Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 1 godz. 36 min czytania

Cicha inwazja

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i}Ziemia pod moimi stopami zaczyna drżeć, najpierw łagodnie, potem mocniej. Purpurowa świetlista wstęga tnie bezlitośnie idealną czerń nieba. Krzyk rozpaczy wyrywa się z gardła. Osuwam się na kolana. Błyskawice jedna po drugiej wykwitają niczym krwawe róże w mrokach nocy, tej strasznej nocy zagłady. Ziemia pęka, potworne usta otwierają się tuż obok moich kolan. Przetaczam się dalej. Nie ma ucieczki od męki świata, od tej niepojętej agonii. Wstrząsy nie ustają. Nie widzę innych ludzi, niczego już nie widzę. Świszczą złowrogo kolejne pociski, napierają na Barierę. W ogłuszającym jazgocie wściekłej kanonady, pośród jęków kruszonych skał, mój krzyk staje się coraz cieńszy. A potem nie ma już mojego krzyku, nie ma mnie. Dziś nasi wrogowie zwyciężą. Tarcza już nas nie chroni. Rysa, z początku niewielka, rozrasta się prędko. Pancerz naszego świata ugina się pod gradem bomb, którymi tamci zasypują nas od dziesięcioleci. Gdzieś w górze rozlega się potężniejsze od innych trzeszczenie. Śmiercionośne odłamki tną skały jak masło. To już koniec. Oni się przedarli. Po tylu bezowocnych próbach wreszcie im się to udało. I wreszcie Bariera rozpryskuje się nad moją głową niczym szklany sufit...{/i}

- Nieeee!!!! Bezksiężycowa noc przytłaczała swym aksamitnym ciężarem, senny koszmar ściskał serce obręczą strachu. Arina siadła na łóżku, drżąc cała jak osika. Kolana podciągnęła pod brodę, ciasno oplotła ramionami chude łydki. Wierzchem dłoni otarła z policzków łzy bezsilności. Znów ten sen, zawsze taki sam, zawsze tak samo przerażający. Raz po raz śniła zagładę i budziła się z krzykiem, żywiąc nieśmiałą nadzieję, że śpiący na dole rodzice nie słyszą jej wrzasków. Postanowiła, że tej nocy już nie zaśnie. Koszmar wróciłby na pewno, nie miała co do tego wątpliwości. Otuliła się kołdrą dla ciepła, przywarowała w nieprzyjaznej ciemności, czujna jak pies. Czerwcowe noce są krótkie, nawet w Polsce. Dobry świt przepędził demona lęku, brylantowe promienie słońca osuszyły łzy. Arina ubierała się powoli, delektując się świeżością porannych godzin. Sprawdziła pocztę. Tym razem pomiędzy stertą spamu znalazła jedną ważną wiadomość, mianowicie z Instytutu. Sekretariat donosił, że wizyta dostojnego gościa planowana jest dopiero na piątek. Nie było więc konieczności, by zjawiała się w pracy wcześniej niż w czwartek, gdy przygotowania do uroczystości ruszą pełną parą. No, chyba że bardzo chce przyjść wcześniej. Na pewno znajdzie się dla niej jakieś zajęcie, a jeśli nie, może zająć się starodrukami. Ich odcyfrowywanie sprawia jej przecież tyle radości. Westchnęła. Zawsze to samo. Jej praca nie była z gatunku tych, które określa się mianem „dobra”. Nie miała wielu obowiązków. W Instytucie traktowano ją nadal jak studentkę, a jej zatrudnienie jak coś tymczasowego, okazję do nauki i rozwoju zainteresowań. Zdaniem niektórych, wykluczało to poważną pracę, ukierunkowaną na osiągnięcie przyzwoitego dochodu. Włączyła wideofon. Nie było żadnej wiadomości. Także Olaf nie próbował się z nią od wczoraj skontaktować. Trochę ją to zmartwiło, ale w ciągu tych wszystkich lat nauczyła się ufać Olafowi i przestała zadręczać go swoimi obawami i podejrzeniami. Zrezygnowała z zamiaru pozostawienia mu wiadomości. Na pewno jeszcze spał lub ślęczał przy komputerze, rozpracowując ten program graficzny, którym tak bardzo ekscytował się podczas ostatnich odwiedzin u niej. Albo, korzystając z uroku dnia polarnego, kopał z kumplami piłkę na miejscowym boisku. Miała więc dla siebie całe pięć dni. Zdarzało się to, odkąd skończyła studia, wcale nierzadko. Miała też mnóstwo pomysłów na wykorzystanie tego czasu. A może poszuka sobie jeszcze jednej dorywczej pracy? Na razie jednak zagłębiła się w lekturze grubego zbioru nordyckich baśni i legend z okresu średniowiecza. Nie musiała korzystać z przekładów. Kochała czytać je tak, jak robiła to w tej chwili. Po norwesku.

