Inne · 8 min czytania
Chyba nie lubię whisky
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Za oknem cały czas padał śnieg. Termometr pokazywał minus sześć stopni, a ja dalej zastanawiałem się co ze sobą zrobić. Pewnie zajęłoby mi to jeszcze z godzinę czy dwie, gdyby nie to, że telefon zaczął dzwonić. Zwlokłem się z łóżka i odebrałem. - Tak? - Marysia? - Nie. Po chwili usłyszałem dźwięk zakończenia rozmowy. Rozłączyła się bez słowa przeprosin, głupia suka. Chociaż z miłym z głosem. Skorzystałem z okazji, że wstałem i poszedłem do łazienki się wysikać. Usiadłem na desce i wziąłem gazetę ze skrzynki obok. Strumień moczu ustał, nim zdążyłem nawet spojrzeć na pierwszą stronę, więc zaraz odłożyłem ją z powrotem. Wstałem i wróciłem do sypialni. Tam otworzyłem szafę, wyjąłem świeżą bieliznę i moją ulubioną koszulę. Dżinsy podniosłem z podłogi. Wyglądały na czyste. Ubrałem się i podwinąłem rękawy koszuli. To samo zrobiłem z tymi od kurtki. Zawsze tak samo, nawet gdy na dworze było minus pięćset siedemdziesiąt dwa stopnie. Założyłem buty i wyszedłem z mieszkania. Nie miałem kluczy, więc zostawiłem drzwi otwarte. Zbiegłem po schodach prosto na mróz. W okolicy było kilka sklepów monopolowych, ale nigdy nie chodziłem do tego najbliższej. Wolałem nadłożyć te kilkaset metrów z niezrozumiałych powodów. Nawet taniej nie było, ale i tak tam chodziłem. Wszedłem do środka, przywitałem się i poprosiłem o butelkę czerwonego wina. Flumen Dorium może być. Podziękowałem i wróciłem do siebie. W kuchni znalazłem korkociąg. Po chwili byłem już trochę wstawiony i zacząłem żałować, że nie wziąłem dwóch i nagle dostałem olśnienia. Postanowiłem, że pojadę nad morze. Nigdy nie kąpałem się w morzu zimą. Zacząłem szukać kluczyków do samochodu. Leżały na parapecie w kuchni, zabrałem je i znowu wyszedłem z domu. Przypomniałem sobie, że zostało trochę wina, więc zaraz wróciłem je dopić. Moja stara Corolla była cała przykryta śniegiem, ale nie bardzo mi to przeszkadzało. Wsiadłem do środka i odpaliłem silnik. Od razu usłyszałem pierwsze dźwięki Disorder. Uśmiechnąłem się do siebie i ruszyłem w stronę Gdańska.
Gdzieś tak w połowie drogi uzmysłowiłem sobie, że zostawiłem otwarte drzwi. Chyba nic się nie stanie. Zdążę wrócić, nim wyniosą mi telewizor i komputer. Na pewno. Starałem się myśleć o czymś przyjemniejszym, ale nie mogłem skupić się na niczym innym. Szkoda, że alkohol przestał działać. Do samochodu raczej nic bym sobie nie kupił. Napiję się, słuchając szumu fal, leżąc na śniegu i śpiewając. Podróż na szczęścia mijała bez niepotrzebnych komplikacji. Mało ludzi na drodze, żadnej policji i warunki pogodowe całkiem znośne. No i niby miałem towarzystwo. G. Zabrałem ją w Zakroczymiu. Spytałem dokąd chce jechać. Pruszcz Gdański. To pojechała ze mną. Od tego momentu nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa. Kiepsko odnajdowałem się w nawiązywaniu nowych znajomości. A i ona chyba nie była zbyt chętna do tego. Od razu przełączyłem odtwarzacz na radio. A nuż moja muzyka by jej się nie spodobała. Zacząłem żałować, że się nie ogoliłem. Miałem niewielki zarost i kiepsko wyglądałem po kilku dniach bez maszynki.
G. odezwała się pierwsza. Dzięki Bogu, już zdążyłem wymyślić ze trzy scenariusze potencjalnej rozmowy. Żaden nie wydawał się odpowiedni. - Po co jedziesz do Gdańska – spytała. Jej głos był trochę skrzekliwy i niski. Pasował do niej. Nie była zbyt ładna. Trochę za duży nos i to pierwsze na co zwróciłem uwagę. Włosy miała koloru czekolady. Krótkie. Biust spory. Raczej szczupła. Poza tym była strasznie blada. - Yyy, nie wiem. - Aha. Chryste Panie, jak ja nienawidzę O. Spierdoliła mi wszystko. Nie miało to żadnego związku z tą rozmową. Chyba. I tak już się skończyła. Nic nie powiem do końca trasy. I tak bym się wygłupił. Jak zawsze. W radiu leciała jakaś straszna piosenka. Coś o miłości. Okropny syf, ale mojej towarzyszce to nie przeszkadzało. Zaczęła nucić. - Lubisz to – spytałem. - Nie. - Aha. Znowu cisza. Widocznie nie chciała ze mną…