Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 14 min czytania

CIELĘCINA

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

JERZY LARYSZ

"CIELĘCINA"

Jaworzno 2007 r

Czego rodak może dokonać, gdy jest głodny? Odpowiedź jest zawsze jedna: on może wszystko. „Potrafi!” – Pod warunkiem, że zaistniała nagła potrzeba. Przy braku silnej motywacji nasze działania nie kierujemy na likwidację źródeł zła, ale w pierwszej kolejności na poszukiwanie winnych zaistnienia nieprawidłowości. Często na tym się kończy; do wyjątków należy zaliczyć działania rodaków, wymagające kolektywnego współdziałania ogółu, które kończyły się sukcesem. Taką motywację, w ciężkich dla społeczeństwa latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, spowodowały braki w regularnym zaopatrzeniu ludności w artykuły żywnościowe. Niezadowolenie społeczeństwa z zaistniałej sytuacji w handlu detalicznym, dla której charakterystyczne były puste półki sklepowe, doprowadziło do przemian gospodarczych i politycznych w kraju – niewyobrażalnych w początkowej fazie nawet dla najtęższych głów profesorskich. Przestaliśmy kochać władzę ludową definitywnie. Przykładem tego niech będzie minister Krasiński. Był członkiem ówczesnego rządu, który swym publicznym wystąpieniem wzbudzał nie tylko niechęć, ale narażał cały gabinet rządzących na kpiny. Najbardziej wyśmiana została jego publiczna wypowiedź o „chrupiących bułeczkach”, które mogą się znaleźć w sklepach, pod warunkiem podwyższenia ceny na pieczywo; a także o jajku, które może być właściwym ekwiwalentem za brakujące na rynku schabowe kotlety czy „wołowe na rosół”. Klęskę ministra spowodowało to, że ceny wzrosły, a zwiększenie dostaw żywności na rynek nigdy nie nastąpiło. Brakowało prawie wszystkiego, ale szczególnie dotkliwe były braki mięsa. A jednak.. Pamiętam zdziwienie obcokrajowca, zgłoszone w PTE w Katowicach podczas dyskusji nad ówczesnym stanem naszej gospodarki. Nie rozumiał, jak się to robi, że na półkach sklepowych zobaczyć można tylko butelki z octem, a domowe spiżarnie, na ogół, są nieźle zaopatrzone. No cóż! On nie rozumiał, że „Polak potrafi” Jaworzno, miasto uprzemysłowione, z dominującym przemysłem wydobywczym, w którym zarobki pracownicze znacznie przewyższały przeciętne wynagrodzenia w pozostałych gałęziach gospodarki, przy galopującej inflacji, nie odczuwało na ogół braku środków na zakupy. Znane były obrazki na temat zaopatrywania gospodarstw domowych. Długie kolejki przed sklepami, w których stać trzeba było wiele godzin, a czasem więcej niż dobę. Często rezerwowano sobie kolejność w zakupie przez wpisanie się na listę obywatelską lub przez stosowanie podmian rodzinnych w kolejce. Skuteczne było także najmowanie płatnego do długiego czasu wystawania wkolejce. Takie organizowanie zakupów praktykowane było przy kupnie artykułów gospodarstwa domowego (pralki, lodówki, telewizory, meble itp.) Inne można było obserwować w kolejkach przed sklepem z żywnością. Na przykład taka rozmowa: − Co rzucili? − Podobno masło! − Po ile dają? − Brać co dają, gdy dają! − Tylko czy starszy! Przed nami stoją całymi rodzinami! Kupowano wszystko, co kupić było można, nie zawsze w ilości pilnie potrzebnej w gospodarstwie rodzinnym – kupowano na zapas. Próbowano temu zapobiec wprowadzając rozdzielnictwo towarów żywnościowych i bonów towarowych na sprzedaż artykułów przemysłowych. Wprowadzenie systemu kartkowego miało zagwarantować, że będzie „po równo i bez przywilejów”. Jednak szynkę nadal można było kupić tylko w grudniu, gdy ją „rzucili” na święta, a fama donosiła, że były to wyłącznie odrzuty