* * *

Kuchnia była duża i przestronna. Służyła jednocześnie jako jadalnia, jedynie od wielkiego święta nakrywano w stołowym. Arina lubiła w niej przebywać, chociaż gotowała niewiele. Tutaj królowała niepodzielnie matka. - Dzień dobry, mamo, dzień dobry, tato! – zawołała schodząc po schodach. - Dzień dobry, kochanie! – odkrzyknęła matka, chwytając trzonek wielkiej patelni uzbrojoną w grubą rękawicę ręką. Na patelni dymiła smakowicie jajecznica na boczku. Ojciec tylko coś mruknął, zajęty jak zwykle przeglądaniem stron internetowych na ekranie swojego laptopa. Arina dosiadła się do stołu, zerknęła w okno, obrzuciła spojrzeniem drewniany parkan wokół domu i fragment ich spokojnej uliczki. Roznosiciel gazet już pracował. Każda rodzina, o ile tylko opłaciła prenumeratę, znajdowała w swojej skrzynce pocztowej świeżutkie jak ciepłe bułeczki wiadomości. Na pytanie ojca, czemu wstała tak wcześnie, odparła, że już się wyspała. Mogłaby jeszcze pospać lub przynajmniej powylegiwać się w łóżku. Przecież nie spieszyła się do pracy. Tyle że w czerwcu Arina nigdy nie sypiała długo. Wczesnym rankiem tęsknota stawała się jeszcze silniejsza, niemal nie do wytrzymania. Na szczęście słabła zimą. Matka podała jajecznicę, pokroiła chleb. Wszyscy troje zabrali się do jedzenia. Po skończonym posiłku ojciec otarł usta serwetką i wychylił duszkiem zimną kawę. Wreszcie odezwał się niespodziewanie: - A może powinnaś, Arino, poszukać wreszcie porządnej pracy? Na przykład w banku. Tak, chciałbym, żebyś znalazła sobie posadę w banku. Są z tego prawdziwe pieniądze. - Tato, przecież mam pracę. - Ty masz pracę? Więcej siedzisz w domu niż pracujesz, a kiedy przychodzi do wypłaty, przynosisz jakieś śmieszne grosze. Skończyłaś dobre studia, córko. Nie marnuj swojej życiowej szansy. - Tato, wiem – westchnęła, odstawiając talerz. – Obiecuję ci, że wkrótce, już niedługo, postaram się o dobrą pracę. Ale jeszcze nie teraz. Daj mi jeszcze trochę czasu. - Jak dużo czasu jeszcze potrzebujesz? – zakrzyknął ojciec. – Od roku nie studiujesz i nie pracujesz! Nie może dłużej tak być, Arino. - Czas, byś zaczęła układać sobie życie – dodała matka. – Byłabym bardzo szczęśliwa, gdybyś poznała jakiegoś porządnego chłopca i zaczęła planować sobie z nim przyszłość. - Mamo, a co z Olafem? - To Norweg! – wtrącił znów ojciec. – Polskie dziewczęta powinny wychodzić za polskich chłopców, gdyż w przeciwnym razie polski naród wyginie. Poza tym ten Norweg i tak nigdy nie poprosi cię o rękę. - Popatrz na Martę – dodała matka. – Skończyła studia, wyszła dobrze za mąż, ma świetną pracę, kupili dom i wychowują dwoje prześlicznych dzieci. Dlaczego nie możesz być taka jak ona? Marta. Wieczne strapienie Ariny. Jej starsza siostra, będąca wcieloną doskonałością. Jakże blado wypadała na jej tle Arina ze swoją niechęcią do stabilizacji i nietypowymi potrzebami. W tej kuchni, przy tym stole porównywano ją do Marty tak często i na tak dużą dla niej niekorzyść, że porównania te zaczęły bardziej bawić Arinę niż gniewać. A jednak nie potrafiła pozbyć się z serca dokuczliwej drzazgi kompleksu niższości. - Mamo, jeszcze będziesz ze mnie zadowolona, obiecuję. Znajdę dobrą pracę, poznam odpowiedniego mężczyznę, wyjdę za mąż. Przecież wiecie, że jestem patriotką. Wiem, jak powinna postępować Polka. Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie dziś. - A co z Olafem? – spytała jak echo matka. – Będziesz musiała z nim zerwać. - Zerwę z nim, obiecuję. - Ty się ciągle włóczysz po Europie – zdenerwował się, nie wiedzieć czemu, ojciec. – Wydajesz na to wszystkie swoje nędzne pieniądze. Jak nie Norwegia, to Szwecja. Jak nie Szwecja, to Estonia. Jak nie Estonia, to coś jeszcze. Zamiast poważnie myśleć o życiu, ciągle włóczysz się po Europie z tym swoim niewydarzonym kochankiem. - Bo tak musi być – mruknęła Arina, wstając gwałtownie od stołu. Pobiegła na górę. Pod powiekami czuła palące łzy. Może i chciałaby uniezależnić się finansowo od rodziców, ale wówczas musiałaby zrezygnować z Olafa i z wycieczek. To było takie niesprawiedliwe. Zadźwięczał przenikliwie dzwonek wideofonu. Odebrała natychmiast. To był Olaf. Jak dobrze było widzieć jego kochaną, jasną twarz. - Cześć, ptaszyno – odezwał się chłopak. – Dobrze spałaś? Zawahała się chwilę z odpowiedzią. Mogłaby skłamać. Mogłaby powiedzieć, że spało jej się świetnie, nie nękały jej senne koszmary, a jej rodzice są najlepszymi ludźmi na świecie. Ale przecież nigdy nie kłamała Olafowi. - No, co jest, malutka? – nie dał jej dojść do słowa. – Przecież widzę, że wyglądasz niewyraźnie. Oczy masz podkrążone aż po podbródek. Znowu złe sny, co? Pokiwała smętnie głową. - Wróciły. - Tak same z siebie wróciły? A może znowu oglądałaś przez zaśnięciem ten durny amerykański film? - No... tak. Obejrzałam. Jest w nim coś takiego, że... Nie mogę przestać o tym myśleć, Olafie. To silniejsze ode mnie. To preludium... - Nieprawda – przerwał jej surowo, ściągając kształtne brwi. – Zadręczasz się tym szmelcem. Skończ z tym, Arino. - Niczego nie rozumiesz. „Cicha inwazja” nie jest takim sobie zwyczajnym amerykańskim szmelcem. Wiedziałbyś, o czym mówię, gdybyś chociaż raz obejrzał ten film. - Nie chcę go oglądać – wokół ust Norwega wykwitł grymas obrzydzenia. – Nie chcę, żebyś ty go oglądała. Nie chcę, żeby to „genialne” preludium doprowadzało cię na skraj szaleństwa. - Czego się boisz? – krzyknęła rozpaczliwie. – Że oni mogą mieć rację? - Arino, nie wiem, o czym mówisz – odparł chłodno. - Olafie, ja muszę się chociaż na chwilę oderwać od tego wszystkiego – jęknęła. – Czuję się tak, jakby świat się rozpadał. Mam pięć dni wolnego, przyjadę do ciebie, dobrze? Mogę przyjechać? - Oczywiście – odparł nieco zaskoczony. – Przecież wiesz, że zawsze jesteś w moim domu mile widzianym gościem. Kocham cię, Arino. Nigdy o tym nie zapominaj. - Ja też cię kocham. Ale wszystko się zmienia. Nie możemy tak po prostu zamknąć oczu, zasłonić uszu. Nie możemy udawać, że tego nie ma, że nigdy nie było. Nie chcę dłużej żyć iluzją, Olafie.

