Akcja · 13 min czytania
"Ci bandyci stawiali zbrojny opór"*
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
"Powstanie w getcie warszawskim – zbrojne wystąpienie żydowskich podziemnych formacji zbrojnych, które miało miejsce na terenie warszawskiego getta pod koniec jego likwidacji przez Niemców w trakcie Operacji Reinhard (akcja zagłady Żydów polskich w ramach "ostatecznego rozwiązania"). Wybuchło w wigilię żydowskiego święta Paschy, 19 kwietnia, 1943. Powstanie nie miało celów militarnych: biorąc pod uwagę brak jakichkolwiek szans na powodzenie, było desperackim aktem wyboru godnej śmierci z bronią w ręku, jak i odwetu na prześladowcach przez garstkę kilkuset bojowników."
Zimno. W getcie zawsze było zimno. W getcie nigdy nie świeciło słońce. Tylko czasami padał deszcz. Najczęściej jednak było szaro. Szaro i zimno. Szarość jest lepka, oślizgła i nieprzyjemna, zimno kłuje, a nozdrza ciągle wypełnione są odorem fekaliów z nie opróżnianej od dawien dawna toalety. 19 kwietnia 1943r. był jednak dniem, w którym coś się zmieniło. Szarość pokryła się czerwienią. Smród fekaliów i rozkładu zapachem świeżej krwi.
Miałam osiem lat. Nie mogłam wiedzieć co znaczy słowo ‘powstanie’. Nie miałam pojęcia co kryje się pod zwrotem ‘ostateczne rozwiązanie’, nie rozumiałam dlaczego Sebastian pluł po wyrzuceniu z siebie czterech słów w języku, którego tak bardzo nienawidziłam – ‘die Endlösung der Judenfrage!’. Ale za każdym razem, kiedy tuliłam głowę do jego piersi udając, że śpię i słysząc wokół siebie szepty wypowiadające te niezrozumiałe słowa, zaciskałam mocno powieki nie chcąc słyszeć, czuć i widzieć bo sprawiały, że mój niepokój urastał do rozmiarów góry lodowej. A niepokój nie opuszczał mnie nigdy. Czasami słabł, kiedy Sebastian trzymał mnie w ramionach, kiedy mogłam wpleść swoje małe dłonie w jego czarne jak heban włosy i spojrzeć swoimi ciemnymi oczami w jego psotne ciemne oczy i czuć jego zapach tuż obok. Czasami nabierał na sile kiedy Sebastian znikał. A znikał często. Wtedy zostawałam pod opieką pani Róży. Pani Róża miała siwe włosy, wielki nos i pomarszczone dłonie. Pani Róża pachniała czymś dziwnym, ostrym. Zapytałam kiedyś co to. Odparła, że to środek odkażający. Pani Róża była tylko jedną z wielu osób przebywających w przydzielonym nam mieszkaniu. Roiło się tu od obcych. I każdej nocy przybywali nowi, coraz więcej. Rozpychali się, cisnęli, dotykali mnie, krzyczeli, brudzili, robili pod siebie, kłócili się o miejsce przy piecu a na moim łóżku spały obce, chude dzieci. Sebastian zabraniał mi spać obok nich. Mówił, że te dzieci mają we włosach robaczki. Jeśli robaczki wskoczą na mnie, będę musiała być łysa. Nie chciałam być łysa. Lubiłam swoje włosy. Lubiłam w sobie wszystko co było podobne do Sebastiana. A moje włosy były równie czarne jak jego. Czasami jednak niepokój zamieniał się w paraliżujący, chwytający wnętrzności w żelazną obręcz, zabierający oddech strach. Kiedy we wszystkie otaczające dźwięki wdzierało się nagle ochrypłe szczekanie psów. Kiedy słychać było stukające o bruk oficerki. Kiedy uszy wypełniały przerażające wyrazy: