Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 12 min czytania

Cemetery Drive

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

„Wszyscy Ci, którzy mnie znali; wiedzieli jak się nazywam, jak wyglądam, gdzie mieszkam, albo czym się zajmuję. Ale tak właściwie to co z tego? Przecież i tak nie wiedzieli najważniejszej, najbardziej kluczowej rzeczy. Nie wiedzieli kim jestem. Nie mieli pojęcia; nie mogli mieć. Lekarze… Tak, oni byli prawie pewni, że wiedzą. Głupcy. Wiedzieli jak działa moja głowa, jak pracuje; sądzili że to wystarcza, by wydawać osądy. To wszystko. Ale jakże się mylili. Ja sam siebie nie znałem, więc jak oni śmieli łudzić się, że udało im się mnie poznać? Jak?...” (…)

x x x

Dziewczyna stała oparta o bramę cmentarza. Nie należał on do jednego z tych pięknych, gdzie zawsze palą się znicze, a w kamiennych wazonach z wygrawerowanymi złotymi literami nazwiskami stoją świeże kwiaty, wymieniane przynajmniej raz na dwa tygodnie. Wręcz przeciwnie; większość rodzin ludzi, którzy tu spoczywali, była zbyt biedna, bądź zbyt bogata i zabiegana, by tu przychodzić. Nagrobki, oświetlone jedynie słabym światłem latarni, przywodzić mogły na myśl róże; z początku piękne i zadbane, lecz później, w miarę upływu czasu, kiedy stopniowo ulegały zapomnieniu, stawały się dzikie i niedostępne. Ciemne, w słabym oświetleniu niemalże czarne włosy opadały jej na twarz. Dopalała papierosa. Czekała już prawie pół godziny; zaczynała mieć nikłą nadzieję, że nie przyjdzie. Że odpuści. Cokolwiek. Oby nie zaczęło padać – pomyślała, podnosząc wzrok i obojętnie obserwując chwilę gęste chmury, przesłaniające księżyc i gwiazdy. Jakiś mężczyzna w średnim wieku, w czarnym płaszczu i z aktówką w ręku, minął ją prędko. Śpieszył się do domu; po raz kolejny w tym tygodniu musiał zostać w pracy do późna. Obrzucił dziewczynę szybkim spojrzeniem, jasno mówiącym, że ciekawi go, co może robić sama, w tej okolicy, po zmroku. Nie miał jednak ani czasu, ani ochoty jej o to pytać. Zapewne to jakaś sekta, czy coś – stwierdził w myślach, po czym powiódł mimowolnie wzrokiem dookoła, jakby spodziewając się bandy satanistów, którzy tylko czekają, by wyskoczyć z krzaków. Aimee, zajęta papierosem i pogrążona we własnych myślach, nawet go nie zauważyła. Pewnie w innej sytuacji komicznie przestraszona mina faceta rozbawiłaby ją, lecz teraz jej to nie interesowało. Irytowało ją własne zachowanie. To, że mu ustąpiła i oczywiście przyszła, tak jak ją o to prosił. Chociaż „prosił” to nie do końca odpowiednie słowo. On ją praktycznie o to błagał. A wiedział, że w ten sposób zmusi ją, by go posłuchała. Musiał wiedzieć. Nieopodal zatrzymał się samochód; w czarnym metalicznym lakierze Dodge’a Durango odbijało się światło latarni oraz księżyc, który wyjrzał nieśmiało zza chmur, jakby chciał zobaczyć, kto to; czego chce; jak rozwinie się cała sytuacja. Aimee nie zwróciła na to uwagi. Automatycznie podnosiła do ust papierosa, zaciągała się dymem i go wypuszczała, ale była tam, przy starej pordzewiałej bramie, jedynie fizycznie. Mentalnie unosiła się daleko. Jak najdalej stąd.

x x x

(…) „Aimee. Chcecie znać moje zdanie? A właściwie teraz mam już gdzieś, czy chcecie; mam niemalże sto procent szansy, że i tak je poznacie. Aimee – to było właśnie według mnie najpiękniejsze imię na całym tym cholernym świecie, na którym przyszło Nam żyć. Tylko Ty jeden, Boże, wiedziałeś i wiesz, jak bardzo ją kochałem. I że naszym przeznaczeniem było być zawsze razem. Przeznaczenie. Pieprzone przeznaczenie. I wiesz też, Boże, że zrobiłbym wszystko, co uznałbym za stosowne, by je wypełnić. Wszystko. Z tej miłości do Niej.” (…)

x x x

Aimee podskoczyła lekko, gdy mężczyzna niespodziewanie położył jej rękę na ramieniu. Podniosła na niego wzrok i westchnęła. Delikatnie, lecz stanowczo strząsnęła jego rękę.

- Kiedy ty dasz mi wreszcie spokój? – spytała, rzucając niedopałek na ziemię i przydeptując go. – Kiedy ty dasz mi wreszcie cholerny święty spokój? Nie mam ci nic więcej do powiedzenia, nie chcę nic więcej mówić, żałuję, że w ogóle tu jestem. I przestań do mnie wydzwaniać. Zostaw mnie już. Ja to skończyłam, już dawno. Odwróciła się wbiła wzrok w ciemny, mroczny cmentarz, gdzie widziała jedynie niewyraźne zarysy nagrobków. Czekała aż wreszcie się odezwie. Aż coś powie.

- Nie potrafię. To wszystko, odkąd się rozstaliśmy… Okłamujesz się, Aimee. Przez cały czas się oszukujesz, nie chcesz przyznać, że mam rację – przerwał wreszcie ciszę, jaka zapanowała między nimi.

- Jesteś chory! – Aimee bezradnie pokręciła głową. Czuła się kompletnie bezsilna, jak zresztą zawsze w jego towarzystwie. Wiedziała, że niezależnie od tego, co sądzi lub mówi, Gerard będzie przekonany, że to on ma rację. Nigdy z nim nie dyskutowała; uważała, że to strata czasu. A jednak, mimo że wiedziała, że on mówi bzdury, chciała mu wierzyć. Przy nim, nie wiedzieć czemu, zawsze tak się czuła. Kompletnie irracjonalnie, wbrew sobie samej, chciała mu po prostu zaufać. To uczucie kończyło się jednak zawsze, kiedy zostawała sama. Oparła dłoń na bramie i wpatrzyła się w ciemność przed sobą. To tutaj. To właśnie tutaj. Przed niespełna dwoma laty, wczesną jesienią. Aimee stała przed grobem ojca, starym i zapuszczonym, odkąd babcia wyprowadziła się do jakiejś rodziny w Maine. Wpatrywała się beznamiętnie w tablicę z nazwiskiem. Nie można powiedzieć, żeby darzyła go ciepłymi uczuciami; wręcz przeciwnie, nigdy nie czuła się nawet, jakby go naprawdę znała. Mieszkała z tym człowiekiem blisko siedemnaście lat pod jednym dachem, a nie wiedziała nawet, czym się tak naprawdę zajmuje. Podejrzewała, że to jakieś lewe interesy, ale ilekroć pytała, nie udzielał odpowiedzi. On zresztą także niespecjalnie interesował się córką. Odkąd matka Aimee ich zostawiła i uciekła z jakimś bogatym inwestorem, ojciec zamknął się przed nią. Przed wszystkimi. Od czasu do czasu zadawał jedynie jakieś zdawkowe pytania, jakby chciał oszukać samego siebie, sprawić bezskutecznie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Cemetery Drive — czytnik · opowiadania