* * *

Poczuć znów, że żyje. Pojechać jeszcze raz Drogą Trollów, przeżyć jakże miły zawrót głowy, gdy spogląda się w dolinę. Wspiąć się na jeden z ponurych skalistych płaskowyżów – fieldów – być jak orzeł na szczycie świata. Jeszcze raz rozkoszować się majestatyczną pieśnią Wodospadu Siedmiu Sióstr, zachwycić się potęgą żywiołu, opadającego ze stromego urwiska z niepohamowaną siłą w dół, ku błękitnawej spokojnej tafli fiordu. Przekroczyć po raz kolejny krąg polarny, dla niej będący kręgiem zaklętym. Popłynąć na Lofoty, schylić głowę z szacunkiem dla trudu rybaków, gospodarujących na tych niegościnnych zimnych terenach. Pójść na targ rybny w Bergen. Poczuć wreszcie jeszcze raz moc ramion Olafa, oplatających jej kibić, jego gorący oddech na szyi, usłyszeć słowa miłości wyszeptane w słodkiej mowie Północy. Te wszystkie rzeczy są jej niezbędne do życia. Tak samo, jak niezbędne są muzea pełne skarbów minionych wieków, drewniane kościoły, których zachowało się w Skandynawii więcej niż w całej pozostałej Europie, średniowieczne księgi przepisywane przez pobożnych mnichów, ozdobione wyblakłymi rycinami, do których uzyskiwała czasem dostęp za pośrednictwem przyjaciół z Instytutu, tętniące życiem miasta portowe, nieprzyjazny i zimny Nordkapp, który zdążyła odwiedzić w towarzystwie Olafa trzykrotnie. Przede wszystkim niezbędne jej było zapierające dech w piersiach piękno ognistej zorzy polarnej, wykwitającej wszystkimi barwami tęczy na niebie tych odległych krańców znanego jej świata. Skończyła studia ekonomiczne, bo taką właśnie przyszłość wybrali dla niej rodzice. Na sam dźwięk słowa „skandynawistyka” wybuchały w domu dzikie awantury, w których prym wodził ojciec. Dowodził, że inwestowanie czasu i pieniędzy w tego rodzaju fanaberie jest szczytem głupoty. - Musisz zdobyć zawód z przyszłością, Arino! – grzmiał. – Nie pozwolę, byś zmarnowała sobie życie, angażując się w tę bzdurę! - Posłuchaj ojca, córko – wtórowała mu matka. – Wiesz, że oboje bardzo cię kochamy i pragniemy dla ciebie szczęścia. Na ekonomistów jest i zawsze będzie zapotrzebowanie. Zresztą, spójrz na Martę... I tak w kółko wciąż ta sama śpiewka, póki nie ustąpiła. Ale tak naprawdę nigdy się nie poddała. W czasie wolnym od nauki rozwijała swoje zainteresowania na wszelkie możliwe sposoby. Samodzielnie wyuczyła się podstaw języka norweskiego. Już jako osiemnastolatka, czyli na pierwszym roku studiów, znalazła dorywczą pracę w Instytucie Przyjaźni Polsko-Norweskiej. Zarobione pieniądze inwestowała głównie w kurs językowy i wkrótce mogła swobodnie rozmawiać z norweskimi gośćmi w ich ojczystym języku. Instytut organizował wystawy sztuki zarówno uznanych norweskich mistrzów, jak i współczesnych artystów, wystawy fotografii poświęconej pięknu skandynawskiej przyrody i życiu tamtejszych ludzi, a także spotkania z wybitnymi osobistościami z Polski i Norwegii, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do zacieśnienia więzów pomiędzy oboma krajami. Odbywały się tam, we własnym gronie lub otwarte dla publiczności, spotkania integracyjne i wszelkiego typu imprezy, mające na celu przybliżenie Polakom bogactwa kultury nordyckiej oraz możliwie szerokie popularyzowanie tej kultury. Realizował także program wymiany międzynarodowej dla dzieci i młodzieży. Do obowiązków Ariny należało opiekowanie się norweskimi dzieciakami i pokazywanie im walorów Polski. Oddelegowano ją do tego zadania tym chętniej, że nieźle znała język i pogłębiała tę znajomość w oszałamiającym tempie. Oprócz wiedzy o Skandynawii musiała posiadać także dobre rozeznanie w atrakcjach turystycznych swojej ojczyzny. Z drugiej strony, ona sama uczestniczyła w wielu wycieczkach i obozach, organizowanych dla polskiej młodzieży w Norwegii, a ponieważ była pracownikiem Instytutu, atrakcje te nic ją nie kosztowały. Awansowała szybko, zaledwie po trzech latach brała udział w obozach jako opiekunka i przewodniczka. „Jej” Instytut współpracował ściśle z odpowiadającą mu jednostką z Trondheim. Stali i sezonowi pracownicy obu Instytutów stanowili jakby wielką rodzinę, która to „rodzina” spotykała się kilka razy w roku na uroczystych kolacjach, przeciągających się zwykle do późnej nocy. Bawiono się, tańczono, śpiewano, dyskutowano na wszelkie możliwe tematy po polsku, po norwesku i we wszystkich innych możliwych językach. Właśnie na jednym z takich balów Arina poznała Olafa Sorensena. Była to jedna z tych miłości, które zwie się miłością od pierwszego wejrzenia, przynajmniej z jej strony. Zaledwie osiemnastoletni Olaf wydał jej się najpiękniejszym ze wszystkich chłopców, których zdążyła ujrzeć w swoim krótkim życiu. Wysoki blondyn o jasnej cerze, szarych oczach i smukłej sylwetce podbił jej serce jakimś oddaleniem od spraw powszednich, wewnętrznym spokojem, sprawiającym, że Olaf nie angażował się przesadnie w wir towarzyskiego życia. Stał przy oknie z założonymi na piersiach rękoma, a jego wzrok błądził leniwie po podochoconych alkoholem ludziach i całej przystrojonej jak na wesele sali. Arina długo wahała się, czy powinna do niego podejść i zainicjować znajomość. A jeżeli tak, to jakimi słowami zacząć rozmowę. W końcu zrobiła to, zdobyła serce i ciało Norwega. Długo nie mogła sobie przypomnieć, jak brzmiały pierwsze słowa, które padły z jej ust. Zirytowana tym faktem, spytała o nie Olafa i długo śmiali się oboje z jej początkowego zmieszania. Otóż powiedziała wtedy: „Czy mógłbyś podać mi musztardę?” Spędzili resztę wieczoru razem, zaś na pożegnanie wymienili się numerami wideofonów. Zaczęli dzwonić do siebie regularnie i spotykać się przy każdej nadarzającej się okazji, a wkrótce także bez okazji. Olaf uczył się polskiego, służyli więc sobie wzajemnie pomocą w nauce. Rozmawiali ze sobą w obu językach, przeskakiwali z jednego na drugi tak zgrabnie, że wkrótce przestali to zauważać. Oboje władali płynnie angielskim, chłopak znał też szwedzki i duński. Arina z radością poznawała podstawy kolejnych skandynawskich języków, a biorąc pod uwagę fakt, że wszystkie one należały do jednej rodziny, nie sprawiało jej to dużego kłopotu. Ze szkoły znała niemiecki i w ograniczonym stopniu francuski, i nie zaniedbywała żadnej okazji, by szlifować te języki.

* * *

Tak szeroka znajomość języków nie była niczym wyjątkowym w Zjednoczonej Europie początku XXIII-go wieku. Po długim okresie zafascynowania techniką i naukami przyrodniczymi, Europa znużyła się nowoczesną nauką, pozwalającą wprawdzie podbijać świat, lecz nie wznoszącą człowieka ani o krok wyżej w rozwoju duchowym. Kontynent powrócił do dawnego humanizmu, a języki znów stały się bardzo modne, szczególnie dla tych, którym nie wystarczały granice ich ojczyzn. Zmiana ta zaczęła się gdzieś w połowie XXI-go stulecia. Zapanowało wtedy, nie wiedzieć skąd, powszechne przekonanie, że „już dość”, „już wystarczy”. Wystarczy nowych cudów techniki, wystarczy agresywnego rozwoju systemów informatycznych, wystarczy podróży kosmicznych, wystarczy kolejnych szokujących odkryć i wynalazków w dziedzinie inżynierii genetycznej, biotechnologii, transplantologii i wielu innych. Wystarczy badań nad nowymi zastosowaniami energii atomowej i nad nowymi rodzajami broni masowego rażenia. Wystarczy nowych zawiłych teorii matematycznych, zrozumiałych jedynie dla garstki specjalistów. Czas zająć się sobą. Nie oznaczało to bynajmniej powrotu do średniowiecza. Nie zrezygnowano z tych sposobów ułatwiania i uprzyjemniania sobie życia, które już istniały, zaprzestano jedynie poszukiwania nowych. Wydana w roku 2055 dyrektywa Komisji Europejskiej położyła kres agresywnemu rozwojowi nauk technicznych. Większość Europejczyków wcale z tego powodu nie bolała.

