Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 27 min czytania

Charlotte

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROZDZIAŁ I.

Był ciemny, listopadowy wieczór. Opadłe już liście szwendały się po jezdni, zaśmiecając pobliskie ulice. Na ratuszowym zegarze ukazała się godzina 12. Z pobliskiego budynku dochodziły różne krzyki, wręcz pretensje: -NIE! Powiedziałam NIE! Słyszysz? NIE! -Co ty sobie wyobrażasz? Jesteś tu z nami i odmawiasz?! Zwariowałaś?! -Może i zwariowałam, ale mówię NIE! -To spadaj stąd! Albo się zgadzasz, albo wylatujesz! -Do zobaczenia – powiedziała dziewczyna i szybko wybiegła z mieszkania. Chwilkę później sprzed zamroczonego bloku odjechało brązowe Audi A5 Cabriolet. Siedziała w nim szatynka o ciemnych, czekoladowych oczach. Na imię jej było Charlotte – Charlotte Dimin. Jechała drogą, wprost pędząc do domu. Mieszkała na skraju miasteczka. Gdy była już tylko kilka przecznic od swego celu na jej masce samochodowej pojawiła się krew, która rozprzestrzeniać zaczęła się po całej przedniej szybie. Wystraszona dziewczyna zatrzymała się na poboczu i wyskoczyła z auta. Nic ciekawego nie ujrzała. Podeszła więc do frontu pojazdu – tylko na szkle była czerwona maź. „Może to jakiś ptak na maskę mi wleciał” stwierdziła bez przekonania. Jednak ciekawość nie dała jej spokoju. Cofnęła się audiakiem kilka metrów, po czym obeszła go dookoła, uważnie obserwując okolicę. I nagle – po drugiej stronie jezdni ujrzała… ludzką dłoń. Cofnęła się natychmiast. „To niemożliwe” powtarzała sobie w myślach. Popatrzyła na rów bliski jej samochodowi, który dokładnie oświetlała pobliska latarnia. Wielkie było jej zdziwienie. Pośród traw, niedaleko jagodowego krzewu, leżały zwłoki mężczyzny, całe obsmarowane krwią. Dokładnie widać było calusieńkie ciało. Biała koszula ukazywała dość wyraźnie, gdzie zostały zadane rany. Rany? Nie, to niedomówienie. Blondyn miał przynajmniej dziesięć krwawiących obrażeń. Na dodatek pozbawiony był ręki. Nieboszczyk znajdował się na plamie, osiągającej kilka metrów. Przerażające. Kto by ranił kogoś tyle razy? Te pytania zadałby chyba każdy normalny człowiek. Na dodatek usłyszała skrzypnięcie, jakby liści, lecz w oddali. Lotte zatkało. Znieruchomiała na chwilę. Do jej krwiobiegu pompowane były duże ilości adrenaliny. Jednak nie mogła oderwać nóg, by uciec. Nie potrafiła. Po paru sekundach oprzytomniała i stwierdziła, iż z tym szelestem – zdawało się. W innym wypadku by już nie żyła. Natychmiast zadzwoniła na 911. Była pewna, że mężczyzna leżący w rowie nie żyje. Po tych obrażeniach, które odniósł, nie było innych szans. -Co się stało? – spytano ją, kiedy przyjechały odpowiednie służby. -Nie wiem. Jak przyjechałam, to już tu leżał. -Dawno? -Wracałam od koleżanki kilkanaście minut temu. Gdy go znalazłam, zadzwoniłam na policję. -Żył jeszcze? -Nie. Chyba nie. -Nie sprawdzałaś? -Oczywiście. Potem bym coś narobiła. Nie znam się na tym. -Nic by się nie stało. Możliwe, że oddychał – pokiwała przecząco głową – Jesteś pewna? -Tak, jestem pewna. -Skąd to wiesz, skoro nie sprawdzałaś? -Tyle krwi. To by było niemożliwe. Proszę spojrzeć: tętnice uszkodzone. Spyta się pan skąd to wiem. Ależ jaki żyjący człowiek oddawałby krew na takie odległości? Tętnica uszkodzona. Na pewno. No więc wykrwawienie się i śmierć. Jak miałam go ratować, gdy już nawet nie krwawił? Tylko bym sobie kłopotów narobiła… -Dobrze, już dobrze. Nie denerwuj się. -Nie dość, że znalazłam martwego mężczyznę, to jeszcze będzie Pan mi wmawiał takie rzeczy. Mogę przysiąc: uratowałabym go, gdyby oddychał – dziewczyna rozpłakała się. Całe to napięcie, wszystkie przeżycia których przed chwilą doświadczyła – ujrzały światło dzienne. Mogła się ich pozbyć, odreagować tą przerażającą złość, rozpacz, przerażenie. -A był tu ktoś? -Nikt oprócz mnie. Tylko ja – wyjąkała szlochając. -Jak coś sobie przypomnisz, to przyjdź na komisariat – nastolatka przytaknęła głową - Odwieźć Cię do domu? -Nie, dziękuję. Mam samochód. Mogę już jechać? -Tak, tak. Dzięki za informacje.

