biografia · 1 godz. 32 min czytania
Ciemność
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
PROLOG Ciemność. Żadnego światła, żadnego błysku latarni zza okna . Księżyc utonął w miękkich szarych śniegowych chmurach, rozprzestrzeniających się na całe niebo . Lubie ciemność , pozwala mi się odprężyć , wyluzować . Mógłbym w niej być cały czas. Opadać powoli z otwartymi oczami nie widząc nic nawet swych myśli, które za dnia krążą jak krew po organizmie, filtrując dokładnie resztki energii życiowej pozostawionej przez upojną noc. wchodzi we mnie przez każdą szczelinę w ciele, wypełniając dogłębnie mój umysł . Serce zwalnia i pracuje wolniej, lecz czuje je wyraźniej i mocniej. Nic nie słyszę. Cisza absolutna wypełnia mi głowę, choć wiem, że usłyszałbym najmniejszy hałas, najmniejszy szelest w przeciągu dwustu metrów. Wszystkie zmysły działają na najwyższych obrotach, lecz ciemność, która wdziera się co noc do wnętrza mojej duszy, wszystko kontroluje. Każdy wdech i wydech. Każdy odruch, mrugniecie i pulsacyjnie płynący szkarłat jakże to w pustym teraz manekinie leżącym na łóżku. Patrze w sufit, który pokryła czarna asfaltowa zasłona. Może spaść na mnie w każdej chwili, a i tak nic bym nie poczuł, zatracony w niebycie, kontrolowany przez nadprzyrodzoną siłę, która daje mi wszechmoc i potęgę. Co będzie, gdy znów wstanę o świcie? Porazi mnie blask niechcianego przeze mnie słońca i cała moc i energia uleci w nicość. Znów stanę się zwykłym śmiertelnikiem, bez chęci na cokolwiek. Bez chęci na dalsze życie i wpatrywanie się na irytująco tykającą za głośno wskazówkę sekundnika pieprzonego plastikowego zegara ściennego . Na szczęście nie teraz. Minie jeszcze dobrych parę godzin za nim ocknę się w monotonie codzienności. Teraz nie myślę o dniu następnym, nie myślę o niczym, w ogóle nie myślę, bo teraz mnie nie ma. To nie jestem ja. Moja świadomość i tok myślenia uleciały w powietrze. W ciele moim mieszka teraz zupełnie inna istota. Bez duszy, zasad, zdrowego rozsądku i uczuć, napędzana strachem innych ludzi i własną adrenaliną. Unoszę się, wzlatuję ku niebu, przenikając przez dach czteropiętrowego bloku. Widzę je. Poniekąd oświetlone ulice przez powykrzywiane latarnie. Przyglądam się z góry na panoramę miasta, którego nienawidzę. Wiszę w powietrzu czując chłód i wciągając go całym sobą orzeźwiając umysł. Cisza i spokój. Ktoś przejechał pode mną jasno bordowym samochodem kierując się w stronę niedziałającego skrzyżowania i znikając w mroku. Czasami zastanawia mnie, gdzie o tej godzinie zmierzają ludzie, może jadą zjeść spóźnioną kolację w dwudziestoczterogodzinnym barze, albo po lekarstwa dla chorego dziecka, które leży w łóżku wyczekując na spokojny sen, a może spieszy im się do kościoła, by posiedzieć, pomodlić się, popatrzeć na ołtarz, obudzić pierwszego lepszego księdza, wyspowiadać się i oczyścić sumienie, które natrętnie nie dawało im zasnąć. Spowiedź jest bardzo dobrym wyborem, na nieprzespane godziny. Nie wiadomo do kogo dzisiejszej nocy zawita śmierć. Powoli szybuję do przodu. Nie wiem gdzie lecę, mam przeczucie, które każe mi podążać za jego głosem, które rozbrzmiewa w moim mózgu. Zbliżam się do celu. Czuję podniecenie, ekstazę. Mam wrażenie, że nie wytrzymam nagłego natłoku emocji. Zakręciło mi się w głowie i już wiem, że to tutaj. Unoszę się obok okna, zza którego bije piękny zapach, zniewalający, który mógłbym czuć przez całe wieki. Biorę ostatni głęboki oddech zimnego pachnącego powietrza i przenikam przez szybę. Ląduję w ciemnym pokoju. Poprzez gołe stopy wyczuwam miękki chłodny dywan, który mógłby być obłokiem. Podążam za piękną wonią idąc do następnego pomieszczenia, z którego wydobywa się lekka prawie niewidoczna łuna z małej lampki przy biurku. Pokój jest mały, o białych brudnych ścianach i ubogich meblach. Na środku pokoju na stołku stoi mężczyzna. Na szyi założoną ma niedbale zrobioną pętlę własnej roboty. Wydawałoby się, że sznur, nie wytrzymałby ciężaru normalnego człowieka, lecz mężczyzna był tak chudy i zaniedbany, że wystarczyłaby wędkarska żyłka. Obok drzwi stoi krzesło, na którym otworzony jest album ze zdjęciami. Na wszystkich fotografiach widnieje ponętna kobieta w czerwonym płaszczu. Odwracam się i patrząc na twarz mężczyzny, która wyrażała żal i rozpacz podchodzę do biurka, gdzie leży kartka z koślawymi, pospiesznie napisanymi literami, zatytułowana słowami PRZEPRASZAM. Czuję, że nadszedł ten moment. W jednej chwili znalazłem się obok mężczyzny, unosząc się pół metra nad podłogą. Delektując się coraz intensywniejszą wonią rozlegającą się po pomieszczeniu przyglądam się jego twarzy. Patrzy prosto na mnie, lecz mnie nie widzi. Z niecierpliwością czekam na kolejne desperackie posunięcie. Rozgląda się w górę i w dół, zaczynają mu się trząść ręce i nogi, błędny wzrok znów zatrzymuje się na mnie, choć wiem, że mnie nie widzi. Teraz jest mój. Powoli wyciągam w jego kierunku dłoń. Mężczyzna ostatni raz zawahał się i stopy machinalnie odepchnęły stołek. Jego dusza jest już w moich rękach. Nagle w moje nozdrza uderzył tak potężny niesamowity i oszałamiający zapach, że o mało go nie wypuściłem. Patrzę głęboko w jego oczy spełnionym wzrokiem i zobaczyłem to co oczekiwałem. Strach. Patrzy prosto na mnie tak jak przed sekundą, gdy jeszcze stał na stołku, lecz teraz mnie widzi. Źrenice z przerażenia ma jak główki od szpilek. W jego głębi czuję niemoc, a jednak patrzy wąsko w moje metaliczne srebrne oczy, sparaliżowany strachem. Odgarniam długie białe kręcone włosy z twarzy przeżywając euforię na widok uczuć człowieka. Ostatni raz spojrzałem na niego białymi tęczówkami. Wysyłam jego przerażoną duszę w otchłań ciemniejszą niż czerń. Obudził mnie dźwięk wydobywający się z nastawionego poprzedniego wieczoru telefonu. Znów czas zacząć drugie życie. 