Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kryminał · 7 min czytania

Chesterfield

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Robota szła mu tego popołudnia jak sierp z dupy. W wolnym tłumaczeniu na potrzeby czytelników pozbawionych wyobraźni – szła mu dość opornie. Na dodatek jego kumpel, Mike, nie przyszedł do pracy. Wykpił się rzekomym zatruciem pokarmowym. Zadzwonił po dziesiątej i trochę zbyt szczegółowo opowiadał o wieczornym fishburgerze, zapitym litrem coli. Że niby nieświeży był, co przyszło mu do głowy dopiero gdy przełknął ostatniego kęsa.

-Gówno prawda! Nawet ktoś w tym stopniu pozbawiony smaku co ten jełop, wcześniej poznałby się na nieświeżej rybie! Ten dupek wolał po prostu spędzić popołudnie z puszką zimnego browaru, śledząc ligowe rozgrywki! – pomyślał pogrążając się jeszcze głębiej w bezsilnej złości.

Pozbierał narzędzia do skrzynki i ruszył w dalszą drogę podzwaniając pękiem kluczy. Właśnie te klucze były zmorą! Labirynt korytarzy rozciągający się w piwnicach grodziły dziesiątki, jeśli nie setki drzwi, każde z nich otwierał inny spośród bliźniaczo do siebie podobnych, zawieszonych na metalowym kółku. Dostawał białej gorączki ilekroć szukał tego właściwego, daremnie szarpiąc klamkę. Mimo iż Mike oznaczył je w sobie wiadomy sposób, Ed nie radził sobie z tą loterią. Może przez to, że ten idiota nie poradziłby sobie z czytelnym oznaczeniem własnego klucza do służbowej szatni? Pewnie tak… Kolejny zamek jęknął dopiero przy piętnastej, jeśli nie dwudziestej próbie. Ciężkie, stalowe odrzwia uchyliły się nieco, a czujnik ruchu wykrył jego wtargnięcie i rozświetlił korytarz. Zimne światło jarzeniówek sprawiło że odruchowo zmrużył oczy. Zamknął za sobą drzwi i przekręcił klucz w zamku. Zupełnie jak pierdzielony klawisz, ale zgodnie z obowiązującą procedurą. Poczuł że wychodzi na kompletnego idiotę dbając o ten pieprzony regulamin, ułożony przez jakąś ofiarę pękniętego kondoma, przez jakiegoś pogiętego gryzipiórka rozpierającego się w fotelu kilka pięter wyżej. Siedzi taki w swoim (dzięki jego krwawicy) znakomicie klimatyzowanym biurze i w przerwach pomiędzy jedną a drugą kawą wymyśla debilne przepisy, komplikujące komuś życie. Bo niby po jakiego grzyba ma za sobą zamykać te pierdolone drzwi, ledwie znalazł się po drugiej stronie?! Co niby można by stąd zjuchcić? Chyba tylko te drzwi, które właśnie zamknął… Postawił skrzynkę z narzędziami na posadzce, drabinę oparł o ścianę. Spojrzał w górę i uśmiechnął się ironicznie na widok czujników dymu, zdobiących sufit.

-Możecie mi naskoczyć! – mruknął.

Sfatygowana paczka Chesterfieldów, wyłowiona z kieszeni poplamionego olejem fartucha, była tym czego akurat szukał. Palił je jeszcze w Wietnamie i wierzył, że przynoszą mu szczęście. Te akurat, nie inne. Kolegów którzy palili Marlboro, Camele i Lucky Strike, nie ma już wśród żywych. Nawet niektórzy z tych, co zaciągali się marychą aż po same jaja… Nawet ich już nie ma. I żaden nie umarł na raka płuc lub krtani. Wszyscy odeszli na ostatnią wartę w strzępach, z których nie dało się poskładać niczego sensownego… Wiedział, jak okrutna jest śmierć sapera. Zawsze jednak, przed robotą, zapalał Chesterfielda, z coraz głębszą wiarą w to, że coś w tym musi być… W tym, że nadal jeszcze ma ręce i nogi. Przysiadł na narzędziowym pudle i zapalił. Miał głęboko gdzieś czujniki zdobiące sufit.

-Nawet jeśli ta wypomadowana ciota ogląda mnie teraz na monitorze, tam na górze, też

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Chesterfield — czytnik · opowiadania