Medycyna · 9 min czytania
Choroba duszy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Wiesz co? I tak naprawdę to jesteś tłusta i nigdy mi się nie podobałaś, wstydziłem się Ciebie. Umaluj się czasem, bo ciężko się na ciebie patrzy! - Żegnam. Odłożyła słuchawkę. Nie sądziła, że będzie aż tak źle. Na wieść o rozstaniu Maciek zareagował gorzej, niż się spodziewała. I te słowa… Tylko puste wyrazy wykrzyczane w złości, jednak ostrzejsze niż sztylety rzucone w środek klatki piersiowej. Jesteś tłusta. Tłusta, gruba, brzydka, nieatrakcyjna. I nie chodzi o to, że zachowywała się teraz jak durna trzynastolatka, która potrzebuje akceptacji społeczeństwa. Ona potrzebowała czegoś poważniejszego – akceptacji samej siebie, co mimo skończonych dwudziestu lat wskazywało na jej psychiczną niedojrzałość. Już od dawna miała problemy z jedzeniem. Maciek o tym wiedział, w sumie przez niego wpadła w to bagno. Chciała tylko troszkę schudnąć, a on ją usilnie namawiał i podsuwał prochy. Ale tak, jak nigdy nie potrafiła uzależnić się od papierosów, odchudzanie pochłonęło całą jej uwagę. Cieszyła się, gdy chudła a on patrzył na nią z pożądaniem, gdy musiał powstrzymywać się, żeby jej nie dotknąć, bo bała się dotyku. Trzy lata. Ponad tysiąc straconych dni. Trzy lata udręki z człowiekiem, na widok którego robiło jej się niedobrze. W końcu zebrała w sobie siły, żeby zakończyć to żałosne przedstawienie, a on powiedział jej, że jest gruba, że się jej wstydził. Za niskie BMI, codzienne wstawanie o 6.30 rano na jogging, jedzenie głodowych porcji, po to żeby usłyszeć, że jest za gruba. Czerwone z wściekłości policzki drgały pod spazmami napiętych mięśni, pierś falowała szybko. Jak on mógł, jak mógł… Nie zależało jej na tym, by mu się podobać. Ale uświadomiła sobie jedno. Nie jest szczęśliwa. Nigdy nie będzie, bo sama nie uważa się za szczęśliwą. Nie lubi siebie. Nienawidzi siebie. Patrzy na swoje ciało i ma ochotę je zniszczyć, rozerwać, pociąć. Nie chodziło o to, co je, że w ogóle je cokolwiek. Z dnia na dzień musiało być jej mniej, by ten dzień był lepszy od poprzedniego. Wszystko, co zjadła już od dłuższego czasu lądowało w ubikacji. Nie była bulimiczką, mogła przestać w każdej chwili – nie chciała. Wieczorami zdarzały się napady. A po nich wyrzuty sumienia. Płakała wtedy kilka godzin, obijając swój żołądek zaciśniętymi pięściami, jak tylko potrafiła najmocniej. Wymiotowała krwią, rano szła biegać, czując ból we wszystkich mięśniach, doprowadzający ją do płaczu. Wracała do domu, ważyła się. Gdy wyświetliło się więcej niż wczoraj rano, ograniczała ilość kalorii w stosunku do dnia poprzedniego. Jadła. Rzygała. Biegała. Ważyła się. Jadła…
Na horyzoncie pojawił się promyk słońca. Marcin. Marcin… Marcin był cichy, brzydki, pociągający. Inny niż inni. Taki sam jak wszyscy. I tak wspaniale dziwny. Nigdy nie odzywał się pierwszy, właściwie to nie odzywał się w ogóle. Ta jego niedostępność najbardziej ją pociągała. Chciała go, chciała mu się podobać, chciała, żeby ją całował i mówił, jaka jest piękna. Nie rozmawiali o ważnych rzeczach, zawsze o błahostkach.
- Wiesz Marcin, mam ostatnio zły humor, smutno mi, często płaczę… - Marta, spójrz jak pięknie zachodzi dzisiaj słońce! - Nie chce mi się żyć, nie widzę sensu mojej egzystencji, pragnę tylko zostać tak jak teraz i trwać… - Marta, nie zimno ci? Może chcesz mój sweter? – wyciągnął kawałek puszystej wełny i zarzucił na jej ramiona. – Chcesz, to opowiem ci bajkę. - Opowiedz. Opowiadał jej historie mało ważne, pozbawione morałów, cudownie usypiające i kojące zszargane nerwy. Przy nim zapominała kim jest, kim nie jest, kim chce być i co trzyma ją przy życiu. Uśpiona jego niskim głosem pozwoliła odprowadzić się pod dom. - Dobranoc Marto. Krótki całus w policzek. Jak zawsze. Bez żadnego kontaktu fizycznego. Puste, marne, jałowe. - Dobranoc…
Dni mijały, coraz bardziej samotne i żałosne. Od dawna nie wymiotowała, myśl o Marcinie trzymała ją w moralnym pionie. Nie było to uczucie uskrzydlające, ta słaba łuna ledwo mogła powstrzymać ją chwilowo od wpadania w zaburzenia odżywiania. Wszystko legło w gruzach majowego popołudnia. Dzwonił Marcin. Pierwszy. Pierwszy raz pierwszy. - Słucham Ciebie? - Marta? Martuś, Martusia, Martuniu kochana! – był szczęśliwy. Nigdy nie słyszała w jego głosie tyle euforii. - Coś się stało? – zapytała ze śmiechem, czując w sercu ukłucie niepokojącego zimna. - Musimy się zobaczyć, jak najszybciej, masz teraz chwilkę? Za