1 Wyłączywszy alarm leżę w łóżku zaspany, nieprzytomny i zmęczony po nocnych przeżyciach. Niestety to już się skończyło. Wszystko, co było we mnie uleciało jak gdyby nigdy tego nie było. Z zamkniętymi oczami próbuję wyłapać resztki nocnej zmazy i spokoju, lecz to mi się nie udaje. Ciemność ustąpiła jasnej poświacie słońca wyłaniającego się, co parę minut zza ciemnej burzowej chmury. Parę centymetrów nad ziemią unosi się lekka mgiełka, która wygląda jak dym z papierosa wypuszczony przez zadowoloną kostuchę. Zauważyłem pierwsze, dzisiejsze, drobne płatki śniegu, które mieszały się z deszczem. Przynajmniej pogoda jest taka, jaką lubię. Przeciągając się wstaję i włączam komputer. Powłóczając nogami docieram do łazienki. Widzę w lustrze twarz siedemnastoletniego chłopaka. Długie, tłuste kręcone włosy, jasne wyraziste oczy, których koloru nie da się dokładnie opisać i jasna cera. Nie lubię patrzeć na moje odbicie, niech robi to ktoś inny. Myję zęby i twarz, myśląc jak dobrze by było z powrotem wrócić, ułożyć się w wygodnym łóżku i zatracić we śnie. Zapomnieć o wszystkich sprawach i znów mieć w głowie pustkę. Niestety nie pozwala mi na to jakże to zwykłe i monotonne życie, którym próbuję nieudacznie operować. Szczotkując intensywnie jamę ustną rozmyślam nad tym, co można by było zrobić by mój żywot stał się ciekawszy od szarej rzeczywistości innych ludzi. Zamyślony pluję pastą do zębów, która zrobiła się różowa od krwawiącego dziąsła. Dziwne. Dopiero, co wstałem a już jestem zmęczony. Siadam przed monitorem i włączam muzykę, która jest dla mnie oderwaniem od świata i teraźniejszości. Była we mnie od początku mojego istnienia, jest dla mnie czymś wyjątkowym. Gdyby nie ona już dawno zwariowałbym pod natłokiem moich chorych myśli. Nucąc pod nosem ubieram pierwsze lepsze rzeczy wyciągnięte z szafy starając się wczuć w rytm rocka i pozostawić pustkę w głowie. Śpiewając idę do kuchni żeby schować przygotowaną przez moją mamę kanapkę do lodówki. Nie lubię jeść śniadań, właściwie to w ogóle nie lubię jeść. Zastanawiając się, co czeka mnie dziś w szkole wkładam do plecaka rzadko przeze mnie otwierane książki. Nie lubię szkoły, nie lubię lekcji, szczególnie przedmiotów ścisłych, z których jestem nadzwyczaj tępy. Wiem, że gdybym do niej nie chodził, nie poznałbym swoich przyjaciół, z którymi często się spotykam. Siedziałbym całymi dniami przed komputerem odwiedzając świeże powietrze tylko nocnymi polowaniami na potępione dusze samobójców. Wiem też, że szkoła daje mi wykształcenie, że dzięki niej mogę mieć dobrą pracę i żyć w dostatku, jednak pomimo tego, że zdaję sobie sprawę z tych wszystkich oczywistych rzeczy, które słyszałem w swoim życiu już tysiące razy, dalej jej nie lubię. Oczywiście wiem, że jestem, jakby to ująć człowiekiem upartym. Stwierdzenie to uszy moje słyszały zbyt wiele razy, choć pomimo tego, że nie wszyscy moje „uparcie” lubią lubię je ja i w ogóle mi ono nie przeszkadza. Nie obchodzi mnie czy innym ludziom uwiera mój styl bycia i decyzje, które podejmuję. Nie obchodzi mnie, co myślą o mnie inni, wszak, po co mi to wiedzieć i zaprzątać sobie głowę pierdołami, które do niczego nie są mi potrzebne. Nie obchodzi mnie również, co robią inni. Gdzie jadają, jak śpią, czy srają w ciasnym klozecie czy w wygodnej toalecie i jaki mają numer buta. Choć nie interesują mnie sprawy ludzi, ogółem przeze mnie nie lubianych, informacje o ich życiu prywatnym pchają się do mnie jak magnes do magnesu o przeciwnych biegunach, co czasami potrafi irytować. Nie jestem typem człowieka narcystycznego i nie myślę tylko o sobie, więc gdy ktoś przychodzi do mnie z problemem udzielam mu rady, ale nigdy nie wpycham się głęboko do wnętrza dziury innego człowieka, ponieważ uważam, że każdy powinien zachować w sobie garstkę mrocznej tajemnicy, której nigdy nikomu nie wyjawi i zabierze ją na wycieczkę po trumnie. Także i ja mam tajemnicę, której nigdy nikt nie pozna, tyle, że jest ona zapewne nie typowa dla środowiska rasy ludzkiej, dlatego nawet gdyby naszła mnie ochota komuś się zwierzyć i wyjawić mroczną zagadkę i tak by nie uwierzył. Zakładam słuchawki i wychodzę. W pośpiechu zamykam mieszkanie i zbiegam po schodach. Cholera. Znowu się spóźnię na pierwszą lekcję. Zazwyczaj mam w nawyku kilka minut opóźnienia, niestety ten negatywny zwyczaj, który wrósł się we mnie na nieszczęście innych także polubiłem. Wychodzę z klatki na mroźne powietrze, które przenika mnie i orzeźwia. Zamykam oczy na trzy sekundy wspominając nocną przygodę i ruszam w rytm muzyki dochodzącej do mózgu ze słuchawek. Chłodny wiatr rozwiał mi jasne włosy, które nigdy nie były ułożone w jakimkolwiek porządku. Ciężkie glany wtapiają się w kilkucentymetrową warstwę śniegu jak nóż w masło. Lubię chłód. Czuję jak gdyby przenikał mnie dając w głowie nową czystą kartę, którą natychmiast mogę zapisać nowymi myślami. Kieruję się w stronę biurowca gdzie mieści się siedziba mojej mamy ciężko pracującej w ubezpieczeniach. Przechodzę koło budynku z myślą, o której kończy dzisiaj pracę i czy nie warto byłoby poświęcić chwili bólu, do którego się przyzwyczaiłem by dostać sporą sumkę z odszkodowania. Zbłąkana myśl o zrobieniu sobie krzywdy szybko odpłynęła, pewnie dlatego, że nie jestem materialistą i pod żadnym względem nie zrobiłbym czegoś co mi się nie podoba i jest sprzeczne z moimi przekonaniami za pieniądze. Spoglądam na wyświetlacz telefonu, sprawdzam ile minut spóźnię się na pierwszą lekcję i przyspieszam kroku. Zastanawiam się, dlaczego moja szkoła musi być tak daleko, że idąc do niej po kilkustopniowym mrozie w połowie drogi bolą mnie już palce u stup. Dochodzę do wniosku, że życie nie jest usłane różami i z takim banalnym wytłumaczeniem przechodzę