z eksportu. W takich to ciężkich gospodarczo czasach, trójka przyjaciół noszących imiona Józef, Tadeusz i Jerzy, postanowiła podjąć własną inicjatywę, której rezultatem miało być zaopatrzenie swych rodzin w mięso. Józef w latach młodości przebywał na wsi i dopiero po maturze powrócił do Jaworzna, a potem z żoną osiedlił się w wiosce przylegającej do Wadowic, gdzie posiadał gospodarstwo rolne. Na kawałku uprawnej ziemi Grażyna z handlowca przeistoczyła się w rolnika: uprawiała warzywa i hodowała drób, a małżonek kosił trawę i uprawiał owoce w sadzie. Tadeusz był kierowcą, cieszył się opinią „złotej rączki” i jak powiadał, gospodarka rolna nie miała dla niego żadnych tajemnic. Wraz z żoną Krystyną bywali częstymi gośćmi u przyjaciół w Gorzeniu. Trzecim w tym gronie byłem ja, bez orientacji w sprawach rolniczych. Wraz z żoną Lidią bywaliśmy gościnnie w roli wczasowiczów ‒ czasem pomagając przy zbiorach. Tutaj właśnie, w bardzo ciepły sierpniowy wieczór, przy ognisku i degustacji swojskiego wina, powstał pomysł zaopatrywania domowych lodówek w cielęcinę z własnego uboju. Pomysł podsunął Józef, a poparł go Tadeusz. Ja nie dopuszczałem w myśli swego udziału w zarzynaniu bydlęcia. Na samą myśl o szlachtowaniu przez nas niewinnego stworzenia, ciarki strachu galopowały mi po plecach. Panie pomysł zaakceptowały, więc natychmiast zrodził się plan jego realizacji. Już wcześniej Józef pertraktował z sąsiadami warunki zakupu. Cena nie była zbyt wysoka, narzędzia do uboju uznano za wystarczające, a rzeźnię miało zastąpić gliniane klepisko w stodole. Rzeźnicy, w miarę spożywania wina, wykazywali duży zapał do zabijania. Marząc o kruchej cielęcinie na zimno i mostku z ziemniaczkami posnęliśmy zakopani w sianie na strychu domu. Słońce zdobiło szczyt kasztana, gdy nasza trójka rzeźnicza usiłowała doprowadzić cielaka z obory sąsiadki do stodoły Józefa. Cielę musiało mieć niedobre przeczucie, bo całą siłą opierało się, rycząc żałośnie, gdy Józef ciągnął go uwiązanego na sznurku za rogi, a Tadeusz okładał go gałęzią po nerkówce. Ja popychałem biedaka w okolicy ogona, starając się ustawiać nieco z boku, aby nie narazić się na jego naturalne potrzeby. Uspokoił się dopiero, gdy został przywiązany do gruszy rosnącej przy stodole. Weszliśmy zmęczeni do stodoły, aby odbyć naradę, która nieco przeciągnęła się w czasie, ponieważ Józef wydobył ze skrytki w słomie butelkę bimbru. Nie pachniał pięknie, ale ułatwił nam porozumienie w sprawie najlepszej metody uboju. Naradę przerwała nam Grażyna, która oglądała cielaka przed stodołą i wołała: ‒ Bójcie się Boga! Przecież to nie jest cielak, tylko prawie jałówka! Będzie z tego dużo pięknego mięsiwa! Co wy tu robicie? – powiedziała wchodząc do stodoły. – Józek miej litość, zobacz jak się szamocze ta biedaczka. ‒To nie jest takie proste, jak ty sobie wyobrażasz, kobieto! Tadek już czas. Zabieraj siekierę, ja biorę sierp do poderżnięcia. Jurek potrzyma za rogi, żeby się nie rwała.‒ Serce podeszło mi do gardła i migotało jak szalone. Usiadłem osłabiony na worku z nawozem sztucznym, zdecydowany nie opuszczać stodoły. Nagle, z zewnątrz doleciał krzyk: ‒ Rany boskie! Cielę się urwało i gna do obory! Goń go Józek, bo połamie sobie nogi! ‒ wołała Grażyna. ‒ Wyszedłem ostrożnie ze stodoły i niezauważony wymknąłem się do domu. Usiadłem w fotelu i czekałem na dalszy ciąg wydarzeń. Kobiet nie było, więc zamknąłem oczy i puściłem wodze fantazji. Po chwili zobaczyłem dwa brązowe ślepia jałówki, wielkie i załzawione, patrzące z…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
CIELĘCINA — czytnik · opowiadania