Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 19 min czytania

Chorzy na życie, część 1: Dziura.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Chorzy na życie

I. Dziura.

Nudzi mi się. Strasznie mi się nudzi. Przypuszczam jednak, że trzeba było się spodziewać, iż w izolatce nie będzie żadnych uciech dla mej marnej osoby. Jedyną rozrywką w tym małym pokoiku o rozmiarach cztery metry na dwa jest jego drugi więzień, a mianowicie mój kumpel Antonii. Antek jednak rozdrażniony całą tą sytuacją i permanentnym zamknięciem w czterech ścianach uznał, że skoro i tak nie ma co robić, to odeśpi wszystkie te godziny życia, które powinien wykorzystać na sen, a w których robił coś innego. Przykładowo imprezował. Albo uprawiał całonocny ostry seks. A więc ciągle śpi. I nie mam zielonego pojęcia jak to jest możliwe. Ale jeśli chcecie znać moje zdanie, to przypuszczam, że wykradł z dyżurki parę opakowań waleriany, którymi teraz regularnie się faszeruje, popijając je jakąś kiepską wódką. Czasami się jednak budzi, głównie na jedzenie i sikanie, ale się budzi. Podczas jednej z tych pobudek spytałam go, czy nie żal mu poświęcać, być może ostatnich dni swojego życia, na ciągłe spanie, na co on odpowiedział: - A co miałbym robić Młoda? Debatować z tobą o bezsensowności żywota? A może spisywać dzieje swej nędznej egzystencji dla potomnych? To właśnie podsunęło mi myśl, w jaki sposób zająć swój czas.

***

1. A więc było tak: Dwudziestego trzeciego stycznia roku 2008, w dniu, w którym miała miejsce wielka katastrofa lotnicza samolotu CASA w Mirosławcu, wykryto u mnie dziurę w sercu. Dziurę, którą fachowo nazywano ubytkiem przegrody międzyprzedsionkowej typu otworu wtórnego, w skrócie ASD II. Dla mnie zwykła dziura. Dziura zagrażająca mojemu zdrowiu. Wykryto ją całkiem przypadkowo, ponieważ normalnie dziura ta nie daje żadnych objawów do przynajmniej trzeciej dekady żywota. Przy moich dwudziestu krzyżykach na karku oznak posiadania przeze mnie dziury nie było żadnych. Los jednak chciał bym tego dnia dostała na środku ulicy silnego częstoskurczu, odleciała i wpadła mojemu kumplowi prosto w ramiona, który to przekonany, że właśnie dostałam zawału, zaczął mnie reanimować, a jakiemuś panu w żółtym sweterku kazał wezwać pogotowie. Do czasu przyjazdu karetki zdążyłam ocknąć się dziesięć razy, ponieważ oczywiście zawału żadnego nie miałam tylko zemdlałam, jednak Krystian do dziś po pijaku opowiada wszystkim historyjkę o tym jak to uratował mi życie. Nigdy nie wspomina nawet słowem o tym, że jak już przyjechało pogotowie to zrównało go z ziemią za „bezsensowne marnotrawienie czasu lekarzy i pojazdu.” Do dziś zastanawiam się jak można marnotrawić czas pojazdu. Postanowiono jednak łaskawie zawieść mnie do szpitala i zobaczyć, o co tak dokładnie chodzi z tym moim serduchem. Uważałam to za bezcelowe, ponieważ częstoskurcze czasem mi się zdarzały i bardzo dobrze wiedziałam, że są one oznaką tylko i wyłącznie mojej nerwicy, a nie żadnej wady serca, no ale panowie doktorzy się uparli. I tak o to wylądowałam w szpitalu, gdzie wykryto dziurę. Jednak częstoskurcze, tak jak myślałam, wcale nie były objawem dziury. Częstoskurcze to był objaw mojego ówczesnego, niestety już nie nastoletniego, rozchwiania emocjonalnego. Pani doktor, badając mnie, spytała, co tak bardzo wyprowadziło mnie z równowagi, na co niezgodnie z prawdą odpowiedziałam: - Wydawało mi się, że zaraz taką małą, rudą dziewczynkę potrąci samochód. Pani doktor pokiwała głową ze zrozumieniem. Zawsze uważałam, że przyznanie się, że na widok faceta, z którym byłam w pierwszym poważnym związku emocjonalnym, obmacującego się na środku ulicy z jakąś blondyną, zemdlałam, byłoby wielką plamą na moim honorze. Dlatego zostawiłam tą informacje dla siebie. Po przeprowadzonym badaniu, pani doktor powiedziała: - Ma pani dziurę. - Dziurę? – powtórzyłam jak echo. - Tak, dziurę. - Dziurę gdzie? - W sercu. - Dziurę w sercu? - Tak, dziurę w sercu. - Och… - stwierdziłam inteligentnie. Bo to wcale nie chodziło o taką metaforyczną dziurę. Nie było jednak tragedii. Okazało się, że dziura w moim sercu jest jak każda przypadkowa dziura na polskich jezdniach. Można z nią spokojnie żyć i nie trzeba nic robić. A przynajmniej nie w najbliższym czasie.

