fantastyka · 22 min czytania
Cholerna robota 0,4
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Anioł podskoczył jak oparzony. Poczuł, że wylądował na jakimś niestabilnym podłożu. Zapadał się w czymś grząskim. Dopiero po chwili zorientował się, że stoi na brzuchu leżącego na ziemi człowieka. Nie ma co, ładnie wyznaczyli koordynaty... Zeskoczył pośpiesznie z delikwenta. Faleg miał niewiele więcej szczęścia. Zmaterializował się na spoczywającej obok śpiącego amforze i teraz klnąc masował zwichniętą nogę. Czym prędzej przyjęli ludzką postać. Zażywający drzemki osobnik poruszył się. Usiadł mrugając przekrwionymi, świńskimi oczkami. Anioł uśmiechnął się zachęcająco. - Dobry człowieku, mógłbyś powiedzieć jakie to miasto? Ziewając potężnie mężczyzna wskazał ręką ku górze. Przybysze powędrowali za nią wzrokiem. Nad potężnymi wrotami ozdobionymi radosnymi, kwiatowymi girlandami, widniał napis: "Witamy w bajkowej Sodomie". - Jesteśmy na miejscu - mruknął Biały do Falega. Tubylec obmacywał się skrzywiony. - Czuję się, jakby mnie ktoś zdeptał... - Zdaje ci się. - Anioł rozglądał się dokoła. - Możesz nam wskazać miejsce, gdzie moglibyśmy coś zjeść i odpocząć po podróży? Nie pożałujesz... Na zarośniętej twarzy pijaczka pojawił się chytry uśmieszek. - Oczywiście, oczywiście. Chodźcie za mną szlachetni panowie. Faleg zarzucił na ramię wielką podróżną torbę i poprawił w uchu słuchawkę. Mieli być cały czas w łączności z centralą. Doszli do uchylonej lekko bramy. Wychyliło się zza niej dwóch strażników. - Stój! Kto idzie?! - skierowali ostrza włóczni w kierunku przybyszów. Spod hełmów padły na nich taksujące spojrzenia. - Stać, mówiłem! Aniołowie zatrzymali się posłusznie. Zapadał zmrok, a w nocy nie wpuszczano obcych na teren miast. Tyle, że nie tego miasta... Jeden ze strażników podszedł bliżej. Uniósł włócznię. - To ty... Dobra Lot, przechodź, ale tych dwóch obcych musi zostać do rana pod murami. Stanowczym słowom przeczyła wyraźnie widoczna gotowość do negocjacji. Biały uśmiechnął się domyślnie, wyciągnął przygotowany mieszek ze złotem. - Jesteśmy ludźmi zwabionymi sławą waszego miasta, spragnionymi zabawy i rozrywki, gotowymi na poniesienie pewnych kosztów, by jej zaznać. Sakiewka w magiczny sposób zniknęła pod pancerzem wartownika. Na szpetnej gębie pojawił się obrzydliwie uniżony uśmieszek. - Rozumiecie chyba, taka służba... Wchodźcie dostojni panowie. Sława naszego miasta sięga niemal niebios, na pewno nie będziecie rozczarowani. Wstępujcie w nasze skromne progi. Drugi ze strażników wyciągnął skądś pospiesznie kwietne girlandy, będące zminiaturyzowanymi kopiami tych, wiszących nad wejściem. Zarzucił je na szyje osłupiałym przybyszom. Popychani przez Lota weszli na teren miasta. Przywitał ich kolejny transparent. "Przed Wami Sodoma - Miasto, które nigdy nie zasypia". Ruszyli za przewodnikiem, z rosnącym oszołomieniem obserwując mijane widoki. Mimo późnej pory miasto rozbrzmiewało niespodziewanym gwarem. Wszędzie porozstawiane były, oświetlone kolorowymi kagankami stragany wypełnione różnorodnym towarem ze wszystkich stron świata. Przelewał się między nimi różnobarwny tłum rozwrzeszczanej gawiedzi. Każdy mijany plac rozbrzmiewał dźwiękami muzyki i śpiewów. Ludzie różnych płci i w różnym wieku tańczyli, klaskali w dłonie i wznosili radosne okrzyki. Trupy wędrownych sztukmistrzów i kuglarzy prezentowały swoje umiejętności. Zapaśnicy mocowali się na otoczonych wiankiem kibiców, ringach. Karczmarze wystawiali przed tętniące gwarem lokale antały z piwem i winem. Raczyli ochoczo trunkami przechodniów, próbując