Duchy · 18 min czytania
Cena Życia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pierwszy października 2003 roku. Dla milionów ludzi, po prostu zwyczajny dzień. Dla mnie czas, w którym zawalił się mój świat. Z początku nie mogłam w to uwierzyć. Moja siostra bliźniaczka Susan - nie żyje.... Tamtego pamiętnego dnia wróciłam trochę wcześniej do domu. Zastałam w nim policję i zrozpaczoną matkę. Musiało stać się coś naprawdę poważnego, skoro mama raczyła pojawić się w domu o tej porze. Zawsze do pracy wychodziła, zanim wstałyśmy, a wracała, gdy już spałyśmy. W ten sposób żyłyśmy bezkonfliktowo - po prostu prawie jej nie widywałyśmy. Bardziej zdziwił mnie jej widok niż obecność policji. Ale co oni wszyscy właściwie tutaj robią? Od matki nie mogłam wyciągnąć żadnych informacji. Odpowiadała nieskładnymi monosylabami i znów wybuchała płaczem. Musiałam wypytywać policjantów. W przerwie w pisaniu raportu mogli mi poświęcić chwilkę i odpowiedzieć na pytanie, co się tutaj właściwie stało. - Samobójstwo. -oświadczył spokojnie jeden z nich. Był pulchnym i lekko łysiejącym mężczyzną. - Otworzyła sobie żyły. Przykro mi -zakończył bez emocji i wrócił do pracy. - Słucham...? - zapytałam. Oczy zaszły mi mgłą, a z gardła dobył się dziwny odgłos. Zaniosłam się szlochem, lecz jednocześnie zapaliło się w mojej głowie światełko alarmowe. Kto jak kto, ale ja znałam Susan doskonale i wiedziałam, że nigdy by czegoś takiego nie zrobiła. Ona bała się śmierci. Nigdy nie odważyłaby się na tak desperacki krok. To z całą pewnością nie było samobójstwo... Miałam swoje przeczucia, ale cóż może zrobić piętnastolatka, skoro dorośli wiedzą lepiej? Musiałam się z tym pogodzić i dalej ciągnąć swoją smutną egzystencję. Czułam potworną pustkę po stracie najbliższej mi osoby. Potrafiłam całymi godzinami siedzieć i wpatrywać się apatycznie w ścianę. Moje życie zupełnie straciło wszelkie kolory. Tonęłam w szarej beznadziei. Matka teraz jeszcze rzadziej wracała do domu. Byłam skazana na samotne przeżywanie niewyobrażalnego bólu. Bałam się wchodzić do pokoju Susan. Od czasu jej śmierci, czyli już prawie od tygodnia, nikt tam nie zaglądał. Traktowałam to miejsce jak sanktuarium, do którego nigdy więcej nie będę godna wejść. Aż któregoś dnia, przechodząc obok drzwi „do kaplicy”, usłyszałam, choć bardziej wyczułam, coś dziwnego. Coś jakby.... bicie serca, dochodzące ze środka. Stanęłam jak wryta, nasłuchując. Patrzyłam na drzwi z przerażeniem. Nie wierzyłam własnym zmysłom. Mój puls, razem z tamtym biciem, tworzyły jeden, jednostajny rytm. Puk- Puk. Puk- Puk. Puk- Puk. Wahałam się. Rozegrałam krótką walkę pomiędzy moim strachem a ciekawością. Zawsze dziwiłam się, że w horrorach ludzie wchodzili prosto w paszczę niebezpieczeństwa. Teraz już wiem, dlaczego... Sięgnęłam po klamkę. Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. Nic nadzwyczajnego, zawsze skrzypiały. Mimo tej wiedzy, dreszcz przebiegł mi po karku. Spodziewałam się najgorszych rzeczy. Z drżącym sercem i uginającymi się nogami, powoli weszłam do środka... Nikogo, ani niczego tu nie było. Gdy przekroczyłam próg, ustał także ten dziwny dźwięk. Odetchnęłam z ulgą, lecz z drugiej strony czułam pewnego rodzaju zawód... Stanęłam na środku pokoju i rozejrzałam się wkoło. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak zapamiętałam. Nic się nie zmieniło. Brakowało tylko właścicielki.... Znów poczułam, że ściska mnie w dołku i opuszczają mnie siły. Opadłam na łóżko. Pościel wciąż pachniała świeżością... Czułam, że mimowolnie łzy nabiegają mi do oczu. Pozwoliłam sobie na krótką chwilę słabości i płakałam przez parę minut. Później otarłam łzy i już zbierałam się do wyjścia, kiedy w oczy rzucił mi się bladozielony zeszyt leżący na biurku. Nie pamiętałam, bym widziała go wcześniej. Wstałam i wzięłam go do ręki. Otworzyłam go na pierwszej stronie i przeczytałam: „Pamiętnik Susan Wagner. Nie dotykać!” Zdziwiłam się. Susan miała pamiętnik? Nic o nim nie wiedziałam. Miałam drobne wyrzuty sumienia, bo nie powinno się przeglądać cudzych rzeczy, ale w końcu o czym nowym mogłam tu przeczytać? Nie miałyśmy przed sobą żadnych tajemnic, a od dawna wiedziałam, że podobał jej się Alex. Jakie więc sekrety mógł skrywać ten dziennik? Przewracałam kartki, aż natrafiłam na ostatni wpis, z pierwszego października. „Drogi pamiętniczku! Tak, już mam prawie wszystko. Wprawdzie zamiast czerwonych świec, mam różowe, ale zrozum, nigdzie nie mogłam takich znaleźć. Problem był też z ogonem kota. Ale oprócz tych dwóch rzeczy mam już wszystko potrzebne do