do kolejnego nudnego tematu rozmyślań na tematy szkolne i ludzi z nimi związanymi. Stanąłem jak osłupiały, zakręciło mi się w głowie, gdy to poczułem. Serce na moment uderzyło mocniej w nadziei czegoś niesamowitego. Czegoś, co bardzo dobrze znałem. Nerwowo rozglądam się w około z przekonaniem, że ujrzę coś, co uderzyło w moje nozdrza zniewalającą łąką idealnie dobranych zapachów, które rozpłynęły się po moim ciele. Nie mogę się mylić, to ta sama woń, którą czuję, co noc, gdy ktoś oddaje mi dobrowolnie swoją duszę. Ciągle stoję z zamrożonymi nogami zdziwiony dziwnym zjawiskiem, ponieważ nigdy wcześniej w dzień nie doświadczyłem tego wspaniałego uczucia, które wydawało mi się bardziej intensywne będąc w swoim ciele. Ruszam zastanawiając się, dlaczego stało się to teraz, gdy nie ma we mnie ciemności, gdy zacząłem swoją normalną codzienność. Może już wariuję i wcale nic nie poczułem, może było to po prostu wyimaginowanie sobie czegoś przyjemnego przez mój mózg. A może siła, która dała mi tę moc czegoś ode mnie oczekuje. Zatrzymałem się nagle słysząc przebijający się przez muzykę dźwięk klaksonu samochodu, który zatrzymał się pół metra ode mnie. Ruszam szybko nie zwracając uwagi na rzucającego obelgi mężczyznę wychylającego się przez otwarte okno pojazdu. Znów miałem szczęście, znów otarłem się o wypadek. Może właśnie, dlatego poczułem ten dziwny zapach. Starając się nie myśleć o zaistniałych zdarzeniach idę szybkim krokiem na trwającą już lekcję historii, którą prowadzi dyrektor szkoły. Widzę już wyłaniający się zza zaspy budynek mojego liceum, które nie było zbyt duże. Jeden korytarz i parę sal, w których odbywały się lekcje także z nieliczną grupą uczniów. Wszystkich klas w szkole jest za ledwie trzy. Odpowiada mi to ze względu na to, że nie jestem człowiekiem, który idealnie potrafi skupić się na prowadzonej lekcji, a nie wielka ilość osób, którą mam w klasie pozwala mi na to. Czuję, że dzisiaj szczególnie będę musiał skupić się na tym by wynieść cokolwiek z zajęć, po tym, co zaszło zaledwie kilka minut temu. Wcale nie jestem przekonany, że wciągnąłem to idealne powietrze nie z tej ziemi, mogło to być jedynie wspomnienie nocnego wypadu, które przez całą drogę przewijało się w moich myślach. Spojrzałem na telefon. Dziesięć minut spóźnienia. Cóż mogło być gorzej. Otwieram drzwi wejściowe prowadzące do kolejnych już otwartych drzwi do szatni. Coś jednak podpowiada mi, że dzisiejszy dzień nie skończy się jedną niespodzianką, którą już przeżyłem. Przebieram buty i zawieszam kurtkę na jedynym wieszaku, który pozostał wolny, ponieważ pewien osobnik chodzący ze mną do tej samej klasy z nudów powykręcał większość haków. Nie to mnie jednak w tej chwili pochłonęło najbardziej. Jestem w pomieszczeniu, a jednak chłód, który towarzyszył mi przez drogę nie zmalał choćby o jeden stopień. Przeczucie, które miałem wchodząc do szkoły nasilało się niebezpiecznie wywołując, co raz to mocniejsze uderzenia w klatce piersiowej. Opanowało mnie dziwne uczucie, jakby moje gardło zwężało się, lub powoli zamarzało. Wiem już, że coś jest nie tak. Powoli podchodzę do drzwi, które prowadzą na korytarz. Serce, co raz mocniej pracuje wywołując adrenalinę. Słyszę dziwny szept, który nie jestem w stanie zrozumieć. Dotykam klamki i ociężale wychodzę z szatni, na korytarz, z którego wydaje się bić jeszcze większe zimno. Moje prawie nie ruchome oczy dostrzegają to po drugiej stronie szkoły. Nagle w moim ciele wybuchła Bąba. Mocne uczucie omdlenia, uderzenie w mózgu i nagły przypływ adrenaliny. Na rękach pokazały się wyraźniej wyostrzone żyły, w których krew krążyła sto razy szybciej niż powinna. Stoję sparaliżowany. Nie myślę nawet by drgnąć. Ujrzałem coś, co ostatnie chciałem zobaczyć w moim życiu. 2 Siedzę w przedostatniej ławce znudzony wykładami dyrektora o historii, która mnie w ogóle nie interesuje. Rozglądam się po klasie by zeskanować zachowania innych uczniów. Z zaspanych ludzi nie wychodzi nawet najmniejsza iskra entuzjazmu. Co chwilę wpada mi w ucho jakaś ważna data wybełkotana przez nauczyciela, którą leniwie zapisuję w zeszycie. Ciekawi mnie czy w jakimś celu zaglądnę kiedykolwiek do notatek zapisanych na tej lekcji. I tak nie przydadzą mi się do sprawdzianu, który będzie miał zupełnie inne informacje do napisania niż podaje dyrektor. Zamykam oczy w celu przypomnienia sobie intensywnego zapachu, który ciągle wypełnia moje płuca. Raz jeszcze przetwarzam w pamięci zaistniałą sytuację sprzed pół godziny. Może ominąłem jakiś szczegół, przeoczyłem drobnostkę, która mogła być odpowiedzialna za to zdarzenie. Nie przypomniałem sobie jednak nic, co mogłoby na dłuższą chwilę wyrwać mnie z otępienia, więc postanowiłem porysować oczy na tylnej okładce od zeszytu. Lubię rysować oczy. Może, dlatego, że to zawsze one są w człowieku najbardziej tajemnicze i zagadkowe, a może, dlatego, że wcale nie umiem rysować i tylko to mniej więcej wygląda jak coś prawdziwego. Zazwyczaj wystarczy mi krótka chwila by ocenić czyjeś spojrzenie, oczy i ich wnętrze, jakbym widział duszę człowieka przez kolorowe tęczówki. Otwieram zeszyt na ostatniej stronie i bazgram nie wiadomo, co, jakbym rozpisywał długopis. Nadal marząc po zeszycie patrzę obojętnie w okno na wolno padający śnieg i przypominam sobie jak kiedyś byłem szczęśliwy widząc go i myśląc jak fajnie będzie się rzucać śnieżnymi gałkami i jeździć na sankach. Dzisiaj nie obchodzi mnie czy spadnie czy nie spadnie. Równie dobrze mogłoby być błoto zamiast śniegu i w żadnym stopniu by mnie to nie ruszyło. Z zamyślenia wyrwał mnie dziwny dźwięk, który słyszę jakby z wnętrza mojej głowy. Zwariowałem, słyszę głosy. Rozglądam się po klasie w nadziei na zobaczenie kogoś kto mógłby szeptać coś pod nosem i rozwiać moje obawy na