Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 24 min czytania

Chłopcy

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Chłopcy

Wynająłem małe mieszkanko w wielkim betonowym bloku, gdzie większość ludzi była dla siebie anonimowa, co jak najbardziej mi pasowało. Osiedle, na którym zamieszkałem należało do spokojnych, a co za tym idzie nie było specjalnie patrolowane przez policję. Mieszkanie było tanie i nie rzucające się w oczy. Właściciel był zadowolony, że regularnie mu płaciłem, a ja, że on o nic mnie nie wypytywał. Na początku podałem się za pracownika jednej z dużych budów, jakich w tym czasie realizowało się bardzo dużo w stolicy. Wydawało się to całkiem wiarygodne bo wiele osób właśnie w takich miejscach znajdowało pracę, nie mogąc jej zdobyć w swoich rodzinnych stronach, często emigrując z wiosek, czy pomniejszych miasteczek, gdzie pracy nie było wcale. Do tego wspomniałem mu, że nie dawno się rozwiodłem a mieszkając wcześniej u teściów, musiałem teraz coś sobie wynająć. Minęło jednak kilka miesięcy zanim poznałem nowych kolegów. Odwiedziłem co prawda kilka razy nocny klub, do którego swego czasu zaglądałem i gdzie spodziewałem się kogoś poznać ale nic takiego się nie stało. Niestety zwłaszcza na samym początku żyłem w ciągłym stresie, mimo że zmieniłem uczesanie, zapuściłem brodę a włosy farbowałem na czarno, wiedziałem przecież, że to może w końcu zawieść. Zresztą często miałem wrażenie, że ktoś mnie śledzi, że ktoś mnie obserwuje. Ale i ja w pewnym sensie obserwowałem teraz życie znalazłszy się poza normalną codziennością, jaka dotyczyła większość ludzi, i która dotyczyła również mnie przed tą całą historią z zabijaniem. Czułem się jak ktoś z trochę innej bajki, ktoś kto próbuje zrobić wszystko żeby bohaterowie tej, w której się znalazł przypadkiem niczego podejrzanego nie zauważyli. Czasami zresztą się z nich śmiałem, widząc, jak są zalatani za swoimi marnymi sprawami, jak biegają codziennie rano do autobusów żeby zdążyć do pracy na szóstą a po miesiącu takiej zabawy dostać połowę tego, co ja z reguły zabierałem ze sklepu strasząc kasjerkę bronią. Oczywiście najpierw taki sklep obserwowałem przez jakiś czas, więc można powiedzieć, że ja również chodziłem do pracy ale w odróżnieniu do tamtych, nie spieszyło mi się tak bardzo i nie musiałem się zrywać w środku nocy. Tych samych zagonionych ludzi widywałem z okna autobusu lub tramwaju, kiedy jeździłem czasami bez celu od jednej pętli do drugiej, jedynie dla zabicia czasu ale też i z pewnej ciekawości względem miasta, którego normalny rytm życia już mnie nie dotyczył, jako że stałem poza nim i jedynie mogłem się mu przyglądać z boku. Podczas takich przejażdżek wpadł mi w oko napis „Siłownia” umieszczony na jednym z budynków. – To nie byłoby głupie, w końcu zawsze chciałem chodzić na siłownię a zwłaszcza wtedy, kiedy zabronili mi rodzice. Tak, trzeba będzie poszukać gdzieś w mojej okolicy jakiejś nieciekawej siłowni, w sam raz dla mnie. Może tam poznam jakąś odpowiednią dla mnie paczkę? - niewiele myśląc zapisałem się na siłownię i rozpocząłem tym samym ciężki trening, co mnie motywowało do pewnej systematyczności, jaka tym samym zapanowała w moim życiu, bowiem na siłownię chodziłem cztery razy w tygodniu. Po każdym treningu aplikowałem sobie odpowiedni zestaw suplementów diety, o która teraz zacząłem dbać, więc i w moje żywienie wdała się regularność. Zaczęło mi się to podobać zwłaszcza, że po krótkim czasie już widziałem efekty w postaci rosnącej wagi mojego ciała i przyrostu siły. W ten sposób zacząłem coraz bardziej myśleć o sobie i skupiać na sobie całą uwagę, zresztą nie miałem przecież nic innego poza sobą, co po pewnym czasie doprowadziło do tego, że stałem się swego rodzaju narcyzem i starałem się sobie dogodzić, jak najlepiej umiałem. Po roku czasu, przytyłem dwadzieścia pięć kilogramów dochodząc do stu dziesięciu, dzięki siłowni i specjalnej diecie, co rzutowało także na mojej twarzy, bowiem znacznie się zaokrągliła i wyglądała teraz dorodnie, jak nigdy