teraz będzie inaczej, zgoda, ale będzie. Jeszcze jesteśmy i ktoś jeszcze zostanie. Arsinoe popełzł otwierać tylne wyjście. To wszystko powiedziały Virei lekko skośne oczy Gabora. Dziwnie jej jest. Nie ma ochoty na nic, nawet na najmniejszy ruch. Cisza przed walką…srebro nocy, miarowe oddechy niby – śpiących, kroki w korytarzu. Starvis mamrocze przez niby – sen. Czas na chwile staje…ale tylko na chwilę. Wchodzą – Virei żałuje, że czasu nie da się zatrzymać, dobrze jej było w tamtej chwili. Szelest kombinezonów, szeptane rozkazy. Gabor zezuje na drzwi – widzi cały kordon czarnobiałych agentów, miotacze wycelowane w głowy anemorystów. I ta cisza, milczenie dające tej scenie niesamowity wygląd, jakby walka zawieszona była poza czasem i przestrzenią. Podnoszą miotacze bliżej oczu, dowódca unosi dłonie…nie, Gabora nigdy nie przechodzą dreszcze. Palce na spust… - Pal!!! – wrzeszczy…Gabor, a śpiący podrywają się i salwa uderza we wrogie lufy. A agentów coraz więcej i więcej – strzały rozdzierają ciszę nocną. Nad nimi toczy się życie. Tłoczne budynki, tłoczne arterie, tupot miliardów nóg, bicie miliardów serc, myśli miliardów umysłów, miliardy gwiazd na jaśniejącym niebie. A oni giną…
************
Część 22 / 4
Z „Encyklopedii Wielkiego Rodzaju Ludzkiego”: AGGIRES Tosse, mjr – poprowadził akcję „Obława”, w wyniku której zlikwidowano groźną sektę anemorystów ; naszedł nocą ich kryjówkę i zdziesiątkował wroga – przeżyli tylko nieliczni[…]. Chwała majorowi Aggiresowi!
************
Wielkie budynki rosną w górę. Przed siebie, na wyścigi przebijają niebo. Wielkie budynki i przepaście ulic, sfery powietrza pomiędzy ścianami, niemymi i bezlitosnymi, niebosiężne szczyty… Światło słońca pełga w ich wysokich partiach. Virei jest sama, wydarła się z pogromu, błądzi w imperium ludzkiej dumy i rozumu. Nie czuje nic – wie, że musi znaleźć bazę i ukryty w niej statek; za parę chwil nad pustym teraz sektorem agenci rozpylą śmiercionośne gazy. Wsławiła się gwardia rządowa w oczach ludu, pora wytępić niedobitki. Nie była przerażona – ogarniało ją coraz większe zdziwienie. Oni, anemoryści, wpadli? Ci nieuchwytni, nieosiągalni? A ich kamuflaż? Przecież widzieli znaki – mieszkańcom tego sektora zafundowano wycieczkę do więzienia orbitalnego i sektor pozostał pusty; regulamin więzienia zabraniał odwiedzin. Mieli swojego człowieka wśród agentów…Cargo najwyraźniej zdradził. Popatrzyła w dalekie nad budynkami niebo – musi stąd uciec, opuścić to więzienie ścian. Stary, wysłużony Syriusz to jedyny ratunek, od którego oddziela ją jednak korpus agentów. Jednoosobowy szturm? Wszystko przez tego łotra Cargo. Nie wiedziała, że niepozorny kancelista nie mógł z nimi nijak się porozumieć. Aren Cargo był na podsłuchu i już zaczynał cos podejrzewać, kiedy do jego drzwi zadzwonił agent Pasadena. Uzbrojony Pasadena.
************
Z „Kodeksu agenta”: 6) Agent ma służyć ojczyźnie i jej być całkowicie oddany; wróg ojczyzny to jego wróg. Nie liczy się, czy to arystokrata, robotnik czy agenta znajomy – liczy się dobro Zjednoczonych Ras, tej fenomenalnej Unii, która agenta utworzyła. Żadnej litości dla wroga!
