Inne · 14 min czytania
Chorym być
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
- Jakie to smutne… Młoda dziewczyna i taka chora! Popatrzyłam beznamiętnie na moją rozmówczynię. - Nie powiem pani, ile razy w tym swoim młodym życiu słyszałam to stwierdzenie. Nie sposób to zliczyć. I z każdym kolejnym razem wydaje mi się ono coraz bardziej idiotyczne. Czemu tu się dziwić? Mam dwadzieścia sześć lat. Zachorowałam mając niespełna dwadzieścia. Tak naprawdę to żaden wiek. Niemowlaki chorują. Małe dzieci chorują. Nastolatkowie. To oni mają najgorzej, nie ja!
- Skąd to przekonanie? - Dzieci nie rozumieją istoty bólu. Nie wiedzą, co się z nimi dzieje. Czemu boli. Boją się, są zdezorientowane. Jednocześnie nie mogę stwierdzić, że ze mną nie było podobnie, zanim jeszcze postawiono diagnozę… Także się bałam. Nie wiedziałam skąd wziął się ból i dlaczego. Później poznałam przyczynę. Nie powiem, że poczułam się wtedy lepiej, ale widziałam, na czym stoję. A dziecko przecież nie rozumie pojęć takich jak białaczka czy reumatoidalne zapalenie stawów. Nie wie, z czym one się wiążą. Między innymi właśnie dlatego ma trudniej.
- Wspomniałaś o początkach choroby. Od czego się zaczęło? - Zaczęło się bardzo niewinnie. Spuchł mi palec wskazujący prawej ręki, i chyba kciuk w lewej. Pobolewał też lekko bark. Nic nie wskazywało ani na ugryzienie, ani na stłuczenie. Bardzo długo to bagatelizowałam, pewna, że samo przejdzie. Nawiasem mówiąc, teraz postępuje tak przynajmniej co druga osoba. Co za głupota… Lecz wtedy robiłam to samo. Aż w końcu mama wysłała mnie do lekarki. Poszłam dla świętego spokoju, porobiłam różne badania… I ostatecznie dostałam skierowanie do reumatologa. Po pierwszej wizycie otrzymałam jakieś leki przeciwzapalne, na kolejną miałam stawić się za trzy tygodnie. Jak można się łatwo domyślić, terminu mi się dotrzymać nie udało. Do lekarki wróciłam około półtora tygodnia później.
- Czym to było spowodowane? - Tym, że zaledwie w kilka dni po wizycie, rozpoczęło się dla mnie piekło na ziemi. Nagle zaczęło mnie wszystko boleć, puchnąć. Dłonie, nadgarstki, stopy, kolana. Czułam tak niewiarygodny ból, że nie da się go opisać. Jednego dnia byłam zwykłą dziewczyną, robiłam co chciałam, kiedy chciałam, jak chciałam… I nagle bum, koniec! Nie mogłam robić nic! Stanie, siedzenie czy nawet leżenie w bezruchu odznaczało się przeogromnym wręcz bólem! Nie byłam w stanie samodzielnie funkcjonować. To było dla mnie tym bardziej przerażające, bo nie wiedziałam, czym jest spowodowane.
Część 22 / 2
- Bałaś się? - Oczywiście, że się bałam! Nie wiedziałam, co mi jest, czy ten ból kiedykolwiek minie. Bałam się wtedy wielu rzeczy. Chociażby wieczorów i poranków.
- Dlaczego? - Strach przy zasypianiu towarzyszył mi od momentu, gdy przekonałam się, czym od tej chwili będą dla mnie poranki... Wieczorami kładłam się do łóżka, mogłam leżeć tylko na plecach. Długo szukałam odpowiedniej pozycji, takiej, aby odczuwać jak najmniejszy ból. To było trudne, bo ból odczuwałam w całym ciele, nawet gdy się nie ruszałam. W palcach u rąk, w nogach, w karku. Nie mogłam się nawet podrapać. Wyobrażasz sobie nie móc się podrapać? Wyobrażasz sobie, żeby odczuwać ból nawet przy najlżejszym poruszeniu palcem? Otóż nie! Ja też bym nie potrafiła, gdybym tego nie doświadczyła na własnej skórze. Wracając jednak do meritum, najgorsze były poranki. Budziłam się cała sztywna. Odczuwałam ból, lecz nie taki, który towarzyszy przy zakwasach lub nawet wtedy, gdy jest się nieźle poobijanym. Taki rodzaj bólu jest do wytrzymania, dla mnie to byłby pikuś, jestem tego pewna. Ten szczególny rodzaj bólu, to jakby ktoś wbijał tysiące rozżarzonych igieł w sam środek kości, wtedy jeszcze nie wiedziałam, że chodzi konkretnie o stawy. Miałam więc palce jak serdelki, opuchnięte stopy, kolana, nadgarstki, łokcie. A wszystko sztywne po całej nocy bez ruchu. Tymczasem trzeba było wstać i iść do kibla. Dla wszystkich ludzi to taka naturalna czynność, zresztą co tu mówić… Sama nigdy bym nie przypuszczała, że może się to okazać taką mordęgą!