przedtem a tym samym stała się mniej podobna do tej z listu gończego. Z racji tego „wyrobiłem” sobie trzeci dowód osobisty, i kiedy porównywałem zdjęcie zrobione dawniej na bazarze z tym aktualnym, miałem wrażenie, że patrzałem na dwie różne osoby, co jak najbardziej mi się podobało. Tym samym doszedłem do wniosku, że nie muszę chyba aż tak się izolować od reszty świata, jak na początku. Można powiedzieć, że wkroczyłem w okres fascynacji sobą samym jako ciała, w które teraz inwestowałem skradzione pieniądze. Kiedy więc przechadzałem się ulicami w modnych ciuchach, pod którymi pulsowały moje wspaniałe muskuły, czułem się jak młody bóg, pośród zabieganych z teczkami urzędników, na marnych rządowych pensyjkach. Do tego regularnie opalałem się na solarium, które znajdowało się w tej samej siłowni. Stanowiło je jedno mocno już wysłużone i zapocone łóżko, postawione w kącie za jakąś brudną kotarą, co zupełnie mi nie przeszkadzało. Jadłem dobrze i dużo. Zacząłem ubierać się w markową odzież, która, w miarę jak rozrastałem się w barach zaczęła całkiem nieźle układać się na moim ciele, co oczywiście sprawiało mi przyjemność, kiedy chodziłem po ulicy mając świadomość, jak dobrze się prezentuję. W miarę zwiększania swoich gabarytów zmalał mój lęk przed policją. Był to dobry moment aby wyjść do ludzi to znaczy rozpocząć poszukiwania towarzystwa, co było przecież moim celem. Zacząłem regularnie odwiedzać kluby, w których nagie kobiety tańczyły przy rurkach, rozpalając gibkością ruchów i kształtami swych idealnych ciał mężczyzn do dalszych działań, które zazwyczaj kończyły się w pokoikach na tak zwanej „górze”, gdzie i ja od czasu do czasu wstępowałem. Byłem pewien, że członkowie jakiejś grupy bojowej, których nazywałem zawsze nie inaczej jak „chłopcami”, tak jak zresztą i „mój” kumpel z baru „Złoty kufel”, na pewno tu przychodzą, bo zresztą, jak nie tu, to gdzie? Poza tym czułem się bezpiecznie w takich miejscach, bo po pierwsze, mogłem wmieszać się w tłum, a po drugie, skoro zostawiałem tam pieniądze i to w końcu nie małe, i notabene nie moje ale to akurat miałem gdzieś, to zakładałem, że nikt nie będzie się mną specjalnie interesował, bo przecież tacy jak ja utrzymywali tego rodzaju przybytki. Wreszcie po jakimś czasie, w jednym z nich poznałem kilku chłopców, którzy potrzebowali kogoś z bronią, niekoniecznie strzelca ale kogoś zdecydowanego i przekonywującego. Oczywiście nie od razu mi to powiedzieli ale tak krok po kroczku, badawczo i ostrożnie porozumieliśmy się w tej kwestii. Zajmowali się wymuszeniami rozbójniczymi, jak to ktoś kiedyś ładnie nazwał. Nie zwierzałem im się z całej mojej bogatej przeszłości. Współpracowało się nam bardzo dobrze. Robota była prosta a mój pistolet zawsze robił wrażenie, nawet na nich samych. Zarabiało się tu tysiąc, tam tysiąc i jakoś się interes kręcił. Bywało, że kilka czy kilkanaście dni się nie widzieliśmy, po czym organizowaliśmy znowu jakiś kolejny numer. Oczywiście mięliśmy też stałych klientów, których regularnie odwiedzaliśmy. Podczas samej roboty kierowałem się zasadą, że normalny człowiek, to znaczy taki, który nie chce w łatwy i głupi sposób stracić życia czy zdrowia, jest zawsze na przegranej pozycji, bo kalkuluje swoje straty. Ja nie kalkulowałem, mając jedynie świadomość, że w razie czego, żywcem się nie dam, na co, ci po drugiej stronie lufy na pewno nie mogli sobie pozwolić, bo każdy z nich zazwyczaj żył przecież dla kogoś jeszcze – choćby żony, dzieci czy wnuków. Ja byłem sam, a do tego miałem świadomość, że w razie wpadki i tak mnie powieszą, więc wolałem zginąć z bronią w ręku, co przecież dla rycerzy sprzed setek czy tysięcy lat było sprawą wielkiej wagi. Co prawda oni wierzyli, że ginąc z mieczem w dłoni pójdą do swojego raju, w który ja już nie wierzyłem, a jeśli nawet, to nie przyznawałem się przed sobą samym. Zresztą wszystkie te kwestie związane z wiarą, Bogiem, wiecznym sądem i tym podobne wymiotłem ze swojej świadomości, sprawiając, iż czułem się tylko tym, co było widać. I tak oto