Inne · 7 min czytania
Chłopiec i jabłko
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Był sobie mały chłopiec. Nosił czerwoną kurteczkę i sztruksowe spodnie, pomieszanie z poplątaniem. Źle zapięte guziczki, spodnie, które przy każdym kroku trzeba było podciągać i buty, które kłapały luźno jak przeskakiwał spękane płyty chodnikowe. Głowę miał zawsze w chmurach, zapatrzony przed siebie, chodził ulicami. Czasami, pogrążony we własnych marzeniach wpadał na przechodniów, widział wtedy srogą twarz dorosłego i zaciśnięte brwi, jednoznacznie wskazujące iż dopuścił się czegoś okropnego. Niestosownego. Uśmiechał się wtedy, do naburmuszonej twarzy i widział jak ona powoli puszcza swój gniew. Oczy stawały się bardziej okrągłe, usta przestawały być zaciśnięte. Uśmiech ten zabierał wszystkie złe myśli, dawał za to skrawek marzenia, które tliło się w oczach. Wydukał zawsze ze dwa słowa przeprosin, a były to słowa dziwne. Za miłe i za inne, oszołomiona dorosła postać, nie wiedziała, czy ma wygłosić lekcję dobrego wychowania czy też podziękować za kawałek kolorowego snu, którym chłopczyk podzielił się z nim. To był dobry moment na ucieczkę. I pędził. Czerwony kapturek zostawiał smugę w oczach niedoszłego dręczyciela i znikał za zakrętem. Chłopiec kochał jabłka, nieważne jakie, zielone, żółte, nakrapiane plamkami, małe, duże, kwaśne i słodkie. Uwielbiał je wszystkie. Był z nimi, niestety jeden problem, jabłka nie mogły się przekonać do chłopca. Gdy brał je do ręki, od razu czuł jak go kłują, wydawało się że tysiące małych kolców, zaczajonych pod skórka, tworzy niewidzialną barierę. Nie dotykaj ! Ale cóż było zrobić, kiedy jedyny owoc, za który dałby się pokroić to właśnie były te nieszczęsne okrągłe, kolczaste przedmioty. Więdz zaciskał mocniej dłoń, i szybkimi ugryzieniami cieszył buzie. Gęsty sok spływał mu po policzkach, ustach, lepił palce i dłonie. Starał się pozbyć tej lepkiej substancji, wcierając dłonie w spodnie, kurteczkę, oczywiście, powodowało to, że cały pachniał tym sokiem, no i że garderoba nadaje się już tylko do prania. Pojawiał się wtedy wielki uśmiech, marzenie w świetle dnia, wypuszczone z cieplutkich, tajemniczych zakamarków. Usta piekły od kolców, które w ostatnim desperackim akcie starały się przekonać go do zaniechania tego niecnego procederu. Wszystko na nic, jabłko znikało w umorusanej paszczy. I wtedy broniło się od środka, twarz robiła się czerwona, puchła, ledwo mógł złapać oddech. A potem krzyki mamy, która nie przebierając w słowach, ganiła go za to kolejny raz. Bo bała się, bała się, że któregoś dnia, reakcja alergiczna będzie na tyle mocna, że zabierze mu cały oddech. A jej wtedy tam nie będzie i jej mała istotka zniknie. Płakała, prosiła, aby wbić do głowy swojemu małemu skarbowi, aby nigdy, przenigdy nie próbował ich więcej jeść. On łkając, przepraszał, że nigdy, przenigdy, już więcej nie dotknie żadnego jabłka. Obiecuje. To była straszna decyzja, której małe serduszko nie mogło podjąć, było jeszcze za małe na tak duże postanowienia. Więdz, próbował zaczarować swoje własne myśli. Zmienić ich bieg tak, aby to gruszki, stały się jego ukochanym owocem. I tak ma być, wbrew wszystkiemu, co szarpało w środku to teraz złote gruchy będą jego celem. To postanowienie, wyprostowało do tej pory nierówno zapięte guziczki, nawet spodnie…