***

Wesly, wraz ze swoim synem Chrisem, wracali do domu, który położony był na skraju lasu. Odludzie. O to właśnie im chodziło. Zero sąsiadów, maksimum prywatności. Nie dla nich plotki i spotkania towarzyskie. Musieli być samotni. Nikt nie mógł ich znać, a co dopiero dowiedzieć się o nich prawdy. Za dużo ludzi do usunięcia. Może i nie mieli uczuć, ale wiedzieli o zabijaniu. Przyjemne, lecz podobno krzywdzące. Nie były im znane dokładne uczucia. Liczyła się tylko tajemnica, ich sekret, za który gotowi byli mordować. -Tato, nie lubię tego robić. -Wiem synu. Ja też. Ale musieliśmy. -On na pewno nie był godzien tak ginąć… -Christopher, musiał umrzeć. Wiedział za dużo. -A ta dziewczyna, która go znalazła? Będzie miała traumę do końca życia. -Wiesz, że Cię posłuchałem. Jeżeli chcesz możemy tam wrócić i ją załatwić… -Tato! – jego syn nie wytrzymywał. Jako jedyny z rodziny potrafił odczuwać współczucie. Była to odrobinka, ale zawsze coś. Inni nie wiedzieli co dobre, co złe. Może i wiedzieli, ale nie tak, jak powinni. Normalni ludzie byli smutni, weseli, odczuwali miłość, nienawiść. A oni? Nic. Kompletnie. Zero. Gdyby nie fakt, że są rodziną i powinni się kochać, pewnie powybijali się wzajemnie. -Chrisie, ona nas chyba widziała. Czy bezpieczniej nie byłoby ją zabić? -Nie! Nie pozwolę Ci! Nawet nie wiemy, co ten człowiek o nas myślał. Może nie znał naszej tajemnicy. A my co? Zabiliśmy go, żeby ochronić samych siebie! -Nie wiem, co ta dziewczyna o nas wie? A co jeżeli widziała nas, jak pozbywaliśmy się tamtego człowieka? Co jeśli nas wyda? Lepiej dmuchać na zimne. -Pewnie już wróciła do domu. -Nie szkodzi. Znajdziemy ją. -Tato, Błagam. Zrób to dla Elizabeth . To tak, jakbyś zabijał mnie. Ten sam wiek. Mama by tego nie chciała… - syn tegoż starszego mężczyzny wiedział, jak zmiękczyć mu serce. Wystarczyło wspomnienie o byłej żonie, to Wesley’owi od razu pojawiały się łzy w oczach. Jedyne uczucie, jakie potrafił odczuwać to żal i rozpacz, po stracie ukochanej partnerki. Po jej śmierci jego serce doszczętnie skamieniało. -Christianie, jedynym rozwiązaniem będzie pilnowanie tej dziewczyny. Szczególnie w szkole. Nie pozwolimy, żeby poznała naszą tajemnicę, bo inaczej umrze. -Jak chcesz to zrobić? -Od poniedziałku idziesz do liceum… -Co?! Tato, ja tam z nudów umrę! -Spokojnie, wszystko będzie dobrze. Wiem, że wszystko wiesz, ale do wyboru masz to albo po prostu pójdziesz i zabijesz tę nastolatkę. Co wolisz? -Pójdę do tej szkoły! Bez dwóch zdań! Postaram się