* Zostawiono mnie jednak na dwudniowej obserwacji. Dwudziestego czwartego stycznia, zaczęła się żałoba narodowa z powodu wspomnianej wyżej katastrofy lotniczej. Jako, że nie miałam nic lepszego do roboty, wydawałam moje ciężko zarobione pieniądze, na telewizor, który uruchamiał się na godzinę po wrzuceniu dwuzłotówki. Nie wiem ile razy słyszałam jak pan Bogdan Klich, obiecuje rodzinom ofiar, psychologów, pieniądze i inną potrzebną pomoc, ale było tego naprawdę dużo. Pamiętam, że rok później czytałam na gazeta.pl, że rodziny nie otrzymały nawet jednej dziesiątej z tych kwiatków, które MON naobiecywał. Ale przypuszczam, że nikogo nie powinno to dziwić. Wyszłam ze szpitala dwa dni później. Niestety, dziura, która w teorii nie miała sprawiać żadnych problemów, w praktyce narobiła ich bardzo dużo. Z niewyjaśnionych przyczyn zdolność do logicznego myślenia ulotniła się ze mnie wraz z sercową materią, która pozostawiła po sobie tą czeluść, ponieważ zaczęło mi nieźle odbijać. Bo skoro, mam dziurę, o której nic nie wiedziałam, mogę mieć również inne choroby, prawda? Które będą mnie drążyć, niszczyć i zabijać od środka, aż pewnego dnia umrę we śnie nie zdążywszy pożegnać się światem doczesnym. Po pół roku „miałam” już wszystkie choroby włącznie z dżumą i gruźlicą. Moment krytyczny nadszedł, kiedy zdawało mi się, że przyszedł mój czas i zadzwoniłam na pogotowie z komunikatem brzmiącym nie inaczej tylko: - Chyba umieram, proszę natychmiast przyjechać. Przyjechali, a jak. A potem wypisali mi skierowanie do I Ośrodka Walki z Hipochondrią. Sam fakt, że takie coś założyli wywołał u mnie dość duże zdziwienie, jednak, jako że był czerwiec, skończyłam na studiach licencjat (wyrodni rodzice posłali mnie do szkoły rok wcześniej), a cały ten ośrodek znajdował się nad morzem, postanowiłam pojechać. I tak o to sposobem trafiłam tutaj. Do istnego wariatkowa.

