Komedia · 11 min czytania
Chłopi spod Pawilonu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Scena I Monopolowy pod pawilonem Pada deszcz, Zdzisław z Edziem popijają winko i wspominają czasy, gdy na wolności był Dziadu – brat Zdzisia. Stoją pod pawilonem, koło monopolowego.
Zdzisław (zdrowo popijając) Dobre czasy przed kilkoma laty, kiedy mój brat nie widział świata w kraty. Tera to już jest inaczej i z kim mam pociągać winiacze.
Edzio Wiesz dobrze, Zdzisieńku, że gdy nie mam szychty zawsze się na piję, ale teraz mus jest listy dostarczyć by do pierwszego mogło wystarczyć. Bo jakich czasów my się doczekali, by to w Belwederze kwakali. A w sejmie to tylko za sobą się oglądają i seks afery rozpowszechniają.
Zdzisław (szlochając) Jam jest tu już kilka lat bez brata mego, mimo że wszyscy uważali go za niewinnego. I tak poszedł siedzieć na lat pięć; już ze połowa wyroku minęła jak biczem strzelił; słyszał żem, że za dobre sprawowanie wypuszczają po połowie odbytego wyrku. Pełno w tym uroku, bo brat na śmieci stare wróci i życie już się nie ze smuci nam.
Edzio Ja z otwartymi ramionami mymi przywitam brata twego przez pały wymęczonego.
(przychodzi Marcelina żona Zdzisława)
Marcelina Mój kochany masz tu flakonik, ja do Barbary pośpieszam. Ona sama w domu została, dotrzymam jej towarzystwa by się nie bała. Wrócę na kolację i zdam ci relację o wizycie u niej. A teraz czmycham, do widzenia panie Edzio.
Część 22 / 3
Edzio Żona twa zaprawdę zacna, taka macna. Szczęście ci sprzyja drogi Zdzisławie, że jesteś przy takiej babie. Ja też już ruszę, bo listy czekają a ludzie przez okna spoglądają czy korespondencję już dostarczają. A powiem ci, że mam tu kilka sądowych liścików; do Kowalskiej i do Zamorskiej. Pewnie w sprawie tych alimentów, co obie się starają u tego biznesmena. Co im obiecał dobrobyt i luksus.
(odchodzi)
Zdzisław (po długim milczeniu) Deszcz pada strumieniami, a ja tu z flakonikami dwoma. Jeden prawie że pusty, drugi zaś cały tłusty. (patrzy na butelkę) Tak mi życie sprzyja drogi mój listonoszu, że większość czasu tu pod sklepem, cały czas biedę klepiem. Żona, ba! no żona, ale bez pracy, ja i ona. Na zasiłku obydwoje, do garnka czasem ciężko coś wsadzić, a co dopiero w szałasie coś naprawić. (milczy i siada) jakie to je życie, być cały czas na kredycie. Brudno nawet w odbycie, to jest życie! (dopija pierwsze winko, nadchodzi Widmo – tajemniczy bezdomny, ubrany w kaptur jak mnich)
Widmo (staje na przeciw siedzącego Zdzisława) I co mi powiesz, czemu tak dziwnie głowę chowiesz? Nic nie mówisz, czyżby coś cię gryzło, wyznaj drogi kompanie.
Zdzisław wstyd mi za siebie, ja bezrobotny bez środków na życie (wstaje i krzyczy) ludzie czy w w to uwierzycie! Że nie mama nawet na własne umycie, czy też na godne ubranie. Jedni uciekają z ojczyzny za pieniądzem, i jak tak sądzę sobie, że to jedyne warte świeczki rozwiązanie. Ale gdzie tam ja w wielki świat, wstyd ze mną iść do centrum. A gdzie tam Europa, ona nie dla każdego chłopa. Tylko dla wybranych, modnie odzianych. Ludzie z klasą, a nie tam kilku meneli, siedzących pod monopolem od poniedziałku do niedzieli. Ci którzy o nas wiedzieli, nic nie powiedzieli; w kącie siedzieli sami. Umysłami ponad nami.
Widmo och nie narzekaj, ja bez domu już lat dwa razy trzynaście, gdzie ktoś taki jak ja zaśnie; gdy naturalne światło świata zgaśnie. Ja sypiam w kartonach, pod ławkami; pomiędzy parkami i parkingami. Jasnowidzem nie jestem, ale ty masz coś, co cię wspiera na duchu coś czego ja ani listonosz Edzio nie mamy, choć się staramy.
Zdzisław (otwarł butelkę wina) Mówisz o mej żonie, która przeleciała przez błonie, ma tak piękne dłonie i tak cudownie wonie. Tak to jest coś wspaniałego; masz napij się drogi przyjacielu, bo takich jak ty jest tu wielu; lecz ty jedyny w swoim rodzaju. Zawsze dobrym słowem wesprzesz.
Część 33 / 3
(piją wino. Pod monopolowy zajeżdża właściciel, zwany przez tubylców Rapid)
Obacz tego bogatego, zapatrzonego w siebie człowieka. Nowego BMW się dorobił, a jeszcze niedawno nad zyskami się głowił. On teraz wielki pan – niczym arystokrata. Głowę uniesioną ma wysoko, nie jedna panna na nim zarzuci teraz swe oko.
Widmo Ja pamiętam czasy najświetniejsze, może i za komuny; ale byłem wtedy dumny z ojca mego i jego interesów. Był on handlowcem, gotowcem, wszystko dla mnie by zrobił, i każdego innego by dobił, gdyby ten mnie uszkodził. (patrzy w dal) Pewnego dnia do drzwi zapukali; kilku smutnych panów, odzianych w czarne garnitury, nie szło odróżnić który jest który. Ojca mi wzięli, dom rozwalili, a ja uciekłem i się pogrążyłem, sam w to nie wierzyłem; a teraz jestem... oto ja bezdomny, a kiedyś szanowany syn bogatego handlowca. Życie nam funduje różne atrakcje, różne są na to ludzkie reakcje, lecz hardym trza być... (odchodzi)
Zdzisław Hardym, hardym. (dokańcza wino) Trza być hardym, ale co zrobić gdy tak po dupie daje, po co nas stwarzasz i pozwalasz żyć. Marny los tych, którzy tu pod pawilonem widzą sens życia, to nie jest do ukrycia, że władzę mają ci, którzy mają pieniądze, kiedyś inne czasy były, człek się nie martwił, co nam ta demokracja dała, tylko tyle by każda osoba jutrzejszego dnia się bała. Kurwa, ale chała!
(wstaje i odnosi puste butelki do sklepu)
Scena II Sklep monopolowy
Ekspedient