nawet słuchać nauczycieli! Ale muszę mieć gwarancję, iż dopóki ta dziewczyna nic o nas nie wie, jest nietykalna. Rozumiesz?! Daj mi ją! – Mężczyzna popatrzył zrezygnowanie na syna. Chyba nawet był na niego zły. -Dobrze. Niech ci będzie. Jutro pójdę do liceum i wszystko załatwię. Masz mieć ją na oku. Ja już się postaram, abyś chodził z nią to tej samej klasy. Ławkę też podzielicie. -Ile tak będę musiał? -Jak sprawa ucichnie. Jeżeli coś wie, to tylko kilka dni. Pozbędziemy się jej w razie potrzeby. Wystarczy tylko twoje słowo. Wiesz, że godzę się na pozostawienie jej przy życiu, tylko dla ciebie… -Tak, wiem. Dziękuję. W szkole sobie jakąś poradzę – „Muszę tylko ocalić tą dziewczynę” dodał w myślach. Nienawidził zabijać, bo wiedział, iż to jest złe. Nie czuł jednak skruchy, żalu za to. Czuł współczucie. Wiedza o tym, że kogoś krzywdzi, wystarczała. Nie znał trosk. Nazajutrz rano Wesly poszedł do miejskiego ogólniaka i zapisał syna do szkoły. Od tej pory rodzina ta nazywała się Formidable, co na polski znaczy Groźna. I tu mieli rację. Każdy, kto by wiedział, co oni robią, na pewno miałby podwyższony poziom hormonu „walki lub ucieczki” we krwi. Budziliby postrach wśród ludzi, lecz już teraz zwierzęta się ich bały. Stwarzali pozory normalnej, trochę dziwacznej rodziny. Nie przepadali za towarzystwem, wręcz przeciwnie. Uciekali od niego. Młody chłopiec nie obawiał się jednak najbardziej nudy, tylko uczniów. Ziemianie byli jego zdaniem tacy nieodpowiedzialni i mało inteligentni. Doprowadzali go do szału. Szczególnie te ich wołania i krzyki, które duszą w myślach. Zamiast to powiedzieć na głos, mówią sami do siebie, w swojej głowie. To, że Kosmici potrafią czytać w umysłach, jest totalną bzdurą. Nie mają takich zdolności. Są za to nad wyraz rozwinięci, może dlatego, iż pochodzą z tego samego gatunku, co ludzie. Różnica nimi między nie jest duża. Polega na większym rozwinięciu mózgów „Przybyszów”, a nie na innym wyglądzie, bądź charakterze. Przez te kilka tysięcy lat, Kosmici ewoluowali na organizmy bardziej utalentowane. Usta były potrzebne im tylko do jedzenia. Porozumiewali się myślowo, czyli w głowie tworzyli zdanie, które wysyłali w „obieg”. Docierało ono do danej osoby w postaci takiej, jak słowo do normalnego człowieczka, bez zbędnego nadwyrężania warg. A ludzie… A oni krzyczeli w myślach, ogłuszając przy tym tych, którzy byli w ich pobliżu. Chris nie chciał zwariować. Domyślał się, że licealiście nie dadzą mu żyć. Tu nawet waciki by nie pomogły…