zwabić ich w podwoje swych przybytków. Mijały ich pary młodszych i starszych ludzi objętych wpół i ukazujących sobie bez skrępowania uczucia. Oczywiście kwitła też płatna miłość, nie brakowało drzwi oznaczonych czerwono przysłoniętymi kagankami. Biały uśmiechał się pod nosem obserwując tą beztroskę, ale Faleg był wyraźnie zagubiony i zgorszony. Anioł szturchnął go łokciem w żebra. - To ilu mamy ich znaleźć? - Minimum dziesięciu. Biały pokręcił głową. - Ciężko będzie... Przeciskali się z trudem przez rozradowany tłum, aż w końcu Lot wyprowadził ich w jakąś boczną, ciemną uliczkę. Tu było pustawo. W końcu weszli na zupełnie wyludniony plac. W jego centrum stał wyraźnie zaniedbany ołtarz Pana. Krawędzie kamienia były obtłuczone, boki obrósł mech i pajęczyny. Na ofiarnej powierzchni ktoś zostawił opróżnione amfory i resztki spleśniałej zakąski. Widać wykorzystał święty przybytek w charakterze szynkwasu. Ku zdumieniu aniołów Lot runął przed ołtarzem na kolana i zaczął zawodzić kiwając się rytmicznie. - O, Panie Wszechmocny! Racz dojrzeć swego wiernego sługę w tym grzesznym mieście i wspomóż go, by wiara jego nie upadła! Biały roześmiał się szeroko. - Najlepiej woreczkiem monet, co? Wierny sługa spojrzał krzywo, aczkolwiek nie bez nadziei, na rozmówcę. - Nie bluźnij szlachetny przybyszu, albowiem wielki może być gniew naszego Pana! Anioł odchrząknął zmieszany. - Żebyś wiedział... Spojrzał przez ramię na Falega. - Co tam mamroczesz? - Centrala uważa, że to obiecujący kandydat. - Nie żartuj... ten menel? Wrócili w rozbawiony tłum. Jakaś nieskromnie ubrana, roześmiana dziewczyna złapała Białego wpół. Wyraźnie zapraszała go do pląsów. Nic dziwnego, jego ludzka powłoka była nieprzyzwoicie przystojna. Niebiańscy styliści stanęli na wysokości zadania. Nie bronił się zanadto. - Odejdź upadła kobieto! - Faleg oderwał ją od towarzysza. Anioł spojrzał na niego bez wielkiej sympatii. Ten sztywniak wszystkim działał na nerwy. Lot doprowadził ich do wielkiego, kilkupiętrowego domiszcza. Wszystkie okna żarzyły się światłami, a dochodzący z wnętrza gwar zagłuszał nawet uliczny rozgardiasz. - Tu panowie znajdziecie i zabawę, i strawę, i odpoczynek - Lot ukłonił się służalczo. - Z tym ostatnim to może być różnie... - stwierdził Anioł patrząc na szyld głoszący nazwę przybytku: "Pod Złotym Cielcem" Skierowali się do środka. Drogę zastawił im ogromny, półnagi "cerber", prezentując drgającą efektownie masę przerośniętych mięśni i żył. Czarodziejskie lśniące krążki ponownie otworzyły im drogę, tylko z wprowadzeniem Lota były pewne problemy. Chyba nie cieszył się tu dobrą renomą. Feeria barw, dźwięków i zapachów zakręciła im w głowach. Klientela lokalu należała z pewnością do miejscowej elity. Spocone ciała połyskiwały w migoczących światłach złotem i drogimi kamieniami. Na podestach podrygiwały w fertycznym tańcu, ubrane tylko w łańcuszki na biodrach i bransolety na przegubach rąk i kostkach nóg, dziewczęta. Wyginały się, jakby przecząc możliwościom ludzkiego ciała w hipnotycznym rytmie szalejących bębnów, grzechotek i sistrów. Równie przewiewnie ubrane szynkarki roznosiły dzbany z trunkami, zręcznie omijając lepkie dłonie ucztujących. Za zasłonami z paciorków, w bocznych salkach panowała zgoła inna atmosfera. Nastrój beztroski zastąpiło duszne, pełne oczekiwania napięcie. Przy licznych stolikach, otoczeni kibicami, innego rodzaju goście grali w kości albo senet. Kupki złotych i srebrnych monet krążyły pomiędzy spoconymi z gorąca i emocji graczami. - Biały! To ty!? Anioł obejrzał się zaskoczony. Nie sposób było nie