Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przyjazn · 17 min czytania

Chora przyjaźń

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Od autorki: niektóre fakty związane z chorobą są nieco "przerobione" na potrzeby opowiadania.

W latach 30. XX wieku żyło dwoje bardzo zżytych ze sobą przyjaciół. Ich rodzicielki dbały o rozwijającą się pomiędzy pociechami przyjaźń. Nick i Mary byli wręcz nierozłączni. Siedzieli razem w szkolnej ławie, odrabiali wspólnie prace domowe. Ich pasją była gra na skrzypcach. Rodzice nie mieli pieniędzy na prywatną szkołę muzyczną, więc uczyli się gry na własną rękę. Instrumenty były wtenczas bardzo tanie. Skrzypce mogli kupić za kilka drobnych talarów, które czasami dostawali za pomoc w domu. Swoją grę doskonalili na leśnej polanie, gdzie akompaniowały im świerszcze. Pytani o plany na przyszłość odpowiadali: idziemy na akademię muzyczną. Sami zarobimy pieniądze, byle tylko zdobyć wyższe wykształcenie. To nasze marzenie, które pragniemy zrealizować. Na progu dorosłości z Nickiem zaczęło dziać się coś niepokojącego. Gdy wstawał rano, miewał regularnie podwyższoną temperaturę, katar i męczący kaszel. Był także blady, choć zazwyczaj odznaczał się bardzo zdrowym kolorem cery. Odczuwał ciągłe znużenie. Sprawą zaniepokoiła się Mary. - Powiedz mi, co ci dolega, przyjacielu. Mizernie wyglądasz. - Czuję się, jakbym był ciągle przeziębiony. Jednak popołudniu wszystko ustępuje. - Musisz zgłosić się do dr. Waltera. Następnego dnia nakazano pastuchowi wyprowadzić bryczkę na podwórze. Nickowi towarzyszyła jego matka i Mary. Jechali lasem. Mijali tyle urokliwych zakątków, które zawsze cieszyły chłopaka. Jednak teraz wydawały mu się obojętne. Pod domem doktora stało wiele powozów. Ludzie cierpliwie czekali na swoją kolej. Liczyli, że doktor Walter zrobi wszystko, co w jego mocy, by im pomóc, a jeśli się nie uda, skieruje do szpitala. To rozwiązanie nigdy nikogo nie cieszyło. Nadeszła kolej na Nicka. Choć matka i przyjaciółka chciały mu towarzyszyć, wolał rozmawiać z doktorem w cztery oczy. Gdy tylko wszedł do gabinetu, pan Walter wbił w niego wzrok. Patrzył przez około minutę, po czym poprawił okulary i rzekł: - Proszę usiąść. Jakież to problemy dotykają takiego młodzieńca? - A gdybym ja to wiedział, panie doktorze – Nick bezradnie rozłożył ręce i zaczął wymieniać wszystkie dolegliwości, z którymi borykał się od kilku tygodni. Lekarz słuchał uważnie, co pewien czas notując coś na kartce. Gdy Nick skończył, poprawił okulary i zwrócił się do chłopca: Te objawy mogą być początkiem różnych chorób. Niestety, nie umiem zdiagnozować tego jednoznacznie, więc skieruję pana do szpitala w Wertmont. Ze skierowania, które otrzymał Nick, nie dało się nic przeczytać. Było bardzo niewyraźnie napisane. Za taki kawałek papieru i kilka słów doktora, z których nic znaczącego nie wynikło, chłopak musiał zapłacić 35$. Były to pieniądze z funduszu na akademię muzyczną. Rodzice nie mieli takiej sumy do wydania w jednej chwili. Cała trójka ruszyła z powrotem. Była to długa droga do domu. Wszyscy milczeli, choć przecież nic się nie okazało. Przez następne tygodnie dolegliwości Nicka nasilały się. Cała rodzina i oczywiście Mary coraz bardziej się martwili. Zbliżał się termin badań w szpitalu. One miały pomóc w wystawieniu diagnozy. Szpital znajdował się trzydzieści mil od Redville, wsi, w której mieszkali przyjaciele. Aby zdążyć na godzinę szesnastą, musieli wyjechać wczesnym rankiem. Konie nie były już młode, w trakcie jazdy potrafiły zrobić sobie dłuższy postój. Nawet bat nie działał. Gdy dojechali, Nick został zabrany do gabinetu lekarskiego, gdzie krzątało się kilka pielęgniarek. Lekarz wziął skierowanie od pana Waltera i ku zdziwieniu Nicka, nie miał trudności z rozszyfrowaniem, co jest tam napisane. - Według przypuszczeń dr. Waltera pańskie objawy mogą być początkiem... gruźlicy. Nick usłyszawszy słowo „gruźlica”, zrobił się blady jak ściana, lecz to nie były popołudniowe nawroty dolegliwości. Przeraził się. Wiedział, że jeżeli zapadł na tę chorobę, nie ma dla niego ratunku. Żaden lekarz mu nie pomoże. Jego babcia umarła na suchoty, choć wcześniej rodzina szukała pomocy u wszystkich możliwych lekarzy, a gdy ci nie umieli już pomóc, zwracała się do znachorów i szarlatanów. Ci polecali ziółka i różne mikstury za wielkie sumy. I to nie pomogło. Chłopak pogrążył