* * *

Poczuć znów, że żyje. Posmakować upajającej prędkości, zasnąć przy wtórze pieśni kół, toczących się niezmordowanie po szynach. Na przełomie XXI-go i XXII-go wieku kolej żelazna powróciła do łask i stała się dla tysięcy, a może nawet milionów podróżnych, podstawowym środkiem transportu. Drastycznie ograniczono liczbę prywatnych samochodów. Powodem takiego stanu rzeczy była zarówno troska o środowisko naturalne, jak i potrzeba uniezależnienia się od dostaw ropy naftowej z Bliskiego Wschodu. Na znaczeniu stracił także transport lotniczy. Zwolnienie tempa życia spowodowało, że potrzeba błyskawicznego przemieszczenia się z jednego krańca lądu na drugi praktycznie przestała istnieć. Ludzie nauczyli się rozkoszować czasem przesypującym się leniwie i dostojnie niczym ziarenka piasku w klepsydrze, przelewającym się jak krople wody spomiędzy palców. Nie tracono więcej sił na gorączkowy wyścig z innymi ludźmi i samym czasem, tytanem bezlitosnym i całkowicie obojętnym na ludzki los. Arina zostawiła rodzicom krótką notatkę. „Mamo, tato. Jadę do Olafa. Wrócę w środę wieczorem. Nie martwcie się o mnie. Całuję. Arina”. Przypięła kartkę do drzwi lodówki w widocznym miejscu. Zamierzała pojechać nocnym pociągiem, w ten sposób na rano będzie już w Trondheim. Przed paroma laty nauczyła się sypiać w pociągach, a monotonny stukot kół raczej kołysał ją do snu niż z niego wybijał. Darzyła kolej bezgranicznym uwielbieniem, prawie miłością. Skomplikowana sieć torów kolejowych, pokrywająca mniej lub bardziej równomiernie cały kontynent, jawiła jej się jak naturalny krwiobieg organizmu. Innego sposobu podróżowania nie brała w ogóle pod uwagę.

* * *

Lubiła zostawać sama w ciszy wieczoru, w swoim przytulnym pokoju na piętrze. Zaciągała wtedy zasłony, sięgała do swojej kolekcji płyt DVD i puszczała zawsze ten sam film. Znała go już na pamięć, nie trudziła się więc patrzeniem na ekran. Często wyłączała w ogóle wizję. Gasiła światło, kładła się w ciemnościach na łóżku z podłożonymi pod głowę rękami, i słuchała. Słuchała raz po raz, dziesiątki, setki razy, aż do bólu. Słuchała preludium do „Cichej inwazji”, długiego wstępu wygłaszanego głębokim, monotonnym głosem. Głosem niepokojącym, przywodzącym na myśl najmroczniejsze zagadki, nierozwiązane tajemnice i przyprawiające o lodowaty dreszcz opowieści grozy.

{i}Od tysięcy lat przemierzali Kosmos w poszukiwaniu nowego domu. Ich ciała więdły i umierały, znużone ciężarem wielu tysięcy pokoleń, lecz ich duch, stary i potężny, zapłonął u schyłku dziejów płomieniem jaśniejszym i gwałtowniejszym niż kiedykolwiek. Ostatkiem sił zbudowali więc ogromne pojazdy, zdolne do przemierzania niezbadanych głębi Wszechświata, odrzucili dogorywającą cielesną powłokę i wstąpili na pokład statków, uwolnieni z więzów ciała, a ognisty duch lśnił niby milion słońc. Rozesłali swe statki we wszystkie zakątki Wszechświata, nie troszcząc się więcej o starą, wysuszoną od żaru ich pęczniejącego słońca planetę. Wędrując poprzez eony lat świetlnych, stary duch śnił o nowym domu, o ciepłej i młodej planecie, o lądach pokrytych kobiercem bujnej zieloności, o równikowych lasach eksplodujących bogactwem milionów form życia, o wodach skrywających w swych głębinach niezliczone gatunki fauny i flory. Przepotężna myśl, zwielokrotniona milion razy poprzez wyzbycie się cielesności, zakochała się w swym marzeniu. Czyste światło pożądało łagodnego półmroku oceanicznych głębi i pałaców starych puszcz. Wreszcie jeden z ich statków dotarł do Ziemi i zawisł niczym upiór nad biegunem. Duch upodobał sobie ten nowy świat, tak przebogaty w różnorodności życia i tak pierwotny, barbarzyński w dziedzinie myśli. Intelekt raczkował dopiero na tej planecie, stawiał pierwsze nieśmiałe i bojaźliwe kroki. Duch dostrzegł potencjał. W swej nieprzebranej mądrości zapragnął urzeczywistnić wszystkie cudowne możliwości, rodzące się w nim samym i niezmiennie do niego powracające. Zapragnął nadać im nowy kształt, opuścił więc swój statek i połączył się z ciałami, umysłami i sercami dwunogich stworzeń, zamieszkujących niewielki kontynent na półkuli północnej.{/i}

Przyspieszała odtwarzanie, aż natrafiała na inny fragment. Znów kładła się w ciemnościach i słuchała raz po raz opowieści o jej własnym świecie.

{i}Europejczycy stali się bezwolnymi ofiarami, nieświadomymi niczego wykonawcami planów agresora. Pozbawieni własnej woli, wyzuci z własnych dążeń i potrzeb, służyli tym, którzy przed milionami lat świetlnych zakończyli życie na starej, wysuszonej na wiór planecie. Ich rękoma duch wzniósł Barierę, potężne pole siłowe odgradzające Europę od reszty świata. Reszta ludzkości przejrzała podstęp Obcych. Z bólem serca uradzono, że trzeba poświęcić istnienie tych, którzy ludźmi być przestali. Było za późno, by ich ocalić, można było jedynie zakończyć ich mękę. Po raz pierwszy w dziejach Ziemia zjednoczyła się przeciwko wspólnemu wrogowi. Rozpoczęto regularne bombardowanie Europy, lecz Bariera nie przepuszczała pocisków. Energetyczny parasol dobrze chronił przyczajonych pod nim Obcych. Ale ludzie nie poddawali się...{/i}

Zwykle zatrzymywała w tym momencie płytę i podchodziła do okna. W skupieniu przyglądała się nocnemu niebu, zwyczajnemu czarnemu niebu, usianemu rojem gwiazd. Od czasu do czasu przestrzeń przecinała purpurowa wstęga i odległe, złowrogie mruczenie docierało do jej uszu. Wstrząsał nią dreszcz. Bariera wytrzyma, wytrzyma, powtarzała sobie w myślach, lecz niepokój nie ustępował. A potem znów padała na łóżko i wyrzucała z siebie przez zaciśnięte zęby: - To wszystko łgarstwo, wstrętne amerykańskie łgarstwo! To się nie wydarzyło, zmyślili sobie to wszystko, żeby namieszać nam w głowach, cholerni spece od kosmicznych oper mydlanych... Lecz jakaś siła nakazywała jej zaczynać cały ten rytuał od nowa, aż do całkowitego wyczerpania psychicznego. Zasypiała wreszcie ze zmęczenia, a jej sny były zawsze takie same. Śniła o zagładzie i końcu świata.

