fantastyka · 15 min czytania
Cholerna robota 0,3
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Psiakrew! Najbliższy las tysiąc kilometrów stąd, a tu wszędzie walają się deski - nastrój Czarnego daleki był od euforii. Kopnął z rozmachem leżący mu na drodze kawał drewna. Z rozpędu wdepnął po kostki w grząskie bajoro. Eleganckie, czarne sztyblety mogły nie przeżyć dalszego marszu przez plac budowy. Skąd tyle błota na środku pustyni? Cały był spocony. Poluzował krawat. Oto i los maluczkich. Szanowny zarząd siedział w gustownych koszulkach polo, ze znudzeniem przysłuchując się raportowi, podczas gdy on musiał prężyć się na baczność w czarnym, karawaniarskim ancugu. Nie dość, że z natury rzeczy było tam piekielnie gorąco, to w dodatku wnioski wynikające ze sprawozdania sukcesywnie i radykalnie wzmagały ubytek płynów z organizmu Czarnego. Z tymi panami nie było żartów. Szczęściem prezes zarządu spieszył się na kolejny melanż. Wyglądało na tu, że Belzebub znowu popłynął w rejs. Inaczej mówiąc zassał. O tych orgietkach, aż grzmiało w całych czeluściach. Jak zwykle zbiegną się nienasycone, ogniste grzesznice i znudzone piekielną codziennością diabliczki. Może nawet zawita Dalila... Odkąd zdobyła skalp tego pajaca Samsona wręcz królowała na podziemnych salonach. Ech, to się nazywa życie... Tak bawili się książęta piekieł. Szaraczki mogły najwyżej rozsiewać zawistne plotki, ich tam nie zapraszano. Inna sprawa, że miało to swoje dobre strony. Nikt z obecnych na zebraniu tak naprawdę nie miał ochoty słuchać tłumaczeń Czarnego. Skończyło się na ojcowskim upomnieniu: ciąć koszty, skracać terminy, trzymać jakość, no i uważać na sabotażystów. Wiadome siły nie próżnują. Rozejrzał się wokół. Panujące zamieszanie wydało mu się większe niż zazwyczaj. No, ostatecznie to wielka budowa, choć z drugiej strony widoczny był brak jego twardej ręki. Omijając kałuże i wertepy ruszył w stronę rysującej się na horyzoncie gigantycznej wieży. Jej dolna kondygnacja zbudowana była z potężnych, kamiennych bloków, ale wyższe partie już tylko z mułowej cegły. Oszczędności. W połowie wysokości trzepotała na wietrze wielka płachta tkaniny pokrytej widocznym z daleka napisem: BAB-E Ltd.. Bulding Agency Belial-Ezeqeel Limited. Oto inwestor i wykonawca zarazem. Szanowni prezesi i zarząd we własnej olśniewającej osobie. Omijał właśnie brygadę robotników dźwigających wielkie belki rusztowania, gdy ujrzał pędzącego ku sobie czarta. - No, to teraz sobie ciut odreagujemy... - mruknął pod nosem Czarny.- Pogadamy o postępach w całym tym bajzlu. Nadbiegającym świńskim truchtem osobnikiem był Sariel. Zastępca. Włochaty jak małpa diabeł przeskakiwał rączo wykroty i piargi. W pewnym momencie zaplątał się w ogon i zjechał na siedzeniu z wielkiej hałdy piasku prosto pod nogi Czarnego. Zerwał się zdyszany i zgiął w wiernopoddańczym ukłonie. - Witaj wielmożny panie! Nareszcie wróciłeś... Tak się cieszę! Zdejmiesz z mych niegodnych ramion zbyt wielki dla nich ciężar. Brakuje tu twojej inżynierskiej wiedzy. - Nadal giął się wpół, zezując spode łba na zwierzchnika. - Nie jestem żadnym inżynierem - warknął Czarny. Nie znosił Sariela. Pomijając to, że pokurcz na niczym się nie znał, wszystko wskazywało na to, iż dorabiał robotą wywiadowczą. Zarząd stanowczo zbyt dobrze poinformowany był o sytuacji na placu budowy. - No i co dobrego masz do powiedzenia? Sariel nieomal zaorał piach rogami. - Obawiam się panie, że nie zachwycisz się wieściami. Mamy pewne, oczywiście przejściowe, trudności. Mimo to harmonogram... - Bez czarowania. Jakie trudności? Bies wyciągnął zza