temat mojego spaczenia umysłowego. Niestety nikogo wydającego dźwięki nie namierzyłem, co gorsza dziwny szept nasilał się w mojej głowie. Nerwowo ruszam nią w górę i w dół jak gwiazda rocka rozpływająca się w muzyce. Zwróciłem tym zachowaniem uwagę na siebie nauczyciela, który przestał przekazywać interesujące wydarzenia obecnym i patrzy na mnie ze zdziwioną miną. Odwzajemniam spojrzenie i odwracam wzrok z powrotem w stronę szyby, by mógł dalej kontynuować opowiadanie ciekawostek. Z ulgom stwierdzam, że szept zniknął. Musiała być to jakaś anomalia mojego niezrozumiałego umysłu. Odwracam głowę. Z niedowierzaniem patrzę na okładkę zeszytu, na, której przed chwilą mazałem. Zupełnie nie świadomie narysowałem znak, który widniał przed moimi oczami. Znów serce podskoczyło mi do gardła. Zrobiłem coś, czego wcale nie miałem zamiaru zrobić, to musi być jakiś znak, to przecież już dzisiaj druga niezwykła rzecz, jaka mi się przytrafiła. Najpierw nocny zapach objawiający mi się w dzień, teraz znak nieświadomie przeze mnie wykonany. Przypatruje mu się jakbym chciał zobaczyć coś jeszcze oprócz niego. Po dłuższej chwili bezsensownego wytrzeszczu na graf zdałem sobie sprawę, że jest on dziwnie znajomy. Wytężam mózg, w końcu było jeszcze rano, powinien pracować na pełnych obrotach. Niestety z mocnego wysiłku nie wyszło nic dobrego, ponieważ nie przypomniałem sobie gdzie mogłem widzieć znak, a rozbolała mnie głowa. Dyrektor oznajmił koniec lekcji. Zerknąłem raz jeszcze na zeszyt i spakowałem go do plecaka, gdzie spoczywał do końca dzisiejszego dnia w szkole. Cierpliwie czekam na coś, co może się jeszcze wydarzyć, na coś niezwykłego i niecodziennego. Intuicja jednak podpowiada mi, że dzisiejszego dnia wyczerpał się mój limit zaskoczeń i do końca jasności nic się nie wydarzy. Może to i dobrze, jest nadzieja na to, że jutro też będzie inne niż zawsze. Muszę zaczekać na mrok, który zbliża się z każdą sekundą, a gdy pojawi się z każdą sekundą także odpływa. Na kolejnych lekcjach było podobnie jak na pierwszej tyle, że bez nadprzyrodzonych zjawisk i podniesionej adrenaliny. Kobieta od polskiego oddała sprawdzone przez nią wypociny, które pisaliśmy tydzień wcześniej w formie klasowego wypracowania na temat dziadów Mickiewicza. Dostałem cztery z minusem i wysłuchałem oczywiście wiązanki, z której zrozumiałem tyle, że mam duży potencjał, którego nie wykorzystuję, bo jestem leniem. Pani ta ma racje. Jestem leniem i to wysokiej rangi, tyle, że nie, nie wykorzystuję swojej jakże to wspaniałej inteligencji i potencjału ze względu na lenistwo a ze względu na to, że chce te wspaniałe cechy zachować na moment, który bardziej będzie decydował o moim życiu lub po prostu będzie mi bardziej pasował. Po co mam wysilać się na coś co mi się nie przyda, gdy przy normalnym myśleniu mam ocenę, która mnie dostatecznie satysfakcjonuje. Nie wiem, w jakim celu gadania w stylu „możesz lepiej”, ”stać Cię na to”, jakbym był jakimś człowiekiem niedorozwiniętym umysłowo i nie pojmował swoich możliwości, tym bardziej, że uważa mnie za osobę inteligentną, więc powinna się moim skromnym zdaniem przynajmniej domyślać, że wiem, co mam we łbie. Kolejne lekcje minęły spokojnie, cicho i bez zbędnych kazań na tematy życiowe. Dobiega końca ostatnia lekcja dzisiejszego trudnego dnia. Wychodzę z Sali przepełniony wiedzą geograficzną, z której myślę zdawać maturę. Ale na temat matury nie mam zamiaru teraz rozprawiać i tak mam dosyć mętliku w głowie po tych paru godzinach spędzonych w zamknięciu. Wchodzę do szatni i zmierzam w stronę wieszaka, na którym zazwyczaj umieszczam kurtkę, lecz kontem oka zauważam, że wisi ona na przeciwległej ścianie. Uświadamiam sobie, że nie pamiętam jak ją tam wieszałem, nie pamiętam także gdzie położyłem buty ani jak je przebrałem. Pamiętam jedynie moment, w którym byłem przed drzwiami głównymi i nagle znalazłem się w klasie. Czarna dziura w umyśle. Mój mózg nie chciał dopuścić już ani do chwili nostalgii, ani chwili przemyślenia na temat sklerozy. Wkładam słuchawki do uszów i wychodzę ze szkoły. Przez całą drogę do domu nie pomyślałem o ani jednej sprawie, pochłonięty muzyką, która pozwoliła mi się wyluzować. Wchodzę do mieszkania po czterdziesto minutowym marszu, włączam komputer i idę do kuchni w celu podgrzania sobie obiadu przygotowanego przez mamę. Z ciepłym kotletem i ziemniakami siadam przed monitorem i zjadam posiłek oglądając miodowe lata. Patrzę na zegarek. Już szesnasta. Oczy powoli przymykają mi się ze zmęczenia. Rozścielam łóżko i kładę się pod kołdrę. Nie mogę powstrzymać uśmiechu, który wdziera się na moją twarz. W myślach mam tylko spokojny sen. Spać idę zawsze po przyjściu ze szkoły. Zastanawiam się chwilę nad tym czy naprawdę jestem taki zmęczony, że muszę iść spać. Przecież inni ludzie po ciężkim dniu pracy lub szkoły nie idą na odpoczynek, lecz przyjeżdżają do domu i zajmują się innymi obowiązkami. Może to po prostu kwestia przyzwyczajenia, a może potrzebuję jednak odrobiny odpoczynku, w końcu zaraz po nocnych igraszkach, których towarzyszę ciemności idę do szkoły. Nie myśląc już o niczym powoli zamykam powieki wyczekując na ciekawy sen.