2. Moim konikiem są wszystkie choroby układu krążenia. To tutaj bardzo popularna dziedzina. Równie dużym powodzeniem cieszą się wszystkie schorzenia układu oddechowego i pokarmowego. Mamy tu specjalistów od raka a także od totalnego zaniku odporności. Naturalnie są również węższe specjalizacje np. Kornelia, moja współlokatorka specjalizuje się w permanentnie nawracającym zapaleniu ucha. Wszystkich nas jednak umieścili w jednej uroczej placówce znajdującej się w jakiejś wsi koło Międzyzdrojów. W placówce dla hipochondryków. W placówce dla tych, którzy jak mówią lekarze, boją się żyć lub jak kto woli, dla tych, którzy uważają życie za śmiertelną chorobę przenoszoną drogą płciową. Niemniej jednak żyje nam się tu całkiem dobrze. Jako, że jest lipiec ładnie świeci słoneczko a do plaży mamy tylko kilometr. Fakt, że nikt z nas nie kąpie się w morzu, które jest uważane za miejsce nabycia wielu chorób chociażby z powodu sikających do niego dzieciaków, jest mniej istotny. Poza tym żeby kąpać się w morzu trzebaby było pobyć trochę na słońcu a jest to oczywiście niemożliwe. W ostatniej dekadzie gwałtownie wzrosła liczbie zachorowań na czerniaka. Już nie wspominając o tym, że do plaży prowadzi droga przez las, a przecież nie od dziś wiadomo, że kleszcze to skoczne skurwiele i lubią na przykład spadać sobie z drzew. Prosto na włosy. Gdzie oczywiście najtrudniej je wykryć.

* Lekarze nazywają to miejsce placówką. My jednak, pomimo swojego małego upośledzenia nie czujemy się idiotami. To definitywnie jest wariatkowo. Albo jak kto woli szpital dla czubków. Dawid, specjalista od zatrucia ołowiem, uważa że mieszkamy w małym miasteczku zwanym hipochondrykowem. Dawid wydaje się być z tego faktu w pełni zadowolony. Nic dziwnego, pochodzi z górnego śląska i pewnie stąd jego specjalizacja w chorobie zatrucia ołowiem. Twierdzi, że morska bryza wpływa na jego organizm niezwykle korzystnie. Całkiem możliwe.

* Kiedy tu trafiłam tak naprawdę nie byłam hipochondrykiem. Raczej znerwicowaną wariatką, która zajmowała sobie czas poszerzając swą wiedzę w temacie chorób. Fakt trochę mi odwaliło i sporo schorzeń widziałam u siebie, ale było to spowodowane emocjonalnym rozstrojem. Przebywanie tu łączy się jednak z jeszcze większym odwałem. Tu po prostu nie da się żyć normalnie. Tu są same świry. Do których naturalnie już się zaliczam.

*

Co ciekawe nasze małe wariatkowo nie wygląda jednak stricte tak jak powinno wyglądać miejsce dla czubków. Nie mamy krat w oknach, gumowych ścian ani pozamykanych na cztery spusty drzwi. Co więcej, te drzwi są cały czas „otwarte”. Ktoś chce wyjść? Proszę bardzo. Have a nice trip. I najlepiej żeby nie wracał. Sęk w tym, że jakoś nikt nie przekracza progu drzwi wyjściowych. Poza tym nie zabierają nam rzeczy, którymi teoretycznie możemy sobie zrobić krzywdę. Noże, maszynki, lusterka i inne ostre gadżety są tu na porządku dziennym. Kwestia podcięcia sobie żył przez niektórych, co bardziej męczących kuracjuszy leży chyba tylko w sferze marzeń tutejszych lekarzy. Po prostu nie ma takiej opcji by ktoś targnął się na swoje życie, na które tak zacięcie chucha i dmucha. Jest to nasz tak zwany egzystencjalny impas. Hipochondryk boi się żyć, to prawda. Problem w tym, że jeszcze bardziej boi się umrzeć.

*

Każdy jest tu pod stałą opieką psychologa, którego rolę pełni doktor Marcin Nowak, nazywany przez większość doktor Śmierć. Naprawdę nie rozumiałam o co chodzi w tym przezwisku, w końcu to tylko zwykły psycholog, tak więc z ciekawości, tuż przed pierwszym spotkaniem z nim,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Chorzy na życie, część 1: Dziura. — czytnik · opowiadania