Inne · 7 min czytania
Chwila moment
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Prawie już wytrzeźwiał i obudził się jak zwykle w noc, która powoli dogorywała tak jak i w nim dogorywały ostatnie radosne promile, którymi ledwo co karmił swoją krew w zwyczajowym mariażu z butelką wódki. Ni to jesień, ni to wiosna, w zasadzie takie chuj wie co pośrodku zimy rozgrywało się za oknem, do którego zresztą nie miał potrzeby podchodzić. Wiedział to dobrze nawet z pozycji tego chwilowego skołowania, które towarzyszy wszystkim przebudzeniom. Tym zwykłym i tym trochę cięższym. Zwykłych nie miewał już od dawna. Pierwsze tramwaje, które były jakimś podskórnie wykreowanym kompasem pośrodku jego wszechświata, pędziły jak zawsze w rytmie miasta, jak zwykle obojętne na aktualny stan jego ducha. Były jak Polska, która trwa i sobie płynie. Czasem wkurwia, czasem koi, ale jest zawsze posągowo obojętna.
Nie miał zresztą chyba specjalnego nastroju, by zgłębiać akurat tego typu zagadnienia. W ogóle nie wiedział jeszcze czy ma jakikolwiek nastrój.
Psia pani zeskoczyła z łóżka, wyraźnie niezadowolona z jego aktywności. Aktywności tego szemranego typka, karmiciela i spacerodawcy, ale i pijaka, często przykrywającego swe zaniedbania wobec niej zupełnie niezrozumiałymi dla psiego rozumu wybuchami czułości. Spojrzał na nią z wdzięcznością. Odzyskał trochę kołdry. Kochał te smutne oczy miłością, jaką tylko alkoholowe serce potrafi. Z taką samą mocą zostawiał ją samą na długie godziny, pragnąc wynagrodzić jej wszystko w lepszych momentach. A te przychodziły nagle i niespodziewanie, dla niego samego, a co dopiero dla niej.
Nie ona jednak aktualnie przykuwała jego uwagę. Nie to, żeby nie pamiętał poprzedniego wieczoru. Pamiętał. Co prawda nie doskonale, ale na tyle dobrze, żeby nie być zdziwionym ciepłem kobiecego ciała obok, zdającego się mieć totalnie w dupie umierającą właśnie noc, psy, tramwaje, a nawet i problem głodnych dzieci pod Zamościem. Dlaczego tam? Bo pewnie i pod Zamościem głodne dzieci się znajdą. Nie ma żadnego powodu, by w to wątpić. Pogłaskał ją po tych cudnych, czarnych włosach, które podobały mu się od momentu, kiedy pierwszy raz je ujrzał. Na fotelu, w nieładzie totalnym dostrzegł porozrzucane ciuchy. Nie pierwszy to raz, ale te nie kojarzyły mu się jak inne. Nie patrzył na nie z obojętnością. Bez przesady, nie patrzył też z jakimś wyjątkowym namaszczeniem. Po prostu, nie były to ciuchy totalnie obce. Te już kiedyś widział. W ładzie, w uśmiechu właścicielki, w tych konkretnych działaniach, które wiążą nierozerwalną nicią wspomnień, wyskakujących z szuflady w najmniej spodziewanych momentach. Przytulił się do jej młodego ciała i poczuł coś na kształt spokoju. Wiedział, że chwilowego, wiedział, że dalekiego od spokoju, o którym marzył i do którego drogę poniekąd nawet kiedyś za mgłą spostrzegał. Wiedział, że ani ona łatwa, ani jemu pisana. Kręta i niemalże nierealistyczna.
- Nie martw się mną, proszę – dobrze znał tak święcące się oczy, ale te budziły w nim głęboko ukryte pokłady szczerości – nie możesz aż tak się tym przejmować. Jej głos z poprzedniego wieczora brzmiał mu w uszach przyjemnym tembrem, tym bardziej, że jego tony nie przeszkadzały mu w najmniejszym nawet wymiarze. - Nie zrobiłam niczego wbrew sobie. Zrobiłabym to i bez picia. Uwielbiam twoje…