zintegrowałem się ze światem przestępczym w ramach jednej z wielu organizacji zbrojnych i zacząłem w nim funkcjonować. Żyło się dosłownie chwilą, a kiedy kończyły się pieniądze na wydatki, to znaczy na siłownię i dobre żarcie, panienki, modne ciuchy, przynajmniej w moich kręgach, czyli sportowe buty, dresy i kurtki skórzane, kino i takie tam drobiazgi, myślało się o jakimś kolejnym numerze. W kręgu naszych zainteresowań były sklepy, bogate rodziny zamieszkujące luksusowe domy oraz różne lokale, od tych całkiem małych do większych ale i tu mięliśmy konkurencję więc trzeba było na to uważać. Dostaliśmy też kilka zleceń na kradzież konkretnego samochodu od konkretnej osoby. To było bardzo proste. Bogacze zawsze ubezpieczali swoje pojazdy, więc w zasadzie niewiele tracili a właściwie nic, przy ich sposobie wydawania pieniędzy więc oddawali nam zawsze swoje auta wraz z dokumentami a my za dostarczenie pojazdu dostawaliśmy niezłą prowizję. Oczywiście po skoku żyliśmy przez długi czas z tych pieniędzy więc na akcje nie chodziliśmy regularnie, jak do pracy, co mi się bardzo podobało. Nikt z nas nie gromadził przesadnie pieniędzy, przez co nasze oszczędności były dość skromne i stanowiły jedynie zabezpieczenie na co najwyżej pół roku skromnego życia. Było nas pięciu – ja, Klata, Zbychu, Mały i Pyton. Siebie nie będę przedstawiał bo robię to w końcu od pierwszego rozdziału, za to powiem słów kilka o reszcie bandy. Klata był swego czasu mistrzem kraju w wyciskaniu sztangi leżąc na tak zwana „klatę” i w okresie swojej świetności podnosił dwieście kilogramów. Ja natomiast, kiedy byłem w najlepszej formie podnosiłem co najwyżej sto czterdzieści. Do organizacji przestępczej wciągnął go jego kolega z dzieciństwa czyli Zbychu, który był wychowankiem domu dziecka i zaliczył chyba wszystkie możliwe miejsca odosobnienia na przestrzeni swojego życia, poczynając od świetlicy środowiskowej, poprzez poprawczak i areszt a kończąc na wiezieniu. Nie znał innego życia, oprócz tego, gdzie jest się zawsze na bakier z prawem. Był mózgiem organizacji. Kolejny z naszej piątki, to Mały i wbrew pozorom nie był wcale taki mały bo trudno było spotkać wyższego od niego ponieważ mierzył dokładnie dwa metry i pięć centymetrów. Nie był bynajmniej chudzielcem, którego złamałby w pół silny wiatr ale był doskonale wysportowanym byłym zawodnikiem kick-boxingu. Nawet najtężsi bokserzy nie mogli go nigdy lekceważyć za jego zasięg ramion i nóg oraz siłę, z jaką zadawał swoje straszliwe ciosy. Pamiętam jak kiedyś powalił tylko jednym uderzeniem jakiegoś zbyt pewnego siebie osiłka, który padając dosłownie zakrył się nogami. Wszyscy byliśmy wtedy pełni podziwu dla naszego Małego bo osiłek górował nad resztą licznego towarzystwa zarówno wzrostem i masą, i jak można przypuszczać z reguły wygrywał tylko dlatego, że inni się go po prostu bali. Natomiast Mały nie bał się nikogo a do tego jego bronią nie były nadmuchane bicepsy ale technika wypracowana w mozole przez lata na sali treningowej. Walczył także za pieniądze w tak zwanej „klatce” i plasował się w od wielu lat czołówce. Kiedy o tym się dowiedziałem, próbowałem sobie przypomnieć, czy nie spotkaliśmy się już kiedyś podczas mojej przygody z wojskiem i tajnymi turniejami ale jakoś go nie kojarzyłem. Co do ostatniego z nas czyli Pytona, to sprawa miała się inaczej. Nie był ani siłaczem ani wojownikiem tylko alfonsem. Miał kilka dziewczyn pod swoją opieką ale trzymał się razem z chłopakami bo tak było dla niego bezpieczniej. Podobno już jako dziecko dusił dla zabawy dziewczyny, stąd też jego przezwisko, które ciągnęło się na nim od samej szkoły podstawowej, na której notabene zakończył edukację. Do tego był bardzo narwany i lubił broń zwłaszcza noże. I mimo, że wyglądał najmniej groźnie, na pierwszy rzut oka, z całej naszej piątki to jednak, poznawszy go, to właśnie jego obawiałem się najbardziej bowiem nie był w ogóle honorowy i potrafił skatować kobietę prawie na śmierć a później jakby

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%