3 Z popołudniowej drzemki budzi mnie głos mamy. Z zamkniętymi oczami myślę o dalszej części doby. Wstaję i idę do kuchni, zerkając między czasie na godzinę. Już po dwudziestej. Podchodzę do czajnika z wodą, nalewam pełny kubek i siadam na krześle. Pijąc, z niechęcią próbuję ocucić się całkowicie z magii snu. Nie mogę przypomnieć sobie, co mi się śniło, więc nie myśląc już o tym wstaję i idę do toalety. Wracam do ciemnego pokoju i siadam na łóżko. Przykładam chłodne dłonie do twarzy. Czuję jak do wnętrza mnie wchodzi rozdrażnienie i gniew. Nie rozumiem, dlaczego i z jakiego powodu jestem zdenerwowany, ale nieugięcie powstrzymuję tą nadpobudliwość na poziomie przed wybuchowym. Patrzę przez okno na świecącą latarnie i padające pod nią płatki śniegu. Dzisiaj był ostatni dzień w szkole przed przerwą świąteczną. Mając tą świadomość, że nie odwiedzę jej przez najbliższe dwa tygodnie czuję się wyluzowany. Jednak to, że zbliżają się święta, wdziera się do mojej podświadomości i powoli niszczy zachwyt chwilową wolnością. Lubię święta tylko, dlatego, że jest dużo czasu wolnego i tylko dla tego. Nie lubię wigilii spędzanych na oddzielnych uroczystościach mojej rodziny. Jakbym przychodził w gości, posłuchał, co mają do powiedzenia, dostał prezenty, których nie lubię dostawać i wysłuchał nigdy nie spełniających się bezwartościowych życzeń, których nienawidzę przyjmować do świadomości oraz ich komuś składać. Nigdy nie wiem, co mam komu życzyć, przecież to i tak ta sama kupa słów bez znaczenia, które zasypują coroczną wigilię. Może się to komuś podoba, albo się nie podoba i robi to tylko ze względu na chorą tradycję, ale wiem, że na pewno mi się to nie miło widzi. Myślę o tych wszystkich świątecznych przyjemnościach, które przyciemniły mi mózg. Wstaję by włączyć muzykę i odetchnąć w swoich klimatach. Dopiero, co zaczął się odpoczynek, więc nie myślę o nauce, a tym bardziej o tym by czytać coś z nią związanego. Siedzę przed monitorem szukając koncertu, na który mógłbym się wybrać w tym wolnym czasie. Niestety Nie znajduję nic, co zwraca moją uwagę. Poirytowany myślą, że siedzę w domu i marnuję czas na nic nie robienie, co raz bardziej wzburza we mnie złość. Tak dużo chce robić. Chcę wykorzystać każdą chwile mojego życia, bo przecież drugiego już nie będzie. Intensywnie myślę nad tym, co zrobić by wdarło się we mnie nowe doświadczenie, którego całym sobą potrzebuję. I znowu nic. Pustka. Nic nie przychodzi mi do głowy. Za to wypełnia próżnię nieprzyjemna i nie lubiana przeze mnie myśl. Może nie jestem na tyle normalny by dobrze korzystać z życia. Bo co ja takiego robię? Nic. Wale głową w mur myśląc o rzeczach, które chce zrobić, ale nie potrafię. Tak, pewnie mam rację, do niczego się nie nadaję, wszystko tylko psuję i nic nie daję. Lepiej dla wszystkich by było gdybym znikną i już się nie pojawił. Obwiniam się za sprawy, które mi wypominano i te, które sam sobie wypominam. Nie wszystko, co jest mi zarzucane zdarza się i trwa do dziś dzień z mojego powodu, ale jestem na pierwszej linii strzału ludzi, którym wydaje się, że myślą o innych a krzywdzą niewinnych. Chciałbym powiedzieć, że niczego, co zrobiłem w życiu nie żałuję i tak też mówię. Żałuję jedynie tego, czego nie zrobiłem. Pospiesznie odrzucam dołujące myśli, które codziennie wiercą mi dziurę w lewej półkuli mózgu i włączam pozytywne myślenie o wszystkim, co jest dobre i złe. To myślenie i muzyka pozwala uspokoić się skołowanej podświadomości. Patrzę na prawy dolny róg monitora i stwierdzam, że godzina trzecia w nocy jest godziną idealną na zaczęcie przygody z moją wierną przyjaciółką ciemnością. Znów cisza, która łagodząco wpływa do uszu łaskocząc przyjemnie zmęczony mózg. Odprężam się tak, że czuję jak całe ciało pulsuje od bicia serca, co powoduje lekkie mrowienie w stopach. Widzę ją. Zbliża się powoli jak ślimak wołając mnie i wciągając w swój mrok. Bardzo lubię jej kojący szept, więc bez chwili wahania poddaje się i wpadam w jej ramiona, otwierając oczy i widząc, że znów, jak co noc unoszę się nad szarym miastem. Przez chwilę rozglądam się wdychając rozluźniające zimne powietrze. Patrzę na dłonie bez pulsującej w żyłach krwi, które wyglądają jak moje, lecz mają barwę jak biała chusteczka higieniczna. Śnieżno białe włosy opadły mi na oczy w większości zasłaniając widoczność. Zawiał silny wiatr mierzwiąc mi fryzurę i szarpiąc za białą cienką jak kalka szatę. Powiew przyniósł zapach zdradzając pobyt mojej następnej ofiary. Zamykam oczy by po chwili otworzyć je i ujrzeć zupełnie inny krajobraz niż pięć sekund wcześniej. Lewituję wysoko obok mimo chłodnej nocy otworzonego okna. Czuję intensywny zapach, który jak zwykle zniewala moje nozdrza. Rozglądam się by zlokalizować miejsce pobytu. Charakterystycznego znaku nie musiałem szukać długo. Odwracam głowę i widzę rozświetlony wysoki słup światła. Z pewnością znajduję się w stolicy kraju. Przede mną ukazał się potężny Pałac Kultury i Nauki mieszczący się w Warszawie. Z uśmiechem odwracam się w stronę ciepłej woni i zmierzam w stronę mieszkania. Ląduję na zimnych płytkach szczypiących mnie w stopy. Jasno oświetlony pokój nie okazuje żadnych przeżyć lokatorów w nim mieszkających. Jest on zupełnie pusty. Nie ma mebli, tapet ani nic, co wskazywało by na to, że ktoś tu mieszka. Na środku po turecku siedzi nagi mężczyzna odwrócony do mnie plecami. Powoli podchodzę i luźno kucam patrząc prosto w jego otwarte oczy. Nie widzę w nich chęci życia. Nie widzę w nich niczego pozytywnego ani negatywnego. Zaciekawiła mnie kompletna pustka bijąca z jego wzroku. Po dłuższej chwili mojej konsternacji człowiek zaczyna kiwać się przypominając dolegliwości choroby sierocej i szeptać do siebie nie zrozumiałe dla mnie wyrazy. Jego ochrypły niski głos zaczął się natężać, a ruchy ciała zamieniają się w chaotyczne podrygiwania. Niewzruszony, choć zaciekawiony obecnym przedstawieniem wstaję i odsuwam się krok w tył by lepiej móc się przyglądać. Mężczyzna szybko wstaje i zaczyna biegać w kółko po pokoju, wyjąc jak syrena alarmowa. Domyślam się jego choroby psychicznej, która doprowadziła go do obecnego stanu zachowania. Normalny człowiek zdrowy na umyśle nie paradowałby nagi w środku nocy po pustym pokoju wydając dźwięki, które ranią moje uszy. Słyszę głośne stukania dochodzące z drugiej strony ściany, gdzie najprawdopodobniej tłukła się lekko zirytowana