* * *

Olaf wiedział. Widywali się wprawdzie nieczęsto, lecz utrzymywali stały kontakt wideofoniczny. Uparte wałkowanie upiornej „Cichej inwazji” oraz koszmarne sny wycisnęły głębokie piętno na jej psychice. Niezdrowa bladość słodkiej, nieco dziecinnej twarzyczki Ariny, wiecznie podkrążone i przekrwione od bezsenności oczy oraz zmęczony głos nie mogły ujść uwadze kochającego przyjaciela. Zresztą, Arina nie zamierzała robić z tego tajemnicy. Nie chciała i nie potrafiła utrzymać w sekrecie czegoś, co wstrząsnęło nią do głębi. Byłoby to w pewnym sensie kłamstwo w stosunku do Olafa. Przeciwnie, czuła potrzebę podzielenia się z Norwegiem całym tym koszmarem i znalezienia w nim oparcia. Tyle że Olaf w ogóle nie chciał na ten temat rozmawiać. Zaczynał się złościć przy najlżejszej wzmiance o „Cichej inwazji”, jedyna zaś rada, której niezmiennie udzielał Arinie, sprowadzała się, najogólniej rzecz biorąc, do „skończenia raz na zawsze z tym amerykańskim szmelcem". Arina pozostała więc ze swoimi wątpliwościami sama. Dusiła lęk głęboko w sobie, poszukiwała wyjścia z labiryntu własnych emocji i powracała wciąż do tego samego mrocznego miejsca. Za nic w świecie nie zwierzyłaby się rodzicom, „doskonała” Marta również nie nadawała się na powiernicę. Pewnie otworzyłaby tylko szeroko oczy ze zdumienia i spytała tym swoim opanowanym, wyćwiczonym do bólu głosem urzędniczki: „Po co marnujesz na te rzeczy swój czas i zdrowie?” W najbardziej gwałtownych przypływach rozpaczy przeklinała w duchu Pernillę Johanson, jedyną osobę, którą mogła obarczyć chociażby częściową odpowiedzialnością za taki stan rzeczy. Poznała Pernillę Johanson, z pochodzenia Szwedkę, zamieszkałą na stałe w Norwegii, na jednym z wieczorków zapoznawczych dla pracowników i sympatyków Instytutu Przyjaźni Norwesko-Polskiej w Trondheim. Olaf przygotowywał się w tych dniach do ważnego egzaminu, zrezygnował więc z zabawy. Arina, przyzwyczajona do jego ciągłej obecności podczas wszystkich jej wypraw na Półwysep Skandynawski, poczuła się z początku zagubiona wśród tych wszystkich przeważnie starszych od niej osób, szybko jednak odzyskała rezon. Zawsze towarzyska, nie stroniąca od ludzi, chętnie nawiązywała nowe znajomości i pogłębiała już nawiązane. Tego właśnie feralnego wieczoru poznała Pernillę Johanson. Sympatyczna jasnowłosa Szwedka, starsza od Ariny zaledwie o cztery czy pięć lat, od razu przypadła jej do gustu. Odkryły, że mają sporo wspólnych zainteresowań. Między innymi kino. Pernilla wydała się Arinie nieco sztywna, jakby usiłowała za wszelką cenę zachować bezpieczny dystans, lecz taka właśnie była, przynamniej na początku znajomości, znakomita większość Skandynawów. W ciągu wielu lat „romansu” z chłodnym półwyspem nauczyła się nie oczekiwać od jego mieszkańców wylewnej serdeczności. Ich początkowo zupełnie „bezpieczna”, niezobowiązująca rozmowa o nowościach kinowych zaczęła zmierzać w pewnej chwili w „niebezpiecznym” kierunku. Zaczęło się całkiem niewinnie, od drobnej wzmianki o twórczości Tolkiena. Arina wyczuwała całkiem wyraźnie, do czego Pernilla zmierza. Kontynuowanie tej rozmowy w jakimkolwiek języku na sali pełnej ludzi byłoby co najmniej nietaktowne. Szwedka wstała powoli od stolika i rzuciła od niechcenia po norwesku: - Wybacz, Arino, ale mój makijaż wymaga pewnej korekty. Dokończymy tę rozmowę za piętnaście minut. Jej usta ułożyły się na krótką chwilę w angielskie słowa {i}come soon{/i}. Arina odczekała dla przyzwoitości kilka minut, również wstała niby to niedbałym ruchem i pomaszerowała w kierunku damskiej łazienki. Tak jak oczekiwała, łazienka była pusta, jeśli nie liczyć Pernilli Johnson, przypudrowującej zgrabny nosek. - Mam „Władcę Pierścieni” – zaczęła od razu Arina. – Wszystkie trzy części. To kawałek dobrej sztuki, chociaż amerykańskiej. Chętnie pożyczyłabym ci ten film, ale sama rozumiesz, będzie to trochę trudne. Mam je w domu, nie tutaj... Pernilla położyła palec na ustach, jakby słowotok Polki obchodził ją tyle co zeszłoroczny śnieg. Arina zamilkła, nieco urażona. Ta konspiracja wydawała jej się dość śmieszna. Posiadanie i oglądanie filmów made in USA było na terenie Federacji Europejskiej nielegalne albo przynajmniej nie w dobrym tonie. O ile wiedziała, nikt jeszcze nie został za to naprawdę ukarany. Nowości i klasyki filmowe zza oceanu przeciekały wciąż sobie tylko znanymi drogami. Zawsze dostępne jak świeże bułeczki, czekały na nabywcę „pod ladą” każdego sklepu z multimediami. Wystarczyło tylko zapytać. Gdyby dobrze poszukać, w każdym europejskim domu znalazłoby się przynajmniej kilka takich płyt. Mimo to liczni wielbiciele amerykańskiego kina raczej daliby się pokrajać niż przyznali w towarzystwie do tego typu zainteresowań. Seanse odbywały się z reguły tylko w kręgu rodziny i najbliższych przyjaciół. Arina wolałaby, aby ta sprawa przestała być nareszcie tajemnicą poliszynela. Po cóż delegalizować i zabraniać czegoś, co i tak wszyscy robimy, dowodziła swoim najbliższym z zapałem. Czemu amerykańskie filmy, nieodmiennie budzące w Europie duże zainteresowanie, nie mogłyby być zwyczajnie dostępne w sprzedaży i wyświetlane w kinach? - Co ty opowiadasz, Arino – Jacek, jej szwagier, wydawał się być pomysłem dziewczyny szczerze zdumiony, a nawet lekko zgorszony. – Wybij sobie z głowy takie bzdury. W ten sposób możemy bronić się przed napływem tej ich tandety. W przeciwnym razie zalaliby nas powtórnie swoją masową produkcją w mgnieniu oka. - Nie o tym chciałam mówić – odezwała się wreszcie Pernilla z pewnym rozbawieniem. – Klasyki mnie nie interesują. Widziałaś już „Cichą inwazję”? - Nie, a powinnam? - Może... Może każdy z nas powinien zobaczyć ten film. Jasnowłosa dziewczyna rzuciła to zdanie gdzieś w przestrzeń, jakby zapominając na chwilę o Arinie. Zapatrzyła się w swoje odbicie w lustrze, a jej oczy nabrały nieprzytomnego, szklistego wyrazu. - Co to za film? - Sama się przekonasz. Coś w rodzaju fantastyki naukowej. Wiesz, obca cywilizacja wyruszająca w podróż poprzez galaktykę, i takie tam rzeczy. - W takim razie spodoba mi się na pewno. Kupiłam w zeszłym roku wszystkie dziewięć epizodów „Gwiezdnych wojen”... - Nie! – przerwała jej gwałtownie Pernilla. Zacisnęła mocno palce wokół brzegów umywalki, a w jej oczach pojawiło się coś dzikiego, niemal szalonego. – Nie wiesz, o czym mówisz, dziewczyno! „Cicha inwazja” to nie jakaś tam łzawa kosmiczna saga. To jest coś zupełnie... odmiennego. Ale to i tak stek kłamstw! Nie wierzę nawet w jedno słowo... Arina z trudem dowierzała własnym oczom. Szwedka, jeszcze przed paroma minutami tak opanowana, niemal dostojna w swej doskonałej samokontroli, teraz drżała od z trudem hamowanego wewnętrznego wzburzenia. Czym więc jest ta „Cicha inwazja”? Jaką straszliwą tajemnicę w sobie kryje? Gwałtownie rozbudzona, gorączkowa fascynacja domagała się spełnienia, i to jak najrychlejszego. Kupiła film na drugi dzień po powrocie do Polski. Zaspokoiła ciekawość, lecz wkrótce miała tego pożałować. „Cicha inwazja” owinęła się zdradziecko wokół jej serca jak powój, dzień po dniu pozbawiając dziewczynę zdrowych zmysłów, odbierając spokój, niszcząc bezpowrotnie wiarę w to wszystko, co jeszcze wczoraj wydawało się Arinie mocne i trwałe jak sam fundament świata, zsyłając koszmarne sny, wznosząc nieprzebyty mur pomiędzy nią a Olafem. Nie było żadnych dróg ucieczki, żadnego wyjścia z tej matni, musiałaby bowiem uznać, że te wszystkie okropności nie mogły, nie miały prawa się wydarzyć. Gdy wszystko zdawało się mówić, że film jednak nie kłamie.