HALT! LOS! SCHNELL! KOMM MAL HER! AUFMACHEN! Albo kiedy znienacka wyrywają cię z rąk mamusi, rzucają na ziemie i słyszysz jak pęka ci kość przedramienia. I kiedy słyszysz krzyk. Rozdzierający, przewiercający na wylot mózg krzyk. A potem orientujesz się że to twój własny krzyk. Bo twarz mamusi jest teraz tuż przy twojej twarzy. Oczy mamusi są otwarte a spomiędzy nich wypływa wartki strumyczek krwi. Spływa po nosie, zakręca, ścieka po policzku…kap, kap, kap…czerwona kałuża tworzy się na brudnej ziemi. A ty ciągle krzyczysz. Aż nadchodzi pan w oficerkach i dostajesz karabinem w głowę. Pamiętam, że wtedy pierwszy raz widziałam łzy Sebastiana. Zaraz kiedy się obudziłam. Wył jak skopany pies i ja też zaczęłam wyć ześlizgując się ze swojego łóżka, na którym nie spały jeszcze wtedy obce, chude dzieci. Podpełzłam do niego, a on przycisnął mnie do siebie, wtulał twarz w moje włosy i kiwał się wprzód i w tył cały czas wyjąc. - Mamusiu…co oni ci zrobili…mamusiu...- charczałam wbijając mu paznokcie w pierś. A mój ośmioletni umysł zarejestrował bardzo ważny fakt – od teraz miałam już tylko starszego brata.
Jak już mówiłam, Sebastian znikał często. Czasami twierdził, że idzie do pracy, czasami nie mówił nic. Tamtego dnia wszyscy – my i ci obcy, którzy mieszkali z nami wynieśliśmy się do piwnicy innego domu, gdzieś w głębi getta. Po drodze, przechodząc przez Plac Muranowski, zobaczyłam flagi. Jedna była żydowska, druga biało-czerwona. Kobiety idące obok mnie odwracały od nich wzrok. Na twarzach miały wypisany bezradny smutek. Nie wiedziałam co to wszystko oznacza, nie wiedziałam co się dzieje i strasznie denerwowało mnie, że wiedzą wszyscy oprócz mnie. Czułam napięcie, niepokój i strach emanujące od wszystkich wokół. Było wilgotno, zimno, ciasno i ciemno. I wszyscy musieli być cicho. Dla mnie to nie był problem. Praktycznie zawsze milczałam. Jedyne co mi się tam podobało, to stara, rzeźbiona szafa stojąca w rogu piwnicy. Tymczasem Sebastian znowu chciał zniknąć. Jednak zanim wyszedł wziął mnie na kolana i wcisnął mi do ręki coś ciepłego i lepkiego. Spojrzałam na to niepewnie. - To czekolada. – wyjaśnił uśmiechając się. Uśmiechał się bardzo specyficznie. Tylko jednym kącikiem ust. Ja uśmiechałam się tak samo. Tyle, że wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam. - Czekolada? – powtórzyłam wąchając podejrzany podarunek. Pachniało…słodko. - To się je głuptasie. – roześmiał się chłopak i wepchnął mi brązową maź do buzi. Pisnęłam, ale po chwili całkowicie zamilkłam. Czekolada była najwspanialszą rzeczą jaką kiedykolwiek miałam w ustach. - Skąd to masz? – wybełkotałam. - Od Idy. Czekałam cierpliwie aż wyjaśni mi kim jest Ida. - Laleczko…zauważyłaś, że od pewnego czasu przychodzą częściej i zabierają dużo ludzi? Pokiwałam w milczeniu głową przypominając sobie każdą chwilę kiedy wszyscy wstrzymywali oddech słysząc zbliżające się SS. Pamiętałam każdy krzyk, kobiety wywlekane za włosy, kopanych mężczyzn, płacz dzieci. Świadomość, że tym razem to mogę być ja. Miałam jednak szczęście. Jak na razie. - Widzisz….niedługo będą chcieli nam zrobić coś bardzo, bardzo złego.