sąsiadka obudzona przez nagiego wariata. Biciu w ścianę zaczyna wtórować bąbardowanie jeszcze głośniejszych ciosów padających w drzwi mieszkania, wymierzonych zapewne przez podenerwowanego sąsiada z dołu. Przyglądam się biegającemu golasowi ryczącemu teraz jak silnik odrzutowca i słucham jak zdenerwowani sąsiedzi mu akompaniują. Myślę, że gdyby świadkiem tego był normalny człowiek przestraszyłby się natłoku wydarzeń. Jednak ja po krótkim namyśle z uśmiechem na twarzy stwierdzam, że jest to najlepszy cyrk, w jakim kiedykolwiek byłem. Mężczyzna zatrzymał się naprzeciwko ściany, z której dalej dobiegały dudnienia i zaczął niemiłosiernie krzyczeć prosto do białego tynku, że to jego wina. Pierwszy raz, gdy jestem pod taką postacią targnęło mną zaniepokojenie i zdumienie. Wariat krzyczący do ściany, że to jest jego wina. Dziwny dreszcz przeszedł mnie po plecach. Słyszę głośne darcie się mężczyzny, który krzyczy tym razem słowa, które wywarły na mnie negatywne wrażenie. Krzyczy słowa, które tkwią głęboko w mojej podświadomości, których nigdy nie chciałbym wymówić. Zdziwienie wmurowało mnie w podłogę i bezmyślnie gapiłem się na człowieka, który nagle przestał „jodłować”. Otrząsnąłem się z osłupienia i czekałem na jego kolejne kroki. Stoi jednak wpatrując się w czystą ścianę poplamioną kropelkami śliny. Odwraca głowę. Patrzy mi prosto w oczy, z uśmiechem podbiega do otwartego okna i skacze znikając z pola widzenia. Wylatuję za nim. Mijam go i widzę, że ma zamknięte oczy. Twarz spokojną jakby spał. Spadł głową w dół na beton, który zatrząsł się pod natłokiem siły uderzenia. Krew trysnęła we wszystkie strony. A ja z zadowoleniem trzymam już jego duszę, która wpatruje się we mnie z przerażeniem. Jego strach umocnił mnie, jednak czuje, że coś jest nie tak. Człowiek tuż przed skokiem popatrzył się na mnie i uśmiechnął. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się nic podobnego. Przed tym krzyczał te dziwnie znajome zdania. Nie wiem, co może to oznaczać. Napawam się ostatni raz chwilą wdzięku przerażonej duszy i rzucam nią trafiając w czarną otchłań. Budzę się zlany potem. Patrzę na zegarek. Jest dopiero czwarta. Byłem tam tylko godzinę. Uczucia nagle wzdęły mi się po tym jak powróciłem do swojego ciała. Patrzę w ciemność swojego pokoju. Ogarnia mnie strach. Co mogło się wydarzyć? Te zdania wykrzyczane przez wariata. Czy to nie tkwiło w mojej głowie? Co jeśli tak naprawdę nie zabieram duszy samobójców? Może po prostu zabijam sam siebie. Zabieram i odsyłam w nicość cząstki mnie samego. Ale tylko te złe cząstki, tylko te, o których chce zapomnieć i więcej do nich nie wracać. Czuję, że tej nocy wydarzyło się coś naprawdę dziwnego, jednak nie zrozumiem nic dopóki dusza, która stoi koło moich drzwi od pokoju przestanie się mi przyglądać.
4 Ze snu wyrywa mnie głośna muzyka wydobywająca się z telefonu. Zaspany jak najszybciej wstaje i wyłączam budzik, którego zapomniałem zneutralizować poprzedniego wieczoru. Siadam na łóżku z zamkniętymi oczami myśląc czy wyprawa z tej nocy była prawdziwa czy był to tylko zwykły sen. Podnoszę o kilka centymetrów roletę i wyglądam przez okno. Na zewnątrz jest jeszcze ciemno. Patrzę na zaszronione szyby samochodów stojących na parkingu. Tak. To była naprawdę mroźna ciemność. Nie do końca rozbudzony kładę się z powrotem na łóżko, przykrywam kołdrą i zanurzam w sen, którego mało mi było pisane tej nocy. Spanie to jedno z moich ulubionych zajęć, zaraz po nocnych eskapadach. Uwielbiam śnić. Niestety ostatnimi czasy mam same koszmary. Już nawet nie pamiętam kiedy przyśniło mi się coś miłego, przynajmniej coś milszego niż zwykła codzienność. Czasami myślę sobie, że chciałbym zasnąć, a gdy przyjdzie w końcu miła chwila po prostu w niej zostać, już na zawsze i nie budzić się do szarości. Po kolejnych ośmiu godzinach spania obudziłem się już bez zbędnej pomocy budzika. Powoli wstaje, spoglądam na zegarek. Już czternasta. W głębi uśmiecham się ponieważ uwielbiam budzić się o tak późnej porze. Siadam przed monitorem i włączam komputer, by posłuchać muzyki. Ostatnio zacząłem pisać. Sam jeszcze nie wiem co to jest. Powieść science fiction? Nowela? Pamiętnik? Jakoś nie bardzo zastanawiam się nad stylem tego co przenoszę z głowy na „papier”. Piszę dla siebie, a nie dla ludzi. Nie po to by to co napiszę stało się czymś ważnym dla historii narodu, lecz dlatego, że lubię. Tworzyłem już wcześniej teksty piosenek, które nie do końca mnie satysfakcjonują ponieważ cały czas coś mi w nich brakuje. Jakbym mógł więcej, a nie mógłbym z siebie tego wydobyć. Teraz i tak nie miałem zamiaru nic pisać, ani nic tworzyć. W głowę wbiła mi się nie przyjemna myśl jutrzejszych wigilii. Tak „jutrzejszych” bo z pewnością na jednej się nie skończy. Wyrzucając nie chciane przemyślenia śpiewając podgłaśniam muzykę. Zaglądam do lodówki w celu znalezienia kotleta i ziemniaków. Wkładam jedzenie do mikrofalówki i siadam obok na krześle. Czekając na podgrzewający się posiłek próbuję wymyślić coś co mógłbym zrobić by ten dzień nie był taki jak myśl o jutrzejszym święcie. Wyciągnąłem jedzenie z mikrofalówki i wróciłem przed komputer. Nie do wiary, że dopiero co wstałem a już jest godzina szesnasta. Jedząc kotleta pogrążony w czarnych myślach usłyszałem dziwny szept podobny do tego co słyszałem poprzedniego dnia w szkole. Niestety nie zdążyłem się nawet mu przysłuchać bo zadzwonił telefon. Patrze na ekran, który wyświetla imię mojego przyjaciela. Z kawałkiem mielonego w buzi odbieram i umawiam się z nim za piętnaście minut pod blokiem. Zadzwoniłem po resztę ekipy i za pół godziny byliśmy w pełnym składzie na dworze. Lubię moich przyjaciół. Bez nich moje życie byłoby jeszcze bardziej beznadziejne niż jest. Zawszę mogę z kimś pogadać i zrobić