* * *

Aż do Hamburga miała przedział tylko dla siebie. Tam dopiero dosiadła się do niej kobieta, Niemka. Wysoka, elegancka, ubrana w dobrze skrojony kostium i zgrabne czółenka, już na samym wstępie znajomości onieśmieliła słowiańską towarzyszkę podróży swoim germańskim, wojskowym drylem oraz chłodem, mogącym iść w zawody z alpejskimi lodowcami. - {i}Guten Abend{/i} – rzuciła rzeczowym tonem, krótko i mocno uścisnęła dłoń dziewczyny. Noc rozciągnęła nad światem opiekuńcze skrzydła, a wraz z nocą spłynęła na ziemię cisza, przerywana jedynie cykaniem świerszczy i odległym naszczekiwaniem psów. Przez uchylone okno wciskało się do wnętrza przedziału łagodne czerwcowe powietrze. Przebierały się obie do snu, starając się nie patrzeć na siebie nawzajem. A jednak Arina nie byłaby sobą, gdyby nie wykorzystała świetnej okazji, by szlifować swój zaniedbany ostatnimi czasy niemiecki. Pokonując początkowe onieśmielenie, porozmawiała sobie nieco tej nocy z Niemką. Tamta nazywała się Gertruda Blumenkohl i pracowała w Hamburgu jako sędzina. Jak słusznie założyła Arina już przy wstępnym oszacowaniu, była starsza od Polki o jakieś dziesięć lat. Była, ogólnie rzecz biorąc, kobietą o ustalonej już pozycji zawodowej, majętną, obracającą się w kręgu wpływowych ludzi. W chwili obecnej Gertruda wybierała się do Göteborga, by spotkać się z nie widzianą od kilku lat kuzynką. Niemka zdumiała się nieco dowiedziawszy się, że ta młodziutka i drobna dziewczyna podróżuje samotnie, nocą, od stacji Warszawa Centralna aż do norweskiego Trondheim, celem zaś podróży jest pewien młodzieniec. Na pytanie, jak na tę historię zapatrują się jej rodzice, Arina tylko wzruszyła ramionami. Arina na ogół sypiała w pociągach spokojnie i mocno jak we własnym łóżku, ale to było dawniej, zanim przytrafiła jej się ta dziwna i przejmująca przygoda z „Cichą inwazją”. Teraz nigdzie nie sypiała dobrze. Na przemian zapadała w lekki, niespokojny sen i budziła się z niego, ogarnięta trwogą, której źródła nie potrafiła wskazać. Odgłos sunącego równo pociągu nie dawał już radości, w jego pieśni nie słyszała już nut sławiących wielkie otwarte przestrzenie, owo rozciągające się przed nią Nieznane i zew cudownej przygody. Nie pozostało nic prócz niepokoju i smutku ściskającego serce.

{i}Ziemia pod moimi stopami zaczyna drżeć, najpierw łagodnie, potem mocniej. Purpurowa świetlista wstęga tnie bezlitośnie idealną czerń nieba. Krzyk rozpaczy wyrywa się z gardła. Osuwam się na kolana. Błyskawice jedna po drugiej wykwitają niczym krwawe róże w mrokach nocy, tej strasznej nocy zagłady. Ziemia pęka, potworne usta otwierają się tuż obok moich kolan. Przetaczam się dalej. Nie ma ucieczki od męki świata, od tej niepojętej agonii. Wstrząsy nie ustają. Nie widzę innych ludzi, niczego już nie widzę. Świszczą złowrogo kolejne pociski, napierają na Barierę. W ogłuszającym jazgocie wściekłej kanonady, pośród jęków kruszonych skał, mój krzyk staje się coraz cieńszy. A potem nie ma już mojego krzyku, nie ma mnie. Dziś nasi wrogowie zwyciężą. Tarcza już nas nie chroni. Rysa, z początku niewielka, rozrasta się prędko. Pancerz naszego świata ugina się pod gradem bomb, którymi tamci zasypują nas od dziesięcioleci. Gdzieś w górze rozlega się potężniejsze od innych trzeszczenie. Śmiercionośne odłamki tną skały jak masło. To już koniec. Oni się przedarli. Po tylu bezowocnych próbach wreszcie im się to udało. I wreszcie Bariera rozpryskuje się nad moją głową niczym szklany sufit...{/i}