się w czarnych myślach. Nie słyszał, co mówią do niego pielęgniarki. Dopiero gdy jedna z nich potrząsnęła jego ramieniem, ocknął się. - Proszę podwinąć rękaw koszuli. Muszę zastosować próbę tuberkulinową. Nick wykonał polecenie, a pielęgniarka nakłuła rękę. - Proszę uważnie obserwować miejsce wykonania próby. Należy zgłosić się za tydzień, wtedy powinien się ukazać ostateczny wynik – lekarz pożegnał się z pacjentem. W domu Nick żałował, że nie zapytał się, czy odczyn ma rosnąć, czy raczej ma być mały. Z jego rozważań wynikało, że nie powinien rosnąć, więc trzymał się tej (błędnej) myśli, by jakoś przetrwać ten tydzień. Nadszedł dzień ponownej wizyty w szpitalu. Wiązało się to z kolejną monotonną podróżą. Pielęgniarka rzuciła okiem na odczyn próby. Była młoda i raczej niedoświadczona, więc wolała diagnozować wynik razem z lekarzem. Gdy ten spojrzał na rękę Nicka, przybrał zaniepokojony wyraz twarzy. - Wynik nie wróży nic dobrego. Proszę się jednak nie martwić. Istnieje ryzyko, że jest on fałszywy. - Więc co teraz? Jestem chory, czy nie? Proszę powiedzieć prawdę, choć miałaby być straszna – Nick był zdesperowany. - Póki co, nie mogę jeszcze nic panu powiedzieć. Musimy pobrać plwociny. To będzie pewny sposób, dzięki któremu wystawię diagnozę. Wiązało się to z kolejną wizytą w szpitalu. - Kiedy mam ponownie się tu stawić, by odebrać wyniki i diagnozę? - Myślę, że pełną diagnostykę uzyskamy za około dwa miesiące. - Czy na ten czas nie zapisze mi doktor jakiś leków łagodzących poranne dolegliwości? Są coraz bardziej męczące. - Niestety, mogę przepisać tylko leki, które stosuje się w przeziębieniu, aczkolwiek wątpię, by złagodziły pańskie objawy, które mają inne podłoże. Nick podziękował. Nie brał recepty na coś, co i tak nie przyniosłoby mu ulgi. W trakcie tych dwóch miesięcy jego stan znacznie się pogorszył. Wyraźnie stracił na wadze, a dotychczasowe dolegliwości nie ustępowały już popołudniami. Męczyły go cały dzień. Zaniechał gry na skrzypcach. Nie miał siły utrzymać smyczka. Mary ćwiczyła, choć stan zdrowia przyjaciela nie dawał jej spokoju, i ciężko było się skupić na grze. Dwa miesiące zleciały bardzo szybko. Rodzina nie wiedziała, czy w szpitalu są już gotowe wyniki. Jednak po kilku dniach przyszedł telegram potwierdzający zakończenie diagnostyki. Nick ostatnimi czasy mało się ruszał, nie miał na to siły. Po wyniki musiała jechać jego matka i Mary. Został w domu oczekując z napięciem na powrót wysłanników. Spodziewał się, że wyniki nie będą pozytywne. Skoro tyle czasu czuł się tak źle, musiała to być gruźlica. Jako mały chłopiec był bardzo chorowity. Łapał każdą możliwą infekcję, którą przechodził razem z przyjaciółką, której Bóg także pożałował odporności. Jednak gdy stał się nastolatkiem, wzmożona chorowitość nieco ustąpiła. Gdy dorożka wjechała na teren szpitala, emocje Mary i pani Ferguson sięgały zenitu. Z drżącymi rękoma zapukały do gabinetu lekarskiego. Gdy weszły, lekarz siedział wygodnie w fotelu, do czego je również zachęcił. - Nie będę owijał w bawełnę, wiem że nikt tego nie lubi – lekarz od razu przeszedł do rzeczy. - Nick Ferguson cierpi na gruźlicę. Jest ona już dość zaawansowana. W plwocinach wykryliśmy znaczące ilości prątków Kocha. - Jak możemy go z tego wyleczyć? Niech pan powie, że on nie umrze!!! - pani Ferguson gwałtownie wstała i przestała nad sobą panować. - Nie mogę obiecać, że pani syn nie umrze. W naszym szpitalu nie mamy warunków do zwalczania rozwoju tej choroby. Specjalistyczna placówka znajduje się w Szwajcarii. Kuracja jest długotrwała i rujnująca dla organizmu. Do tego trzeba zapłacić bajońską sumę, a czasami efekty i tak nie są pożądane. - Czyli sugeruje pan, że mój syn ma teraz leżeć w domu i czekać na śmierć? W wieku dziewiętnastu lat, tak? - Choć to nieetyczne, powiem coś pani w sekrecie. Proszę zwrócić się do znachorów, wielu ludziom już pomogli. - Tak jak mojej matce! Wykończyli ją miksturami i ziołami! To powiedziawszy, pani Ferguson trzasnęła drzwiami i wyszła z gabinetu, zapominając o dobrych manierach. Mary przeprosiła lekarza i pobiegła za towarzyszką. W grobowych nastrojach pojechały do domu. W powozie zdruzgotana matka Nicka co jakiś czas wybuchała płaczem, niczym małe, rozkapryszone dziecko, niemogące dostać upragnionej zabawki. Zrodził się kolejny problem. Jak…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%