Kariera · 8 min czytania
Chce się żyć!
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Wstęp
Ostatnimi czasy czuł się paskudnie, jak obrabowany, zdradzony, istny cioł i nieokrzesaniec, którego teleportowano z buszu prosto na światła rozpędzonej ulicy. Stał na niej sam, głupi i opuszczony, zagubiony pośród mętliku skrzyżowań, zaułków i wieżowców gwarnej metropolii, ogłuszony klaksonami, z włócznią w pozłotku, w plugawej sukni z walkmanem na Irokezie.
Osobiście nie znosił mieć się z pyszna, robić za wała na lipnej gwarancji, być branym za światowca z kurnej chaty: zżerała go zazdrość. Miał dosyć upokorzeń, za cholerę nie chciał być ubogim krewnym, stanowczo miał niewiele ochoty na odstawianie muskularnego chojraka, bo wiedział, że jest słabeuszem i nie wzdychał do tupania, wrzeszczenia, pouczania, jak się powinien miewać. Obawiał się tylko, czy po męsku zniesie cios, gdy zrozumie, że nic mu nie jest, a nawet, że jest gorzej niż przypuszczał, bo na szczegółowych badaniach wylazło szydło z wora i okazało się, że to tylko przeziębienie, w zasadzie ma końskie zdrowie i na próżno usiłował cienko prząść. Dręczyły go wątpliwości: zastanawiał się, czy ujedzie bez narzekania, czy choć z godzinę uda mu się wytrzymać bez zbolałej miny; jeszcze mu zostały w pamięci pokazowe strzykania, tiki, łupanie w stawach. Jeszcze pamiętał swoje artystyczne skrzywienia, nieśmiałe załamania rąk, wznoszenia i zamknięcia oczu z kataraktą.
W domu, gdzie mógł cierpieć bez przeszkód, gdzie był otoczony markotną troskliwością, gdzie byle łachudra nie utrudniał mu chlipania w mankiet i stale wybaczano mu nieznośne nastroje, gdzie, do woli i do przesady posługiwał się taranem swojej choroby i lubił patrzeć, podglądać, jak ich skręca, jak międlą w sobie obsceniczne wyrazy na jego temat, stwierdził naraz, że stracił wszelkie specjalne prawa i nikt mu nie schodzi z drogi, a przeciwnie, popychają go na niewinną szafę, trącają łokciem i dają sójkę w bok, że ludzie, którzy, gdy szedł, pryskają na boki, zaczynają przestawiać go po kątach i ośmielają się drwić z niego prosto w nos, ośmielają się komentować, wykpiwać i podważać każdy jego krok i każde posunięcie. Z niego, co było niesłychane, nie do przyjęcia!
Niedorozwinięcie
Część 22 / 2
Ale dzisiaj wstaje wypoczęty i od razu gotowy do podjęcia kieratowej pracy. Żwawym truchtem podąża w stronę umiłowanej wygódki. Nie trapią go daremne rozważania. W życzliwej scenerii secesyjnych rur, nucąc ogryzki przebojów, doprowadza się do dziarskiej formy, zmywa nocne zacieki i goli chytrą mordkę śledziennika.
Nienawykły do żmudnej schludności, unicestwia natarczywy kudełek tkwiący nad miejscem przewidzianym na czoło. Konwaliowo rozpachniony, ubrany w czyściutką włosiennicę, udaje się do kuchni. Spóźnionym duszkiem chłepcze lurę o bezkofeinowym smaku, chowa do teczki drugie śniadanko i zbiega ze swojego terrarium na parking. Tam warczy na niego i przestępuje z koła na koło - podstawiony pojazd. Punktualnie i bezszelestnie zawozi go pod bramę Zakładu.
Przed wejściem na teren wita go cierpka oferma nosząca ksywę szef, a na murze dozorcówki wisi tablica ogłoszeń. Jej słowa ostrzegają: „z powodu braku nafty, a także ze względu na turbulencję narastających problemów, tarapatów oraz pozostałych rozrywek, publiczne strzępienie ozora na temat indywidualnych trosk jest surowo wzbronione i wstrzymane do kolejnego odwołania.”
Czyta, że jeżeli już jakaś awanturnicza pierdoła nie może za siebie, nie umie powstrzymać się od głośnego wyrażania myśli, ma moralne wapory i ciśnie ją, by się z nimi podzielić, to siła wyższa, niech sobie warcholi do woli, lecz tylko i wyłącznie po godzinach wydajnej pracy, w miejscach rzadko uczęszczanych, zadaszonych i wyznaczonych przez Wysoką Komisję. Na koniec tablica informuje go, że manifestacyjne obnoszenie się z frustracją jest nawykiem szkodliwym.
Po zapoznaniu się z odezwą, stoi w umysłowym rozkroku. Nie wie, co robić, jak się zachować. Z emocji zapomina przystroić twarz we…