pazuchy plik wydruków, szelma dobrze przygotował się do rozmowy ze zwierzchnikiem. - Kłopoty z kooperacją. Braki materiałowe i kadrowe. Ciągłe usterki konstrukcyjne - wyrecytował jednym tchem. - Średnia wypadkowa nam skoczyła. W tym momencie Czarny zobaczył jak jedno z rusztowań okalających niebotyczną wieżę runęło w dół. W ślad za nim spadła w piasek pustyni wymachująca ramionami grupa robotników. Było zbyt daleko od miejsca zdarzenia, by usłyszeć ich rozpaczliwe krzyki. - Widzę - Diabeł zmełł w ustach przekleństwo. - No, dalej. - Są problemy z zaprowiantowaniem. Warzywa, owoce i mąkę sprowadzamy z coraz dalszych prowincji, całą okoliczną zwierzynę już wyżarliśmy. Nawet wody brakuje. - Jak to - wody brakuje!? A te kałuże to skąd? - To mleko panie. Grupa inżynierów z Egiptu zaleciła lać je pod płozy sań. To ma zmniejszyć tarcie. Oni mają doświadczenie. Czarny, aż zatrząsł się ze złości. Cholerni wyznawcy bydlęcogłowych bożków. Takie klocki jak te ich piramidy, każdy głupi umie zbudować. Popatrzył złośliwie na swego asystenta. - A nie przyszło ci do tego pustego łba, że tym mlekiem możesz żywić robotników? Sariel skulił się ze strachu. Nauczył się bać takiego tonu w głosie zwierzchnika. - Panie, ja tylko trzymam się wskazań działu technologicznego. Czarny nic nie odpowiedział. Ruszył przed siebie nie zważając już na to, jakie skutki taka przełajowa marszruta przyniesie jego cennemu obuwiu. Zastępca podążył za nim półbiegiem, potykając się co moment. - Nie wszystko wygląda tak źle. Ten garbus którego pan przysłał jest bardzo operatywny. Przerwał w pół słowa. Czarny stanął w miejscu jak wryty i Sariel wpadł na niego zaskoczony tym manewrem. Przełożony odepchnął go opędzając się jak od uporczywej muchy. - Daaalej jazda! Gdzie z tymi łapami!? Jaki znowu garbus? Sariel wydawał się być szczerze zdziwiony. - No ten z agencji pośrednictwa pracy. Załatwieni przez niego robotnicy już pracują. Udało mu się nawet zdobyć okazyjnie dużą partię materiałów po bardzo atrakcyjnych cenach. Prawdę mówiąc - pół darmo. No proszę, wystarczy tylko kilka dni nieobecności, a już rządzi tu jakiś przybłęda. - Nikogo nie przysyłałem. Gdzie jest ten geniusz? - Kręci się gdzieś tu po placu. - Sariel był kompletnie zdezorientowany sytuacją. Czarny miał jak najgorsze przeczucia. Rozglądał się wokół w poszukiwaniu tajemniczego intruza. Minął grupę kłócących się zawzięcie o coś robotników. - O co im chodzi? - Nie są zadowoleni z płacy. Ci nowi pracują za połowę stawki. - Kurduplasty czart z trudem nadążał za sadzącym wielkimi krokami Diabłem. - Chcesz mi jeszcze powiedzieć, że będziemy mieć strajk!!! - ryknął na struchlałego zastępcę. - Ej, gamoniu! Ogon! Drepczący pospiesznie bies nadepnął na wypielęgnowaną kitę Czarnego. - Proszę o wybaczenie - jęknął płaczliwie. - Naprawdę nie miałem wyjścia. Terminy się walą. Czarny ujrzał wreszcie wysoką sylwetkę w jasnej narzutce - pelerynie, okrywającej rysującą się na plecach wyraźną wypukłość. Ruszył w jego kierunku. No tak. Mógł się tego spodziewać. - Nie boisz się, że ci się piórka potargają pod tą derą? Biały spojrzał na niego łagodnie. Miał przyklejoną ogromną, utrefioną brodę i czarną perukę. Cały ten zestaw pasował jak pięść do nosa do jego błękitnych oczu i kremowej cery. Uśmiechnął się szelmowsko. - Witam menadżera. Nie spieszno ci do roboty, co? Czarny skrzywił się. Niezbyt chętnie, ale bez przymusu podał pazurzastą dłoń kumplowi. - Z tymi kłakami trochę przesadziłeś. W ogóle co to za kamuflaż? Mamy chyba lepsze sposoby? Co z transformacją? Anioł przygładził czarne loki. - To wystarcza. Nie każdy