poznać tego głosu. A jakże... Czarny siedział przy jednym ze stolików, niedbale rozparty na szerokiej ławie. Na każdym kolanie przycupnęła mu półnaga hoża dziewoja, a trzecia wachlowała go, stojąc z tyłu, ogromnym wachlarzem z piór. Swoim zwyczajem palił coś podejrzanego. Pociągał potężnie z wielkiej nargili, wypuszczając dym niczym parowóz. Towarzyszyło mu kilku podejrzanie wystrojonych i wymuskanych młodzieńców, obdarzających się zdecydowanie niestandardowym zainteresowaniem. - Mogłem się tu ciebie spodziewać. - Anioł uścisnął pazurzastą dłoń. - A ja ciebie nie - Diabeł przymrużył badawczo oczy. - Coś mi tu śmierdzi. Gadaj... Faleg patrzył na nich podejrzliwie, wyraźnie poruszony. - Apage satanas! - zagrzmiał bohatersko. Diabeł wybałuszył na niego oczy. - Co to za głupek? Biały zniecierpliwiony odsunął mężnego egzorcystę. - Powiedzmy, że to mój nowy partner. Mamy misję. Sacramenti - mrugnął okiem do kumpla. Z kiepsko skrywaną zazdrością popatrzył na dziewczęta tulące się do kosmatego cielska. - Co one w tobie widzą? Czarny roześmiał się. - Myślisz, że tylko wy się umiecie maskować? Zobacz... Diabelska sylwetka zamigotała niczym hologram i Anioł ujrzał szatańsko przystojnego młodzieńca o długich czarnych włosach i niebezpiecznym błysku w oku. Biała delikatna szata, rozchylona na piersi ukazywała potężny, gładki tors, przyozdobiony imponującym złotym łańcuchem. Od złota lśniły też wszystkie palce, a nawet jeden ząb. Anioł cmoknął z uznaniem. - Nieźle... Ale ten ząb to już przesada. - To taka moja prywatna wariacja. Laski lubią takie bajery, a jak im mówię gdzie jeszcze mam złote kolczyki, aż piszczą z ciekawości. Dwóch zniewieściałych towarzyszy Czarnego w niedwuznaczny sposób zainteresowało się Falegiem, który w człowieczej powłoce również prezentował się okazale. W każdym bądź razie - bardzo męsko. Opędzał się spłoszony. - Precz nieszczęsne istoty! Biały uniósł oczy ku niebiosom. - Muszę się stąd zrywać zanim ta sierota zacznie popisywać się jakimiś sztuczkami. Klepnął diabła w ramię, tęsknie spojrzał na zastawiony stół i wiotkie nimfy rzucające mu powłóczyste spojrzenia. Złapał Falega za rękę i pogoniwszy kopniakiem Lota, popędził obu do wyjścia. Ten ostatni pobiegł przodem, ściskając za pazuchą dzbanek jakiegoś napitku. Musiał go ściągnąć przy okazji z któregoś stołu. - Czekaj! Musisz mi powiedzieć po co cię tu przysłali?! - krzyknął za nimi Czarny, ale zniknęli już za drzwiami. - Dobra... I tak was znajdę - mruknął ściskając za pośladek jedną z panienek. Pisnęła radośnie i ochoczo wsunęła rękę pod jego szatę. Diabeł uśmiechnął się błogo i rozparł wygodnie na siedzeniu. Pociągnął z fajki. Dym wypuszczał chyba nawet uszami, ostatecznie był to jego żywioł.
Lot zaprowadził ich do jednej z nędzniejszych dzielnic miasta. Uliczki były tu ponure i brudne, a z każdego zakamarka wyglądały nieprzyjazne gęby miejscowych. Przewodnik opróżnił po drodze większą część zdobyczy i błąkał się bez końca po zapuszczonych zaułkach, nim doprowadził ich przed oblicze jakiegoś odrapanego budynku. Kłaniając się swoim zwyczajem nisko w pas, wybełkotał pospiesznie. - To mój dom szlachetni panowie. Jeśli nie wzgardzicie skromnymi progami, zapraszam w gościnę. Jeśli jednak chcielibyście otrzymać jakąś strawę, wspomóc będziecie musieli mnie jakimś skromnym datkiem, bom ubogi, a i rodzinę mam na utrzymaniu. Kolejna porcja złota ucięła tą męcząca przemowę i otworzyła wysłannikom drzwi domostwa. W izbie przywitała ich tęgawa i nieszczególnej piękności kobieta w średnim wieku. Niezbyt urodne rysy twarzy pogarszał jeszcze