jakąś zwariowaną rzecz. Jak zwykle nie mieliśmy pojęcia co będziemy robić, więc jednogłośnie wybraliśmy się do sklepu żeby kupić pięć piw i wypić jak menele na poboczu. Po spożyciu nie wielkiej ilości alkoholu, pośmianiu się z głupot i pogadaniu o różnych sprawach rozeszliśmy się do domów. Ja jednak miałem inne plany. Wkładam rękę do kieszeni by wydobyć telefon i sprawdzić która godzina. Dopiero dwudziesta pierwsza trzydzieści. Chowam telefon, włączam mp3 i wkładam duże słuchawki na uszy. Uśmiech od razu wdziera mi się na twarz. Głośna muzyka wwierca mi się do mózgu rozluźniając mięśnie i czyszcząc głowę z myśli. Po dłuższym marszu zatrzymuje się przed granicą, którą uwielbiam. Granica, którą przekraczając w dzień czuje się prawie tak samo świetnie jak w nocy. Tam nawet gdy jest jasno rzadko spotykam człowieka. Nie ma drugiego takiego miejsca, w którym mógłbym czuć się tak spokojnie. Jakby wszystko uleciało i jakby nic nie było. Wchodząc tam zdejmuje nawet słuchawki. Chcę usłyszeć panującą wokół mnie w nocy ciszę a w dzień śpiew ptaków. Przebywając tam próbuję docenić każdą sekundę spokoju. Biorę pod uwagę każdy pełny oddech, kiedy płuca wypełniają się w zimie mroźnym orzeźwiającym lodem, a w lato ciepłym kojącym podmuchem wiatru. Stoję patrząc na ciemny mur utworzony z drzew. Siadam na cegle nie rozglądając się wokół siebie. Dobrze wiem, że o tej godzinie i tak tu nikogo nie wypatrzę. Sięgam do kieszeni i wyjmuję papierosa, którego odpalam. Na reszcie czuje się wolnym. Nikt na mnie nie patrzy. Nikt do mnie nic nie powie. Nikogo nie zobaczę. Siedzę, palę i podziwiam jak wielki, ciemny, cichy las zaprasza mnie do siebie. Nie opierając się dłużej wstaję, wyrzucam peta i powoli zbliżam się ku przekroczeniu granicy do innego świata. Do mojego świata. Do mojej własnej utopii. Bezszelestnie poruszam się pośród ciszy, i drzew przyzwyczajając wzrok do otaczającej mnie ciemności. Powoli zagłębiam się w coraz mroczniejsze zakątki. Znam doskonale wszystkie ścieżki przebiegające przez las. Ostatnio często w nim przebywam. Spędzone tutaj godziny pozwoliły mi zapoznać się z otoczeniem i bez trudu potrafię się w nim odnaleźć jak nigdzie indziej. Napawając się spokojem i wolnością przystanąłem na skraju rozwidlenia. Stoję i myślę nad tym którą drogę wybrać. Jest bardzo ciemno. Patrzę w przód. Nie wiem czy gdybym nie wiedział to tym, że przed sobą mam większy pagórek zauważyłbym go. Odwracam głowę w lewą stronę. Widzę tylko zarysy drzew. Wątpię, że gdy odwrócę głowę w przeciwną stronę będę miał lepszą widoczność. Stojąc tak uświadamiam sobie, że wcale nie chcę wychodzić z lasu. Czuje się tu dobrze, szczególnie gdy pomyślę o wszystkim dookoła i jutrzejszym spotkaniem z rodziną. Nie mam pojęcia ile mogłem tam stać. Spojrzałem na telefon. Dochodzi dwudziesta trzecia. Z westchnieniem odwracam się i odchodzę w stronę słabo widniejącego światła, by położyć się do łóżka i upolować jakąś soczystą duszyczkę. Budzę się pogodzony już z myślą dzisiejszego dnia. Nie ma sensu bym myślał o nim i wprawiał się w jeszcze gorszy humor. Jedyna pozytywna myśl przychodząca mi do głowy to pasterka. Jak co roku wybieramy się z chłopakami na pasterkę do „kościoła”, mile spędzając czas na zabawie. Może to nie jest fair co do niektórych osób i wiary chrześcijańskiej, ale mnie nad zbyt to nie obchodzi. Nie chodzę do kościoła, nie dlatego, że jestem bezbożnikiem, satanistą lub dlatego, że chcę zrobić nazłość komukolwiek. Również nie z tego powodu co co niektórzy się tłumaczą, że „nie lubią księży”. Ogólnie nie interesuje się sprawami księży ani tym podobnych grup społecznych. Po prostu mam to w dupie. Nie obchodzi mnie czy oni kradną czyjeś pieniądze czy nie. Czy jeżdżą drogimi samochodami czy rowerami. Ludzie narzekają, że księża mają pieniądze znikąd, ale moim zdaniem to tylko i wyłącznie wina pustego człowieczeństwa. Nie odwiedzam świątyń ze względu na odprawiające się msze bez według mnie żadnej idei prowadzącej, a nawet choćby próbującej przybliżyć katolika bliżej Boga. Zadaje sobie pytanie co niektórzy myślą wybierając się, wchodząc do kościoła i uczestnicząc we mszy świętej. Otóż moja odpowiedź brzmi następująco: NIC. Nie myślą po prostu nic. Idą do kościoła bo tak nakazuje religia, a nie po to by porozmawiać z Bogiem. Idą tępo i pusto nie zastanawiając się po co właściwie powinno chodzić się do kościoła. Przecież to tylko godzina w tygodniu, przyjdą, posiedzą, wrzucą złotówkę na tacę by ksiądz mógł sobie uzbierać ma porsche i pójdą nie myśląc o niczym do domu by wykonywać rutynowe czynności. Zaś stare „mohery”, które są co dziennie w kościele o szóstej rano, zjawiają się tam bo chcą zostać zauważone przez księży, może dlatego, że chcą z nimi porozmawiać, a może dlatego, że ich zegar biologiczny nakazuje im wstać o piątej i z braku zajęć wybierają się na mszę. Tego akurat do końca pojąć nie zdołam dopóki sam nie stanę się starym dziadem. Wstałem z łóżka po chwili rozmyślania o pasterce i jak zawsze włączyłem muzykę. Dzień spędzałem strasznie nudno siedząc przed komputerem i myśląc o tym jak fajnie znów byłoby poczuć wspaniały zapach i jak cudownie by było gdyby na którejś z wigilii zdarzyło się coś niesamowitego, coś ponad umysły wszystkich organizmów rasy ludzkiej. Starałem się odrzucić myśl o czymś co mogłoby stać się ale jest mało prawdopodobne, że się stanie. Nie chciałem się nakręcać bo gdybym za bardzo na coś wyczekiwał i to by nie przyszło to byłbym zawiedziony. Przyszedł czas kolacji wigilijnej, którą pierwszą spędzałem w domu i która zresztą najbardziej mi odpowiadała, ponieważ były na niej tylko trzy osoby włącznie ze mną. Siadam przy stole wyczekując na mamę i młodszego brata. Gdy przyszli szybko zacząłem się dzielić z nimi opłatkiem by