Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 20 min czytania

Chłopiec z gitarą

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Klasa wypełniona była dwunastolatkami nie mogącymi doczekać się przerwy. Kiedy tylko usłyszeli dzwonek, rzucili się do wyjścia jakby od tego zależało ich życie. Jacek niezbyt śpiesznie ruszył za nimi, jednak potknął się przez wystawioną nogę małego blondyna z pierwszej ławki. Grupka chłopców zgromadzonych wokół chłopca wybuchła śmiechem. Damian, lider swojej paczki, przybił piątkę z żartownisiem. Jacek widział zadowolenie na twarzach otaczających go „kolegów”, mimo to starał się przejść nad tym do porządku. Podniósł się i wyszedł na korytarz wbijając wzrok w podłogę. Poszedł prosto do toalety. Dopiero tam jego ruda czupryna zapłonęła z gniewu. Przemył twarz zimną wodą. Damian zastał go przy umywalkach. Za nim weszła do środka cała paczka. W sumie pięciu chłopców. Spojrzał na nich i próbując przemknąć lawirował między nimi w kierunku drzwi. - Dokąd to, rudzielcu – rzucił Damian, wyróżniający się od reszty swoją posturą. - Jeszcze z tobą nie skończyliśmy – zawtórował mu ktoś z tyłu. Jacek nawet nie starał się odpowiedzieć na te zaczepki. Wiedział, że nic to nie zmieni. Zrezygnowany podjął kolejną próbę. Dobrze już znane poczucie bezsilności wypełniło go całego, powodując, że twarz mu stężała. Ważne było nie prowokować nikogo spojrzeniem czy choćby grymasem twarzy. Ktoś stojący za nim, popchnął go. Wpadł na chłopca stojącego przed nim. Tamten również odepchnął go i tak zaczął krążyć pomiędzy nimi, potykając się o własne i innych nogi. Ktoś wrzucił mu za koszulkę kawałek kaktusa przyniesionego z klasy. Chłopcy zaczęli klepać go po plecach i pocierać, sprawiając mu ból. Małe igiełki bezlitośnie raniły naskórek. Starał się jak mógł żeby jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Kiedy znudzili się swoją zabawą wyszli zaśmiewając się i poklepując jeden drugiego po plecach. Został sam. Dopiero wtedy tłumiony ból, gniew i poczucie upokorzenia, znalazły ujście w postaci łez.

Szkołę, do której chodził Jacek, stanowił szary odrapany budynek w kształcie prostokąta. Na tyłach znajdowało się boisko. W czasie przerw na boisku i okolicznych trawnikach, kłębiło się mnóstwo dzieci. Część grała w piłkę, inni uczyli się, przygotowywali ściągi, palili papierosy za pobliskimi krzakami. Ot zwyczajny dzień w zwyczajnej szkole. Miasteczko było jak szkoła Jacka. Szare, nijakie, dodatkowo nagryzione bezrobociem. Co bardziej przedsiębiorczy mieszkańcy wyjeżdżali do większych miast. Prawdziwymi szczęściarzami byli emeryci i renciści. Co miesiąc na ich konto wpływały pieniądze. Nieduże, ale zawsze. Życie w miasteczku toczyło się sennie. Leniwe dni zlewały się w tygodnie, czas nie był w cenie. Spokoju pilnowało kilku policjantów. Ich głównym zajęciem byli pijacy. Zadziwiające, że ludzie potrafią pić ze sobą pół dnia i nagle zacząć skakać sobie do oczu. Miasto miało swoje lepsze i gorsze miejsca, ale z biegiem czasu te gorsze rozprzestrzeniały się jak choroba. Jacek nawet jak na dwunastolatka prezentował się mizernie. Chudy i blady z rudą grzywą zawsze zmierzwionych włosów i mnóstwem piegów na bladej skórze. Szczęśliwie jego rodzice pracowali. Matka była księgową w spółdzielni mieszkaniowej. Ojciec pracował w cementowni. Niedawno odbyły się tam zwolnienia grupowe, podczas