************
Dinea. Drobniutka, uroczo nieśmiała osóbka o pięknym głosie, nieskalanym przetwarzaniem komputerowym. Ukochana Ena Cattirego. Virei lubiła na nich patrzeć – na wpół zatroskane, wpół radosne oczy Cattirego, na lekki uśmiech Dinei. Byli jedną z tych nielicznych par, od których czuło się prawdziwą miłość, to boskie zjednoczenie dusz, przed którym uchodzi każde inne, każdy mechanizm świata ustępuje przy tym najbardziej ludzkim uczuciu. Dinea. Właściwie poznała zwłoki tylko po jasnych włosach.
Część 33 / 4
************
Z „Kodeksu agenta”: 7) Agent musi być humanitarny; wszak reprezentuje ludzkość i jej rozum – jak zwierzę zachowywać się nie może.
************
Przebiegała powoli i czujnie po wąskich ulicach, kiedy ujrzała opartego o ścianę Ena Cattirego. Odetchnęła z ulgą – wreszcie ktoś żywy, jakiś sprzymierzeniec. Poczuła się prawie uratowana, a widmo gazowej śmierci odpłynęło gdzieś daleko. Razem z Cattirem sobie poradzą… Podbiegła do niego, już widziała zielone oczy, leniwy półuśmiech i…czerwony otwór w wysokim czole. Dyskretnie, nikt nie lubi patrzeć na krew.
************
Nie jest łatwo trafić do ich kryjówki, to pewne. Virei wychyla się powoli zza budynku i przemyka do małej klitki, jaka tworzą ściany banku i rezydencji arystokratów. Zero agentów, nad nią kwadrat zachmurzonego nieba – chmury galopują a świetlisty kształt oznajmia orbitalne więzienie. Widziała kiedyś taki świetlny kształt – sama go zniszczyła. A więzienie przecież ma sztuczną grawitację, obrotową. Obroty stymulują generatory mocy – wystarczy je unieruchomić, więzienie stanie i zbrodniarze zaczną wychodzić z hibernacji. Wtedy nastąpi mobilizacja agentów – odwołają też i ten korpus, który ich przetrzebił. Anemoryści, a raczej to, co z nich zostało, będą uratowani…jak tylko to wszystko zrobić? Virei była wychowanką Anemoriusa; miała szaloną odwagę, spryt i ,nade wszystko, Syriusza. Od statku tego oddzielał ją wprawdzie jeden korpus agentów, ale radziła sobie ze straszniejszymi. Młody umysł znużony bezczynnością błądzenia zaczyna intensywnie myśleć, a trup Siloe Eitheran uśmiecha się szyderczo.
************
Część 44 / 4
Do dzieła! Schody – wyskakuje znikąd na najwyższy stopień, wrzeszczy jak opętana, szaleńczo zbiega w dół. Dwie czarnobiałe sylwetki zrywają się, dwie strzelają, dwie pudłują i już o dwóch agentów mniej. Uff! Korytarz – mały diabeł pędzi dalej – salwy z miotacza bija w agentów, a rządowe kule przebijają poły płaszcza. Nie ustaje – gna, przesadza trupy i wrzeszczy, wrzeszczy, wrzeszczy… Do ataku!
************
- Dobra, Viruet – Anemorius jest znudzony powtarzaniem wciąż tego samego, ale Virei to mało pojętna uczennica; nie interesuje ją walka, ona widzi błyszczący pulpit Syriusza, tajemnicze guziki i czarne niebo przed nimi – posłuchaj mnie choć raz. - Ja cię słucham – mówi mała i wyciąga łapkę w kierunku czerwonego guzika. - Nie ruszaj!!! Virei, bo cię zaraz za burtę wywalę! - Nie – kręci ciemną główką. - Nie? – ironizuje Altrex, patrząc na pewnego siebie małego pilota; nawet toto nie spojrzy w jego stronę. - Nie. Bo ty mnie lubisz – zarzuca mu tłuste łapki na szyję. - Wyobraźnię to ty masz, przyznaję. Posłuchaj mnie, do diaska: widzisz przed sobą całe stado uzbrojonych wrogów… - Mnie każdy lubi… - Ale nie każdy lubi mnie; widzisz więc to stado, które jednoznacznie chce cię zabić. Co robisz? - Strzelam!