- Nieeee!!!! Siadła gwałtownie na łóżku, oddychając ciężko. Z drugiego łóżka dobiegł ją odgłos uderzenia, a następnie słowa: - {i}Scheisse! Was ist los, meine junge Dame?{/i} Arina odsunęła zasłonkę, wstała, poszukała po omacku kapci, otworzyła okno. W świetle księżyca ujrzała rozciągającą się wokół ciemną oleistość fal. W złowrogiej ciszy dobiegało ją szemranie ich wiecznego przelewania się, przepoczwarzania jednej fali w drugą, a potem jeszcze kolejną, i tak trwała niestrudzona wędrówka fal ku oceanowi, wielkiemu, niezmiennemu i obojętnemu na ludzkie losy. Pociąg przetaczał się płynnie po jednym z mostów łączących duńskie wysepki. Purpurowa błyskawica przecięła idealną czerń nieba, a potem jeszcze jedna, dla odmiany zielona. Wybuch był bezgłośny, mimo to Arina drżała na całym ciele. Niemka wyczołgała się z pościeli, siadła na łóżku w swojej atłasowej koszuli nocnej. - No, co się stało? – powtórzyła po niemiecku. – Czemu krzyczałaś? - Przedarli się – szepnęła Arina. – Przedarli. Zniszczyli Barierę... - Kto się przedarł? - Nie wiem! Skąd mam wiedzieć, kto? Amerykanie! Albo Liga Arabska! Oni zawsze nas nienawidzili! Sprzymierzyli się z Amerykanami, by nas zniszczyć! Nie liczę oczywiście Rosjan i Chińczyków. Diabeł chyba odgadnie, co ich ugryzło! - Co ty pleciesz, dziewczyno? Co ty wygadujesz...? - Właśnie się przedarli – szepnęła znów Arina. – To koniec wszystkiego. Rześkie powietrze nocy, nasycone zapachem morza, chłodziło rozpalone czoło, żwawy stukot kół przywoływał do rzeczywistości. A jednak wstrętna wizja wciąż tkwiła w umęczonym umyśle i nie zamierzała odejść. - Ty chyba jesteś troszeczkę szalona, moja młoda damo. Zamknij to okno, bo wieje niemiłosiernie, usiądź i opowiedz mi wszystko od samego początku. Tak, żebym mogła zrozumieć, dobrze? Arina zaczęła opowiadać. Łamanym niemieckim zdawała Gertrudzie szczegółową relację z nocnych koszmarów, ze swoich obaw i lęków. Mówiła o filmie, o „Cichej inwazji”, o tej niepojętej sile, która nakazywała jej raz po raz doprowadzać samą siebie na skraj przepaści. - Arina – odezwała się wreszcie Niemka po długiej chwili milczenia. – Arina. Dziwnie twardo zabrzmiało to imię w jej ustach. Imię, nie mające w sobie absolutnie nic słowiańskiego. Imię, które mogłaby nosić każda dziewczyna z każdego zakątka Europy. - Tarcza nie pęknie – mówiła cicho Gertruda. – Nie pęknie... Ochroni nas, jak chroni od stu pięćdziesięciu lat. Bo gdyby naprawdę się przedarli, to... Niech Bóg ma nas w swojej opiece. - Ale dlaczego oni nas tak nienawidzą? Dlaczego wciąż ponawiają ataki? Wiedzą, że nie mają szans, a mimo to... - Owszem, nie znoszą nas – przerwała szorstko Niemka. – To jest fakt. Reszta świata nie może znieść samego faktu istnienia Federacji Europejskiej. A dlaczego? Bo tylko nam, Europejczykom, udało się zejść z drogi, która wiedzie ku zagładzie. Z drogi agresywnego rozwoju technologii, z drogi bezsensownych zbrojeń, z drogi nienawiści i bezwzględnej, wyniszczającej rywalizacji, z drogi pomnażania zysku za wszelką cenę, z drogi dehumanizacji wszelkich aspektów życia. Tylko nam. Tamtym wszystkim, tym panom świata, tym militarnym potęgom, nigdy się to nie uda. Nie rozumieją nas i dlatego nas nienawidzą. Oni mają śmiercionośną broń, my nie mamy nic oprócz Bariery, dlatego Bariera nie może pęknąć. To jest całe wyjaśnienie tych ataków i nie potrzeba innego. - Ale dlaczego właśnie nam się udało? - Arina – w głosie Gertrudy Blumenkohl zadźwięczała nuta pobłażliwości, Niemka przemawiała teraz z pozycji swoich trzydziestu pięciu lat i błyskotliwej kariery prawniczej. – To jest proste. Zaczęło się w połowie dwudziestego wieku, po drugiej wojnie światowej. Aby zapobiec kolejnym konfliktom zbrojnym na naszym kontynencie, sześć państw utworzyło najpierw Europejską Wspólnotę Węgla i Stali... - Znam dobrze historię. Ale przecież także i na innych kontynentach zawiązywano różne sojusze gospodarcze, polityczne i wojskowe. Czym ten nasz sojusz różni się od innych? Czym my, Europejczycy, różnimy się jako ludzie od reszty ludzkości? Bo przecież niczym. A przynajmniej niczym się nie różniliśmy aż do czasu, gdy skryliśmy się pod Kopułą. A może wyjaśnienia należy szukać całkiem gdzie indziej, Frau Blumenkohl? - „{i}Die stille Invasion{/i}”... – szepnęła Niemka, zapominając na chwilę o dziewczynie. Jej wzrok spoczął za oknem, objął ciemność nocy i umykające w niebyt oświetlone obiekty. Pociąg minął most. Znów podróżowały po lądzie. Ten tytuł nie był jej obcy. Musiał gdzieś wpaść Gertrudzie w ucho. Być może wpadał wiele razy, szeptany ukradkiem, ze zgrozą. Z taką samą zgrozą, jaka malowała się na twarzy Ariny, gdy własny krzyk wybił ją z sennego koszmaru. Gertruda potrząsnęła głową, podjęła mocniejszym tonem: - To bzdura. Amerykański chłam. Posłuchaj swojego chłopaka i skończ tym. On cię kocha i pragnie twojego dobra. - Ale pani niczego nie rozumie! Bo „Cicha inwazja” to jest coś całkiem innego... Umilkła, zdawszy sobie nagle sprawę, że słyszała podobne słowa z cudzych ust. Z ust jasnowłosej Pernilli Johanson, w damskiej toalecie, gdzie ukryły się przed oczami i uszami rozbawionych biesiadników. Czyżby właśnie przenosiła wirus, który miał się rozprzestrzenić na wszystkie kraje? - To jest coś całkiem zbędnego. Spójrz na siebie. Nie sypiasz, a jeśli już zaśniesz, budzisz się zlana potem. - Tam jest wyjaśnienie... - Tam nic nie ma. Spróbuj teraz zasnąć. Ale jeszcze jedno, Arina – jej głos nagle złagodniał. Pogrzebała w swojej torbie i wyjęła duże, piękne, czerwone jabłko. – Masz, Poleczko. Zjedz. - {i}Danke{/i}. Wzięła jabłko z rąk Gertrudy i zatopiła w nim białe ząbki. Tak, tam nic nie ma, pomyślała nagle z ulgą. Nie ma zupełnie nic. Gertruda nie znajduje w „Cichej inwazji” niczego szczególnego i jest szczęśliwa. Gdy się obudziła, Niemki nie było już w przedziale. Zostawiła tylko gazetę. Najnowszy numer „Die Zeit” leżał rozłożony na stoliku pod oknem. Na dziewiątej stronie Gertruda zaznaczyła flamastrem krótki artykuł, zatytułowany „Kosmita z Portugalii”. Arina, zaintrygowana w najwyższym stopniu, wzięła do ręki gazetę i przeczytała artykuł. Krótka i zwięzła relacja dotyczyła samobójczej śmierci pewnego szesnastoletniego portugalskiego chłopca imieniem Manuel. Manuel, zanim połknął całą fiolkę pastylek nasennych, napisał krótki pożegnalny liścik. „Zabijam w sobie Obcego. Błagam wszystkich, zróbcie to samo. Nie pozwólmy bestii żyć w naszych ciałach.” Jego zapłakani rodzice zeznali, że w ostatnich miesiącach przed śmiercią Manuel codziennie oglądał na wideo pewien film. Jakąś amerykańską bajkę o najeźdźcach z kosmosu... Pomimo łagodności letniego poranka, słonecznego i ciepłego nawet w Skandynawii, ciałem Ariny wstrząsnął zimny dreszcz, biorący swój początek gdzieś w okolicach serca. Na marginesie Gertruda dopisała „{i}Vergiss nicht{/i}!” Pewnie, że nie zapomni. Gdyby tylko mogła zapomnieć...