których pracę stracił ojciec Damiana. Możliwe, że właśnie to było przyczyną niechęci do Jacka. Jednak powodów było więcej. Chłopak był samotnikiem. Nigdzie nie miał przyjaciół. Zarówno w szkole jak i poza nią. Damian potrafił nastawiać wszystkich przeciwko niemu. Niechęć była nieco tajemnicza. Ale może brało się to również z tego, że Jacek był urodzoną ofiarą. Był słaby, nie potrafił się bić i w dodatku stronił od ludzi. Dziwak, jak go nazywali. Nauczyciele zdawali się nie zauważać, że Jacek odstaje od reszty swoich rówieśników. Był jeszcze nauczyciel wuefu. Wielki facet z rumianą twarzą o dłoniach jak łopaty. Zauważył, że każdy stroni od chłopaka i postanowił to wykorzystać. Kiedy tylko nadarzała się okazja, wytykał mu błędy. Żartował z niego na oczach klasy. Wymyślił sobie, że w ten sposób dotrze do reszty. Sytuacja taka ciągnęła się już od dawna. Na tyle długo, że nikt już nie pamiętał czy powodem było to, że był zamknięty w sobie, czy może zamknął się w sobie wskutek dokuczania. Jednak nikt nie zaprzątał sobie tym głowy. Dla niego samego dzieciństwo było jak piekło. Szkoła, drogą przez mękę. Coraz częściej zamykał się w swoim świecie. Świecie fantazji. Snuł się po lekcjach w ustronnych miejscach. Stara fabryka, a raczej to, co z niej zostało, wydawało się idealnym miejscem dla niego. Kiedyś, dawno temu, mieściła się tam mieszalnia farb. Pozostały po niej tylko koślawe mury, smagane wiatrem i deszczem. Wszystko wokół porosło trawą i chaszczami. Gdzieniegdzie znajdowały się jeszcze stare pordzewiałe zbiorniki. Kiedyś zupełnie przypadkiem, spotkał tam Adama. Zaniedbany chłopiec był kolejnym kandydatem na popychadło. Wymienili ze sobą kilka słów. Wydawało się, że pojawił się ktoś, z kim będzie mógł się zaprzyjaźnić. Wymógł na nim przysięgę żeby nie mówił nikomu o tym miejscu. O tym, że lubi tam przebywać. Adam przysiągł.

Dzień był pochmurny. Jacek wybrał się na wagary. Cały czas przesiedział w starej fabryce. Było tam cicho i spokojnie. Bez Damiana, bez całej reszty. Żadnych zaczepek i popychania. Cisza i spokój. Wokół hulał wiatr, powodując, że trawa falowała jak wzburzone morze. Niebo szarzało z godziny na godzinę. Minęła już pora, o której powinien skończyć lekcje. Nagle w zbiornik, przy, którym siedział uderzył kamień. Zerwał się na równe nogi i rozejrzał dokoła. Na tle szarego brudnego nieba zauważył Damiana. Po chwili pojawili się inni. Stali w szeregu patrząc na niego w milczeniu. Zauważył wśród nich Adama. Ukłucie zawodu było nieprzyjemne. Spojrzał mu prosto w oczy. Adam nie wytrzymał tego spojrzenia i wbił wzrok w ziemię. - No i co rudzielcu – krzyknął Damian. - Ale z ciebie pokraka – usłyszał od małego blondyna. Jacek patrzył wyłącznie na Adama. Spojrzenie było pełne wyrzutu. Wtedy ktoś rzucił w jego stronę kamień. Zaraz po tym poleciały następne. Posypał się grad kamieni. Uderzały o zardzewiały metalowy zbiornik i odbijając się z metalicznym dźwiękiem spadały na ziemię jak martwe ptaki. Dostał w kolano. Dopiero, kiedy poczuł pieczenie ocknął się jakby z letargu. Zasłonił głowę ramionami. Nie był pewny czy celują w niego czy w zbiornik. Znowu przyszło poczucie bezsilności. Strach. Czuł się jak zaszczute zwierze. Kiedy chłopcom znudziła się ta zabawa, Damian rzucił się do przodu z indiańskim okrzykiem bojowym. Reszta natychmiast podchwyciła nową zabawę. Ruszyli za nim