mieć już to z głowy. Na moje szczęście mama też nie lubi życzeń i tych irytujących zwyczajów, więc wszystko poszło sprawnie, gładko i prawie bezboleśnie. Jem barszcz czerwony z uszkami i myślę, że za nim wyjdę na kolejne uroczystości będę już najedzony. Przy rozmowie z mamą dowiaduje się, że na wigilii u taty będzie tylko tato i jego brat. Więc znów spadł mi kamień z serca, że nie będę musiał użerać się z tymi wszystkimi bezsensownymi życzeniami od członków całej rodziny. Jednakże chciało mi się śmiać, ponieważ moja rodzina osiągnęła szczyt debilizmu i kretynizmu robiąc sto tysięcy uroczystości. Z jednej strony gówno mnie to obchodzi, a z drugiej strony chce mi się z tego wszystkiego śmiać. Jak można zachowywać się tak beznadziejne, może nie tyle co nieodpowiedzialnie ale dziecinnie i obalając wszelkie teorie na temat dorosłości. Ja nigdy nie zamierzam być w pełni dorosły. Pełnoletni owszem, ale będę próbował do końca myśleć takim tokiem jakim myślę teraz, bo tak mi najwygodniej. I wcale się nie boję, że będę taki jak moja rodzina. Nie obawiam się tego ani trochę, bo wiem, że tak nie będzie. Zjadłem co miałem zjeść tak samo jak mój brat i mama, więc dała nam prezenty. Patrzę na brata jak rozpakowuje niespodziankę i przypominam sobie czas gdy mi też oczy tak samo świeciły przed rozdarciem schludnego papieru. Teraz już tego nie czuję. Nic już nie czuję. Dostaje coś, ale tak bardzo nie chcę nic dostawać, bo po pierwsze nic sam nie dałem, a po drugie nie wiem jak mam się zachować. Mam udawać szczęście z prezentu? To chore i nienormalne, a może po prostu ja jestem chory. Biorąc pod uwagę wszystko i tak symuluję szczęście, chodź nie wiem na jakim poziomie mi się to udaje. Sądzę, że sam nie nabrał bym się na szopkę, którą przedstawiam. Kończąc całe przedstawienie, które wydaje mi się nie tylko odgrywane przeze mnie, wychodzę z bratem do taty na kolejną wigilię. Tam sytuacja powtarza się, lecz na moje nieszczęście dużo, może nawet aż za dużo poważniej niż uroczystość u mamy. Modlę się razem z domownikami, odklepując oczywiście przysłowiowy „pacierz”, o którym nawet nikt nie myśli. Nikt nie myśli o słowach, które wypowiada w klepanej modlitwie, bo to kolejny nic nie znaczący rytuał religijny. Po modlitwie przyszedł czas na najgorsze. Życzenia. Chce mi się wymiotować. Jednak mój geniusz opanowania, który trenowałem przez ostatnich kilka lat bardzo dobrze się spisał i myślę, że nie zauważono mojego totalnego pojebania sprawy. Znów jedzenie, które na siłę wmusiłem w siebie wykrzykując: „jakie to pyszne”. Gdy kolejny spektakl w moim wykonaniu zakończył imprezę idę przed telewizor odciąć się od rzeczywistości i czekając z utęsknieniem na pasterkę. W końcu słyszę dźwięk wyczekiwanego dzwonka z telefonu i nie czekając ani minuty dłużej wychodzę na dwór spotkać się z chłopakami i poniekąd podzielić się wrażeniami z kolacji. Tak. Znów jest ciemność. Znów chłodne powietrze muska mi twarz. Tej nocy znów będę nie grzeczny. Ale nie zabierając duszę w otchłań lecz bawiąc się na maksa z przyjaciółmi.
5 Leżę na pustyni. Gorący piach uwiera nieprzyjemnie w plecy. Czuję jakbym nie miał w sobie ani jednej kropli wody. Suchy język wysuwa się lekko na wargę w poszukiwaniu powiewu chłodnego wiatru. Już wiem co się stało. Pasterka była udana. Nie mam ochoty otwierać oczu i stanąć twarzą w twarz z dniem. Nie mam ochoty bić się z życiem o przetrwanie. Mogę przecież zostać na pustyni i zdechnąć jak zwierzę z odwodnienia. Jednak nie zrobię tego, bo wiem, że mam jeszcze wiele spraw do załatwienia. Tyle rzeczy do zrobienia. To wszystko czego jeszcze nie doświadczyłem czekało na mnie w czeluściach mojej podświadomości, a ja na tyle wystarczająco chcę to poznać, że powoli otworzę powieki, boleśnie stoczę się z wyra i dopadnę kranu, w którym drzemie moje zbawienie. Zimna woda. Po tej genialnej myśli uzupełnienia płynów musiałem skorzystać z toalety, a następnie znów położyć się do łóżka. Czasem chciałbym poczuć coś innego. Jakieś znaczące dziwne uczucie. Tymczasem w mojej głowie zaczynają roić się chore myśli. Jakbym nie był sam. Jakby ktoś szeptał do mnie. Zaczynam odczuwać chęć zrobienia czegoś, nawet nie wiem zbytnio czego, ale wiem, że muszę coś zrobić. Muszę poczuć choć na chwilę, że jeszcze żyję. Wiem, że głos szumiący w mojej głowie czegoś potrzebuje. Nie wiem co się ze mną dzieje. To pewnie dlatego, że dzisiejszej nocy nie byłem na polowaniu. Czy moje życie z ciemnością może aż tak znacząco wpływać na zwykłą codzienność? Na czyjąś duszę będę musiał zaczekać do nocy. Noc jest od przyjemności. Nie mogę wplątywać w swoje życie aż takiej psychozy. Idę do łazienki by umyć zęby i twarz. Spoglądam w lustro i od razu nasuwa mi się myśl jak bardzo się nienawidzę. Odgarniam włosy z oczu i nagle zauważam coś dziwnego. Moje oczy są innego koloru niż zwykle. Nie są niebieskie, ani blado szare. Są wyraźnie zielone. Moje gałki oczne to nieodkryte części kosmosu. Nie pierwszy raz zmieniają kolor, lecz pierwszy raz aż tak wyraźnie. Patrzyłem na siebie wściekle zielonymi tęczówkami. Czy to efekt uboczny braku zawitania we mnie ciemności tej nocy? Nie mogłem znaleźć innego wytłumaczenia dlaczego wstałem z ochotą zrobienia czegoś nie koniecznie zdrowego i zupełnie innymi oczami. Nie myśląc o tym doprowadziłem się do ładu i wyszedłem z domu nie jedząc śniadania. Przechadzam się po mieście i nie mogę odciągnąć od siebie dziwnych myśli. Na dodatek z tego wszystkiego zapomniałem słuchawek i wyraźnie słyszałem głos w mojej głowie. Nie jestem sam. Tego jestem pewny. To coś chce żebym coś zrobił i co raz bardziej się temu poddaję. Może powinienem zapisać się na jakąś terapię, przecież coraz częściej słyszę to coś. Ale dziś jest inaczej. Nie tylko go słyszę ale też czuję. Czy…