* * *

- Wiesz, pewnego dnia woda znów popłynie akweduktami do wszystkich domów. - Eee, co ty opowiadasz... - Tak! Wyobrażasz to sobie? Majestatyczne łuki rzymskich akweduktów tu u nas, w Górach Skandynawskich, dostarczające krystalicznie czystą źródlaną wodę do... - ...każdego biurowca? - Co ty tam wiesz... - I co jeszcze, Olaf? Gdzie jeszcze zbudowałbyś te swoje akwedukty? - Będą wszędzie! Od Laponii po Gibraltar. Zobaczysz... - Zobaczę... Jaskrawe słońce rozkładało się radosnymi plamami na meblach, dywanie i ścianach w pokoju Olafa, zamalowanych od góry do dołu starannymi szkicami akweduktów, amfiteatrów, rzeźb, pałaców i świątyń. Olaf był dobrym rysownikiem, nie na darmo studiował architekturę. Miał pewną rękę do ołówka i bujną wyobraźnię, co udowadniał przy każdej okazji. Bez trudu przelewał płody swojej fantazji na papier, a także... No właśnie, ściany. - Ale to nie wszystko... - Co jeszcze, bohaterze? – Arina droczyła się z nim leniwie. Podparła głowę na ugiętej w łokciu ręce. Nie chciało jej się jeszcze ubierać, wolała tak poleżeć nago na szerokim łóżku chłopaka, ciesząc się wspomnieniem niedawnej rozkoszy oraz błogim nieróbstwem. Olaf również nie zadał sobie trudu, by się ubrać. Eksponując bez najmniejszego skrępowania wciąż wyprężoną męskość, poprawiał pracowicie kilka szczegółów w szkicu Partenonu. - Trzeba odnowić wszystkie skarby starożytności. Odbudować Partenon, Forum Romanum, Koloseum, świątynię Diany w Efezie, no i oczywiście wznieść na nowo kolosa z Rodos. Wyobrażasz sobie, jakie to przeżycie, przepłynąć pomiędzy jego nogami? Tak, kolos jest najważniejszy. - Ale po co? Po co to wszystko? Dzisiejsza Europa nie potrzebuje wzniesionych na nowo cudów świata sprzed kilku tysięcy lat. Nie potrzebujemy rzymskich akweduktów. Potrzebujemy nowych źródeł energii, bardziej ekologicznych form uprawy ziemi i produkcji przemysłowej, nowych miejsc pracy… Ale jakiś przestarzały system transportu wody... - Och, Arino. Pewnie, że potrzebujemy tej całej nowoczesności, ale o wiele bardziej potrzebne nam są dawne budowle. Czemu zresztą mówię „dawne”? One nie mają być „dawne”, nie powinny trafiać do skansenu. Trzeba odtwarzać starożytność i włączać ją w teraźniejszość. Zamieszkajmy w domu, którego nie powstydziłby się Juliusz Cezar. Wyjdźmy na miasto, ubrani w togi rzymskich obywateli. Kiedy zostanę eurodeputowanym... - Tak, co wtedy zrobisz? - Będę forsował sprawę akweduktów! - Jasne. I chodził na obrady w rzymskiej todze. Nie oczekiwała ze strony Olafa czułych wyznań, teatralnych miłosnych gestów i zaklęć. Czego mogłaby oczekiwać, wiążąc się z na wskroś praktycznym Norwegiem, dla którego jedynym i wystarczającym dowodem miłości było samo bycie z kobietą? Z Norwegiem, który zdobywał się wprawdzie na czułość w chwilach miłosnych zbliżeń, lecz zaraz po stosunku wpadał w wir własnych spraw? Nie, Arina wcale nie miała zamiaru zmieniać go w beznadziejnego romantyka. Pokochała właśnie takiego Olafa Sorensena, zdobyła swoją „górę lodową” i nie pragnęła niczego więcej. A przecież była w nim pasja, w jego duszy płonął ogień. Jak ona rozkochała się w kulturze, historii i przyrodzie skandynawskiej, tak on rozkochał się w starożytności, w skarbach Śródziemnomorza. Uzupełniali się wzajemnie, będąc nawzajem dla siebie cząstką tego, czego pożądali najbardziej. Kochali się, dyskutowali godzinami na rozmaite tematy, podróżowali, poznawali świat, śmiali się, byli młodzi. Pasowali do siebie. Śnili wspólnie jedyny w swoimi rodzaju, piękny i wzniosły sen o szczęściu i spełnieniu. Niczego im nie brakowało. Wydawało się, że ten piękny sen nigdy się nie skończy, a przecież właśnie budzili się oboje. Najpierw obudziła się ona, a skoro ona już nie śniła, on nie mógł pozostać samotny w snach. Ich szczęście prysło jak bańka mydlana, a powodem tej zgryzoty była „Cicha inwazja”.

* * *

Ich wspólne wycieczki finansował z reguły Olaf. A raczej jego rodzice, para zamożnych, odnoszących sukcesy zawodowe ludzi. Sam chłopak nie skończył jeszcze studiów i nie pracował zarobkowo. Dumna Arina, marząca o niezależności finansowej, godziła się na to, by być utrzymywana. Jej skromne dochody wystarczały jedynie na osobiste potrzeby oraz na przejazdy do Trondheim i z powrotem. Zasiedli do wspólnego obiadu z Einarem i Anną, rodzicami Olafa. Słoneczne zajączki figlowały wesoło po ścianach przestronnej, gustownie urządzonej jadalni. Arina podała wraz z Anną do stołu, a potem wszyscy czworo zaspokajali wilczy głód. Rodzice Olafa również pasowali do siebie nawzajem. Wydawało się, że na każdą sprawę mają wspólny, różniący się co najwyżej w drobnych szczegółach pogląd, że niemal czytają sobie nawzajem w myślach. Gdy jedno poruszało w dyskusji jakąś kwestię, drugie kontynuowało myśl, i w ten sposób zmierzali do wspólnego wniosku. Gdy Arina nauczyła się norweskiego do tego stopnia, by swobodnie rozmawiać, Anna zaczęła raczyć ją opowieściami o niemowlęcych i dziecięcych latach Olafa, przytaczając zabawne – w jej mniemaniu – anegdotki z dumą właściwą chyba każdej matce. Jej „Olafek” był zawsze najmądrzejszy, najładniejszy, najbardziej kochany, najbardziej wyjątkowy, jakże by inaczej... Wyznała Arinie, że młodzieńcze marzenia Olafa już w wieku przedszkolnym bardzo różniły się od marzeń innych dzieci. Podczas gdy inni chłopcy mówili „będę strażakiem”, „będę lotnikiem”, „będę marynarzem”, Olaf powtarzał uparcie „będę posłem do Parlamentu Europejskiego”, odkąd tylko był w stanie zrozumieć, czemu służy i jakie znaczenia ma parlament. I chociaż z małego dziecka wyrósł duży chłopiec, marzenie pozostało. Einar również polubił Arinę. Napomykał niekiedy w żartach, że gdyby nie była dziewczyną jego rodzonego „chłopca”, musiałaby zostać jego kochanką. Teraz nagle odchrząknął, sięgnął po sosjerkę i rozprowadził łyżką gęsty sos po swojej sztuce pieczeni z renifera. - A dlaczegóż nie mielibyście się wreszcie pobrać? Na kilka chwil zapadła idealna cisza. Olaf zaczerwienił się aż po końce uszu i mruknął: - Tato... Arina omal nie upuściła widelca na dywan. Czuła, jak jej serce przyspiesza i pędzi w tempie mogącym iść o lepsze z ekspresem międzynarodowym. - No, cóż złego powiedział twój ojciec? – wtrąciła Anna. – Jesteście ze sobą już piąty rok. Kochacie się. Powinniście się wreszcie pobrać. - Nie martwcie się pieniędzmi – dodał Einar. – Niczego wam nie zabraknie. Zresztą, Olaf wkrótce skończy studia i zacznie robić prawdziwe pieniądze, a i dla ciebie, kotku, też coś znajdziemy. Moglibyście zamieszkać w naszym letnim domku w górach, a jeżeli wolicie mieszkać w mieście, wynajmiemy dla was jakieś przytulne mieszkanko. No chyba, że koniecznie chciałabyś, Arino, mieszkać w Polsce. - Nie, nie chciałabym. Wolę zostać tutaj – odparła prędko dziewczyna, czując niespodziewaną ulgę. A więc

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%