krzycząc. Kiedy już byli przy nim, ktoś znalazł sznurek, przywiązali go do zbiornika i zaczęli biegać wokół niego. Poszturchiwany stał nieruchomo patrząc gdzieś przed siebie. Damian splunął w jego stronę. Znalazło się kilku naśladowców. Wreszcie znudzeni zabawą w indian, a może jego biernością, pobiegli z bojowymi okrzykami przed siebie. Został sam, skrępowany i upokorzony. Usiadł na trawie i rozpłakał się. „Nienawidzę was” krzyczał w myślach. Próbował wyplątać się z więzów, jednak na próżno. Po chwili przyszło odrętwienie. Siedział nieobecny. Nie wiadomo nawet czy o czymkolwiek myślał. Dopiero zimny wiatr ocucił go nieco. Zrobiło się chłodno i nieprzyjemnie. Wtedy niespodziewanie usłyszał za sobą czyjeś kroki. Po chwili przywitał go skrzekliwy głos. - Co to chłopcze, koledzy cię tak urządzili? Stary człowiek dokuśtykał do chłopca. Patrząc na jego podarte i brudne ubranie, można by powiedzieć, że był włóczęgą. Uwagę Jacka przykuł jego garb. Staruch uginał się pod nim jakby dźwigał w nim grzechy całego świata. - Może mnie pan uwolnić? – zapytał nieco zaskoczony i zlękniony. - A któż to cię więzi, rudzielcu, co? – odpowiedział pytaniem na pytanie a na jego twarzy wykwitnął krzywy bezgłośny uśmiech. Kiedy chłopiec wyciągnął w jego stronę ręce, chciał mu pokazać, że jest związany. Kiedy stary człowiek wybuchnął nieprzyjemnym zgrzytliwym śmiechem, spojrzał na swoje dłonie. Nie było na nich sznurka. Stał ogłupiały i zaskoczony. Oczy zrobiły się jak dwa orzechy. Nie mógł zrozumieć. - Ale przecież... – urwał – przecież ja... – nie mógł wydusić słowa. Patrzył na nieznajomego zdziwiony. - He he he – zaskrzeczał garbus jak stare drzwi, w których od lat nie oliwiono zawiasów – zapomnij o tym chłopcze. Stali bez słowa. Stary wpatrywał się w jego piegowatą zaskoczoną twarz. Zrobił krok w przód. Jego czoło zmarszczyło się jakby warzył coś w myślach. Po chwili jego poorana bruzdami twarz rozjaśniła się nieco. - Koledzy nie przepadają za tobą, co? Nie otrzymał odpowiedzi. Jacek wbił wzrok w ziemię. Garbus niezrażony jego milczeniem kontynuował. - Dzieciaki – zrobił pauzę jakby się zamyślił – potrafią być okrutne, co nie? –szturchnął go w ramię. Jakby byli starymi znajomymi. - No nie martw się tym, mam coś dla ciebie. Wyciągnął zza pleców gitarę. Stare pudło, nieco zakurzone, nic nadzwyczajnego. Widząc zaskoczenie na twarzy dzieciaka staruch zarechotał. - He he hi hi to nie jest taka zwykła gitara, kiedy będziesz czuł złość, będzie ci źle, weź ją i zagraj. - Po co – bąknął chłopiec wzbudzając wesołość staruszka. - To szczególny instrument. Wyciągnął rękę z gitarą w stronę chłopca tak szybko, że tamten cofnął się instynktownie w tył. Patrzeli na siebie w ciszy. Jacek zerkał to na starca to na gitarę. - Weź ją – syknął gniewnie wykrzywiając twarz. Jednak, kiedy zauważył, że przestraszył chłopca, zaśmiał się przyjaźnie i już innym tonem dodał. - Weź, jest twoja. He he he Jacek czuł się osaczony. Przedziwne zmiany nastroju bezdomnego starca wprawiały go w osłupienie. Sięgnął po gitarę bardziej ze strachu niż ciekawości. - A teraz idź do domu smyku – znowu zaskrzeczał swoim śmiechem – i pamiętaj – wskazał na gitarę – nie żałuj sobie he he he – zatarł ręce zadowolony. Po tych słowach odwrócił się do niego swoim garbem i…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Chłopiec z gitarą — czytnik · opowiadania