rytuału. Poczekaj jeszcze chwilę, tato. Wkrótce się zobaczymy!” Zeszyt wypadł mi z ręki. Co ona za bzdury wypisywała! Przecież ojciec umarł dwa lata temu! I jeszcze jakiś rytuał, ogon kota, świece! Czy ona nie zapisała się do jakieś sekty?! Taka myśl mnie przeraziła, ale zaraz ją od siebie odpędziłam. To było po prostu niemożliwe. Ale faktem jest, że ona zginęła akurat tego dnia... Nagle skóra zjeżyła mi się na karku. Wydawało mi się, że ktoś mi się przygląda. Rozejrzałam się, ale, oczywiście, nikogo tu nie było. Wtedy znów usłyszałam bicie serca. Dobywało się jakby z mojej prawej strony. Tym razem było jakby... zachęcające. Puk- Puk. Puk- Puk. Puk- Puk. Kierowana tym głosem podeszłam pod jedną z szafek. Akurat teraz dał o sobie znać mój, jakże ograniczony, rozsądek. Porwałam z biurka lampkę. Dość kiepska broń, ale zawsze jakaś. Dodała mi pewności siebie. Sięgnęłam po uchwyt, jednocześnie wznosząc lampę w geście obronnym. Otworzyłam drzwiczki... Było tam tylko kilka byle jak rzuconych książek. Kłębiły się bezładnie na półce. Nic strasznego, jakby nie patrzeć. Chyba że za koszmarną uznać książkę od matematyki... Ale ja miałam przeczucie. Coś tutaj było. Wyczuwałam to, choćby poprzez bicie serca. Rozgarnęłam ręką podręczniki. Pod nimi wyczułam to, czego szukałam. Wyjęłam to. Odstawiłam lampkę i zaskoczona przyglądałam się znalezisku. Była nim niewielka czarna książeczka. Najdziwniejsze, że nie miała żadnego tytułu. Przejechałam rękę po okładce. Przypominała w dotyku skórę. Wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a raczej mojej dłoni, pojawił się napis, czerwony niczym krew: ”Księga Zmarłych”. Krzyknęłam przerażona, prawie wypuszczając tom z ręki. Po raz kolejny tego dnia byłam równocześnie wystraszona i zaciekawiona. Co taka książka robiła u Susan?! Otworzyłam ją na pierwszej stronie. Była pusta; żadnego autora, tytułu, daty wydania. Nic. Szybko przekartkowałam całość. Wszystkie strony były lekko pożółkłe i absolutnie nie zapisane. - Co to w ogóle za książka, która nie ma tekstu!- prychnęłam. Wtedy księga jakby ożyła. Wyczułam pod palcami delikatne pulsowanie. Wrzasnęłam i upuściłam ją na podłogę. Otworzyła się mniej więcej na środku. Wydawało mi się, że mam omamy; na stronie pojawiał się tekst. Wyglądało to tak, jakby ktoś dopiero teraz go pisał. Czarny atrament zalewał litery i robił kleksy. Po chwili mogłam już bezproblemowo przeczytać świeże słowa: „Czego pragniesz?”- pytała książka. Uświadomiłam sobie absurdalność tej sytuacji. Książka mnie zapytała?! No, ale co miałam do stracenia? Najwyżej równowagę psychiczną, ale i tak ostatnio było z nią u mnie krucho. Odpowiedziałam, więc po chwili zastanowienia. - Spotkać się z siostrą... Kilka kartek przewróciło się samych. Starałam sobie wmówić, że to wiatr, mimo że okno w pokoju było zamknięte. Ale w sumie, po tamtym dniu nic już mnie nie może zdziwić.... Znów tekst zaczął się pisać. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale tak naprawdę było. Po paru sekundach mogłam zapoznać się z instrukcją.... jak przyzwać ducha! Patrzyłam w książkę oniemiała. Słyszałam różne historie o wywoływaniu duchów, ale nigdy w nie wierzyłam. Lecz czy można nie dać wiary „samopiszącej się” Księdze Zmarłych? W pewnym sensie ucieszyłam się, bo do odprawienia tego rytuału nie potrzebowałam niczego specjalnego. Właściwie, musiałam mieć cztery krzesła, duży pokój, nocną porę i odpowiednie zaklęcie. Dość niewiele, jak na przywołanie duszy. Spojrzałam na zegarek. Piąta. Do północy zostało jeszcze trochę czasu, ale ja nie mogłam usiedzieć na miejscu. Spotkam się z siostrą! Pobiegłam do pokoju i szybko ustawiłam krzesła, tak jak było napisane. Utworzyły razem figurę przypominającą romb. Usiadłam na łóżku i czekałam. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak mi się dłużyło. Spoglądałam co kilka sekund na budzik, starając się siłą woli pchnąć wskazówki do przodu. Czas wlókł się niemiłosiernie. Wzięłam sobie jakąś książkę, ale nie mogłam się skupić. Czytałam tylko po kilkanaście razy instrukcję. Prawie nauczyłam się jej na pamięć. O jedenastej wróciła mama. Trochę się zdziwiła tym, że jeszcze nie śpię, ale szybko powiedziałam, że czekam na film. Dała mi spokój, choć przyglądała mi się podejrzliwie. No, to mamę mamy z głowy. Zbliżała się dwunasta. Zamknęłam drzwi na klucz, by nikt nie zakłócił ceremonii. Odetchnęłam głębiej parę razy, by opanować drżenie rąk. Byłam podekscytowana spotkaniem z siostrą, ale, szczerze mówiąc, trochę się bałam. W końcu nie co dzień wywołuje się duchy. Zajrzałam dla pewności do