***

Charlotte wstała o godz. 5:00. Nie mogła spać. Denerwowała się szkołą, choć nigdy wcześniej jej się to nie zdarzało. Teraz wszyscy wiedzieli o jej przygodzie, która miała miejsce w nocy z piątku na sobotę. Oczywistym był fakt, że uczniowie chcieliby dowiedzieć się wszystkiego na ten temat. Zapewne nie dadzą jej spokoju. Tak przynajmniej myślała. Weszła do szkoły, ociągając się przy tym nieco. Miała rację. Licealiści, podobnie jak nauczyciele, nie dawali jej żyć. Była tak rozdrażniona, że nawet nie da się tego opisać. Marzyła o powrocie do domu. W końcu to malutkie miasteczko. Czemu się dziwić, iż tak wypytują? Takie wydarzenia nie są tu spotykane. Nigdy. Zdenerwowana Lotte usiadła w ławce szkolnej, gdy zadzwonił dzwonek. Wścibska młodzież, która wyciskała z dziewczyny wszystkie informacje, musiała rozejść się do klas. Zaczęła się lekcja. Była to matematyka. Jedyne zajęcia, na których odpocząć można było od spraw codziennych. Osoby w ławkach odrabiali zadania zadane przez nauczyciela. Charlotte posiadała chwilę spokoju. Mogła odetchnąć. Dziwiła się tylko, gdzie podziewała się Cindy, siedząca zawszy z lewej strony koleżanka. Co się stało? Dlaczego nie przyszła? Przecież wczoraj z nią rozmawiała przez telefon. Obiecywała, iż przyjdzie. A teraz co? Nie ma jej. Nie zostawił by Lotki w potrzebie, a dobrze wiedziała, że ona potrzebuje kogoś, kto by się nią zajął. Przynajmniej w szkole. Na miejsce przyjaciółki miał usiąść jakiś Chris, który przed chwilką wszedł do klasy. Lotte nie spojrzała na niego ani na sekundę, bo była zamyślona. Dlaczego nie ma Cindy? Cała klasa zawiesiła wzrok na ich ławce, w której siadał „Nowy”. Dziewczyna jednak nic. Jakby w ogóle nikogo przy niej nie było. Po jakimś czasie uczniowie w klasie wrócili do swoich zajęć, zostawiając ostatni stolik bez większego zainteresowania. -Hej. Jestem Chris – nowy licealista szeroko uśmiechnął się do swej towarzyszki. -Cześć – wyjąkała, nawet nie patrząc w stronę rozmówcy. -Ty jesteś Charlotte? – w końcu przekręciła głowę w lewą stronę. Ujrzała obok siebie ciemnookiego przystojniaka o bladej, nieskazitelnej cerze. Jego brązowe, proste włosy lśniły w świetle jarzeniówek, przymocowanych do sufitu. Lotkę od razu zatkało. Nie mogła wykrztusić tego, co chciała powiedzieć. Dopiero po jakimś czasie jej mózg zaczął w miarę normalnie pracować. -Skąd wiesz, jak mam na imię? – popatrzyła chłopakowi prosto w oczy. -Nauczyciel powiedział, żebym usiadł w ostatniej ławce, razem z Charlotte. -Aha – westchnęła zażenowana swoją głuchotą – Przepraszam… -Nie szkodzi. Nic się nie stało. Czym się tak denerwujesz? -Nie denerwuje się – na jej czole pojawiała się głęboka zmarszczka. -Ależ owszem. Przecież widzę. -To jesteś ślepy. Odczep się! -Uhhh – wzdrygnął się – Tylko nie w twarz…- Lotte nie miała szans się nie uśmiechnąć. Ten cały Chris był tak utalentowany, że jego aktorstwo wręcz zarażało dobrym humorem. Oboje wystrzeżali zęby, oglądając się wzajemnie. -To powiesz mi, co cię tak martwi? -Prawdopodobnie nie. -Dlaczego? – powoli stawał się natrętny. -Bo nie. Nie znam cię. -To możesz poznać… -Ale nie chcę. Nie mów już nic. -Czemu? -Jakbyś nie zauważył, jest lekcja. -Okay. Jestem już ciiicho – Chris tak właśnie zakończył pogawędkę. Nieźle zaciekawiła go dziewczyna, znajdująca się obok. Dotąd nie miał okazji gadać z Ziemianinem. Nastolatka nie była rozmowna, choć w mieście mówiono, że jest straszliwą gadułą. Najwyraźniej to, nad czym się tyle zastanawiała i czego nie chciała mu powiedzieć, zamartwiło ją. Ciekawe, co to takiego… Minęło kilkanaście minut zajęć. Przez ten czas Lotka ani razu nie popatrzyła na nowego licealistę. Jednak nie można by powiedzieć tego samego o nim. Non stop wpatrywał się w towarzyszkę. Jak w jakiś obrazek. Był nią zaintrygowany, zafascynowany. „Hmmm… Ale on ślicznie pachnie…” powiedziała w myślach Charlotte. „Najpiękniejszy zapach, jaki kiedykolwiek czułam…” dodała. Nie zdawała sobie sprawy, że ktoś to może słyszeć. Przynajmniej nie on. Chris tylko uśmiechnął się tajemniczo i… wysłał do koleżanki z ławki informację „Dziękuję. Ty też”. Ona, tylko gdy do jej głowy doszła ta wieść, natychmiast spojrzała na chłopaka, który opromieniał ją bananem na ustach.. Sprawiał wrażenie, jakby naprawdę coś do niej powiedział. „Nie, to głupie! Wariujesz! Przez ten weekend oszalałaś! Musisz wziąć urlop od takich rzeczy! Nie dość, że widziałaś zwłoki, to jeszcze

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%