- Zwykłe pójście do toalety? - Nie do pomyślenia, prawda? U mnie odbywało się to zawsze w kilku etapach. Najpierw musiałam usiąść na łóżku. Podnieść się, nie podpierając się przy tym rękami, które bolały przy każdym ruchu. Tak więc ręce uniesione sztywno przed siebie, po czym powoli, dramatycznie powoli, obracałam się w lewo i opuszczałam nogi na podłogę. Po czym siedziałam tak kilka minut walcząc z bólem i łzami, zbierając siły do dalszej drogi, ponieważ już samo to sprawiło mi niewiarygodne męki! Wciąż bolało, gdy zebrałam się w sobie, zacisnęłam zęby i stanęłam na nogach. Łzy popłynęły, gdy tak stałam, podpierając się niepewnie na obolałych rękach. Ledwo stałam na nogach i tak naprawdę nawet nie byłam w stanie chwycić za żaden mebel, aby sobie jakoś pomóc, z powodu popuchniętych dłoni. W głowię kołatała się jedna myśl: „dasz radę, dasz radę…”, gdy kuśtykałam na sztywnych nogach do kuchni, gdzie ból wreszcie zwyciężył, zwalił mnie z nóg i odebrał oddech. Opadłam na krzesło, skuliłam się i załkałam rozpaczliwie z bezradności. Nie mogłam ukryć twarzy w dłoniach, nie mogłam otrzeć łez, wysmarkać nosa, zacisnąć dłoni w pięści ze złości na to paskudztwo, które toczyło moje ciało. Dłonie miałam sztywne z bólu, nogi paliły żywym ogniem. Bałam się poruszyć. Dwa kroki do łazienki. Tak blisko. I tak daleko. Po paru minutach doszłam nieco do siebie i jakoś w końcu dotarłam na miejsce, bo pamiętam z jakim trudem ściągałam z siebie dół od piżamy i majtki. Nie mogłam chwycić do rąk materiału, każdemu gestowi towarzyszył ból. A gdy się już wysikałam, czy nawet wysrałam… ledwo byłam w stanie wytrzeć tyłek. I jak tu, do cholery, nie ryczeć, gdy człowiek nie jest w stanie poradzić sobie z tak podstawowymi rzeczami?
- To nie były twoje jedyne problemy. - Nie. Z takich najbardziej podstawowych rzeczy… Nie mogłam chwycić kubka, uczesać się, samodzielnie ubrać, rozebrać, umyć, ledwo dałam radę chodzić, ruszać rękami. Praktycznie utraciłam całą niezależność. I ten ciągły lęk. Co się ze mną dzieje? Dlaczego tak boli? Ciągnęło się za mną pasmo niekończącego się bólu i łez… Do cholery, nie mogłam nawet płakać, nos zasmarkany, trzymanie chusteczki, nawet lekko, powodowało ból w dłoniach. Bałam się siadać, bo wiedziałam, że ponowne wstanie będzie wiązało się z prostowaniem nóg, a co za tym idzie, ogromnym bólem, jakby ocierały się o siebie dwie gołe kości obleczone nerwami, jakby miało rozerwać mnie od środka… To było straszne. Jednakże wylądowałam wreszcie u tego mojego lekarza. Opowiedziałam o wszystkim. I tak sobie siadła ta moja lekarka, założyła nogę na nogę i tak patrzy na mnie, kiwa głową i mówi, że mam reumatoidalne zapalenie stawów. I tłumaczy mi, co to za choroba, że coraz więcej młodych osób na nią choruje, że można to leczyć, że są pewne ograniczenia i że tak naprawdę nikt nie zna przyczyny jej powstawania… Słuchałam jej piąte przez dziesiąte, bo jedyne o…