************
- Strzelam, cholera! – staje w drzwiach srebrnego ciągle pokoju, salwa się rozbiega. Stada wokół Gabora topnieją i zwracają się ku niej. Virei przez chwile waha się, kiedy słyszy strzały wokół arsenału. Arsinoe czy agenci, wrogie umysły jednoczą się przez chwilę w jednym pytaniu. Odpowiedź spada na szeregi agentów w postaci granatów, jednocześnie drzwi zaczynają gwałtownie opadać. Po chwili stoją już tylko lite ściany, a agenci dobijają się z drugiej strony. Od arsenału nadbiega Arsinoe. - Virei, jesteś wielka – wrzeszczy i pada na śpiwór. Virei powoli opuszcza lufę, agenci za drzwiami, więc mają chwilę wytchnienia. Dopóki nie sforsują wrót… Gabor siada znużony, Arsinoe łapie oddech. Virei zdążyła dosłownie w ostatniej chwili. Agenci rozdzielili ostatnich dwóch niedobitków i już przechodzili do zwykłej rzezi, gdyż walka nie istnieje w takich proporcjach, gdy wpadła Virei i…żyją jeszcze. Ostatni żywi w sali pełnej martwych ludzi. Dziewczyna patrzy na nich, rozdartych kulami, rozłożonych przed majestatem śmierci i na żywych towarzyszy, cudem wyrwanych z zagłady, o krok od krawędzi. Arsinoe uśmiecha się niedowierzająco, Gabor chowa twarz w dłoniach – rozumieją się doskonale. - Tylko my? - Jasna cholera…w proch nas, rozumiesz – Gabor jest zdziwiony – Nas… - I Starvisa też? - Milo poszła do Rządcy, a raczej Rządca poszedł po nią. Niech to wszys… - Daruj sobie – przerywa Arsinoe – dokopali, owszem, ale kiedyś musieli. Ciesz się ,że w ogóle żyjesz, bo mogły tu leżeć jeszcze dwa trupy gratis, jakiś plus sytuacji jest. Oni wiedzą, że jest nas troje… - Jasna cholera! - Zmień płytę; jasna cholera byłaby, gdybyś sobie leżał z małym przyjacielem kulką w brzuchu albo we łbie… - Jasna cholera…- Gabor opada na śpiwór; Virei obserwuje przyjaciół, zmęczony wzrok Gabora i płonące spojrzenie Arsinoego, rozpamiętywanie klęski i szukanie nowych dróg, upadek i powstawanie. Za drzwiami agenci szykują broń. - To na nas – mruczy Arsinoe; smutek Gabora pasuje do tej sali, gdzie trupy leżą pośród mroku, energia Arsinoego zaś zdaje się tą ciemność rozjaśniać – po trójce ocalałych nie spodziewają się zbyt wiele. I w tym nasza szansa.
************
Agenci pracują w milczeniu. Nie przywykli do gadatliwości w obliczu spraw ojczyzny. Są skrzętni i obowiązkowi, doskonale zorganizowani. Paru drąży dziurę w grubych drzwiach, paru organizuje beczki z gazem, kilku ubezpiecza korytarz, bojąc się kolejnego ataku. Schludne, czarnobiałe postacie bez śladów emocji, idealnie wykonane. Ruchy ciche i zwinne, miotacze dokładnie złożone, żelazne twarze. Ci dwaj w środku też kiedyś byli tacy jak oni, stali w tym samym szeregu, aż zbłądzili – teraz zginą, a oni, szósty korpus, budować będą potęgę ojczyzny; tak mówią poważne oczy. Tak jest jednak tylko w czasie pracy. Poza etatem siedzą w knajpie jak reszta, piją, palą i śmieją się gardłowo z niewybrednych dowcipów; na etacie jednak słyszą głos ojczyzny i niszczą jej wrzody. Czarnobiałe figurki ryją w korytarzu, chcąc dostać wroga w swoje ręce, gdy na niebo wzbijają się dwa statki. Nad tym sektorem widać osławionego Syriusza i enanderską…