fantastyka · 12 min czytania
Cholerna robota 0
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Cymbale! Trzymaj się czegoś! Urwiesz mi ogon! - Młody Diabeł, dysząc ciężko, wspinał się na wysoki, kolczasty żywopłot. Równie nieletni Anioł rozpaczliwie przebierał w powietrzu nogami w poszukiwaniu oparcia. Kurczowo ściskał pod pachą piłkę. Machał jak szalony skrzydłami, ale te, dopiero co wypierzone, robiły tylko mnóstwo szumu. Czarny dotarł na górę. Ułożył się na płasko ściętej koronie żywopłotu. Obok zaległ spocony jak mysz Anioł. - Zrobiłbyś kiedy użytek z tych skrzydeł. Anioł wyjrzał ostrożnie w dół. - Jak będę się ciągle zrywał z zajęć z aeronautyki to sobie polatam, ale ze ścierą po niebiańskich pałacach. Za nic by się nie przyznał, że marnie mu idzie na zajęciach praktycznych i nie ma ochoty na nową porcje siniaków. - Co to za zagajnik? - zmienił temat. Przed nimi znajdował się las, albo może raczej park. Drzewa liściaste, iglaste, palmiaste i owocowe rosły bezsensownie pomieszane obok kaktusów i innych roślin wszelkiej maści. Ptaszki fruwały, zajączki kicały, rybki plumkały w strumyku. Z zarośli wyszedł lew, ziewnął, podrapał się znudzony za uchem i poszedł dalej. Jednym słowem - sielanka. Anioł nie był wcale tym widokiem zachwycony. Coś tu było za cudownie. Spojrzał na diabła. - Byłeś tu już? - Razy kilka - Czarny nie wyglądał na zaniepokojonego. - Zawsze melinuję się tu na wagarach. Na zewnątrz trzeba uważać, cheruby patrolują, ale w środku się nie pokazują. Cisza, spokój i relaks. Złazimy... Zeskoczyli w miękką trawę. Biały, z natury dosyć ostrożny, rozglądał się nieufnie. - Co to w ogóle jest? - To ty powinieneś wiedzieć, to ogródek twojego wodza. Na bramie widziałem tablicę: Teren Hodowli Eksperymentalnej "EDEN" - Biohazard. To wszystko. Czarny prowadził. Anioł ze zdumieniem zobaczył, że każda z mijanych roślin była opisana na przyczepionych fiszkach. W pewnym momencie Diabeł dał nura w kępę niepozornych roślin. Szczerze mówiąc wyglądały na chwasty. Wylazł po chwili z kieszeniami wypchanymi po brzegi naręczami zielska. Anioł spojrzał na karteczkę przyczepioną do najbliższej łodygi: Cannabis Sativa. Nic mu to nie mówiło. - Po co ci to? - Dobra rzecz. Wypróbowałem po poprzednich wizytach. Wysuszyć, skręcić, zajarać. Fajnie miesza w bańce. Anioł wzruszył ramionami. Diabeł ciągle coś palił. - Ja tu jeszcze poszperam, na pewno znajdę coś dużo lepszego... Doszli do sporej polany, ze wszystkich stron otoczonej drzewkami owocowymi, różnych gatunków. - Dobra. Tutaj jest w sam raz. Dawaj gałę. Bramka będzie miedzy jabłonką, a tamtą śliwą. - Nikt nas tu nie namierzy? Nie chcę zamiast latania uczyć się rozpalania pod kotłem. Diabeł był już gotowy do gry, truchtał w miejscu, rozebrany do spodenek. - Mówiłem cykorze, że twoi ziomale tu nie zaglądają. Rozbieraj się, zaraz ci dokopię. - Śnisz - spokojnie stwierdził Anioł układając starannie szkolny mundurek na trawie. - I żeby było jasne: ogon liczy się jako ręka i nie główkuj, bo przebijesz piłkę tymi swoimi kikutami. Zaczęli się zażarcie kiwać, jeden na jednego. Czarny był silniejszy fizycznie, ale Anioł zwinniejszy i lepszy technicznie. Wynik utrzymywał się w okolicach remisu. W końcu Diabeł położył rywala nieoczekiwanym zwodem i kopnął potężnie w kierunku bramki. Piłka poszybowała jednak zbyt wysoko i utkwiła w gałęziach jabłonki. - Ma się to kopyto, nie? - roześmiał się zadowolony z siebie Czarny, trzymając się pod boki. - Diabelskie sztuczki... - Anioł zamruczał zbierając się z ziemi. Popatrzył na piłkę. Strącone uderzeniem liście opadały jeszcze na ziemię. - Bardzo ładnie, ale to był słupek - otrzepał kolana. - Zasuwaj po gałę. Diabeł podszedł do drzewa. Szarpnął pniem. Jedynym rezultatem było opadnięcie kolejnej porcji zwiędłych liści na kędzierzawą czuprynę Czarnego. - No co jest? Właź na górę! - Anioł uśmiechnął się złośliwie. Diabeł splunął w dłonie. Złapał za najbliższy konar. Zaczął się zręcznie wspinać z wydatną pomocą chwytnego ogona. Był już na wierzchołku i przesuwał się w stronę uwięzionej piłki, gdy Anioł wyraźnie usłyszał zbliżające się kroki. - Siedź tam cicho! Ktoś idzie... - rzucił zduszonym szeptem do kumpla i zaszył się w pobliskie krzewy. Ścieżką zbliżała się jasnowłosa i blado skóra istota, w ogólnym zarysie podobna do obu młodzieńców. Na pewno nie przypominała niczego spośród pozostałej, miejscowej menażerii. Pewne specyficzne szczegóły anatomiczne wskazywały, że była samicą. Szła sobie spacerkiem, poruszając się nie bez wdzięku, zrywając z mijanych roślin owoce i kwiatki. Była zupełnie naga, tylko z ucha zwieszała się jej mała metalowa plakietka. Gdyby Anioł miał przy sobie jakiś przyrząd optyczny, mógłby odczytać umieszczony na niej napis. Eva - Femina Vulgaris. Stanęła pod jabłonią wyraźnie czymś zafascynowana. Anioł nie bardzo pojmował ten zachwyt. Jabłka wyglądały wyjątkowo marnie, były pomarszczone, parchate i robaczywe. Samica stała przez chwilę, aż w końcu się odwróciła. W tym samym momencie zdrętwiały w bezruchu Czarny poruszył się. Zbyt cienki konar zatrzeszczał alarmująco, po czym... pękł. - Sss....padam - stęknął Diabeł zduszonym głosem, lądując na brzuchu z głuchym łomotem. Nie tracąc opanowania poczołgał się sprawnie w stronę ukrytego w krzakach kolegi. Istota zatrzymała się zaskoczona nagłym rumorem, wystawiając się w ten sposób na cel jednemu ze spadających jabłek. Trafiło ją dokładnie w środek skołtunionej koafiury. Skrzywiona boleśnie masowała głowę, spoglądając na leżący u jej stóp owoc. Wyraźnie walczyła ze sobą. W końcu zdecydowała się. Podniosła jabłko... - Ostatecznie go nie zerwałam... - mruknęła do siebie. Schowani w