Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 36 min czytania

Cień

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

ROZDZIAŁ I

Telefon zadzwonił dokładnie o 8:41. Siedziałam w kuchni z głową opartą na łokciu, bezmyślnie śledząc ruch wskazówek zegara. Prychnęłam, gdy usłyszałam dobrze znaną mi melodię wydobywającą się z aparatu. Od dziecka uczono mnie, że zgodnie z prawami etyki nie powinno się zakłócać życia prywatnego innych dzwoniąc przed 9 rano. Miałam, więc prawo nie kryć zażenowania, tym bardziej, że wiedziałam, kto wówczas nie pamiętał o tej złotej zasadzie kultury. Wstałam z krzesła i powoli zmierzałam ku swojemu pokojowi, gdy zaczepiła mnie matka. Kobieta w wieku średnim, wiecznie niezadowolona i dość pusta wewnętrznie, jeśli by patrzeć z punktu widzenia intelektualisty. Nie żebym żywiła do niej jakąś ukrytą urazę, ale szczerze wolałam unikać jej obecności. Marie wprost emanowałam egoizmem i chociaż rzekomo podawała się za moją rodzicielkę, przez 17 lat swojego mdłego życia nie potrafiłam znaleźć ani jednego podobieństwa między nami. Nie znaczy to jednak, że owe nie istniały. Z niechęcią odwróciłam głowę i zaszczyciłam ją wyjątkowo znudzonym spojrzeniem. - Dzwonił adwokat. - Zaczęła. - Wiem. - Prawdopodobnie już jutro będziemy mogli się pakować. Jeśli nie masz nic na głowie, a zakładam, że nie, idź do sklepu i poproś o kilka kartonów. Jeszcze dziś wieczór chcę uporządkować i zapakować drobiazgi. - Poklepała mnie niepewnie po łopatce i uśmiechnęła się zachęcająco. Bez słowa narzuciłam na ramiona kurtkę i wyszłam na zewnątrz. Padało. Z nieba wędrowały ku ziemi miliardy lekkich i malutkich kropelek deszczu. Schowałam głowę pod kapturem i szybkim krokiem ruszyłam przed siebie. Do sklepu miałam około 2 minut drogi, ale to wystarczyło, żeby snuć przez nie plany na najbliższe 20 lat. Zgodnie z tym, co mówili rodzice mieliśmy przeprowadzić się do jakiejś tandetnej wsi na drugim końcu kraju. Osobiście uwielbiałam zatłoczone i ciasne uliczki Nowego Jorku i ciężko przychodziło mi wyobrażanie sobie lepszych dni na Alasce. Chociaż nie miałam żadnych zajęć dodatkowych, a w sferze przyjaźni istniałam jako potencjalne zero to mimo wszystko było mi przykro opuszczać swój rodzinny dom. Nie, nie należę do osób, którzy rozczulają się nad sobą, ale przyjmując moją postawę za ekscentryczną wobec całej codzienności i prozy życia mam prawo trochę sobie ponarzekać. Wtedy wydawało mi się nawet, że z czasem zatęsknię za starą szkołą i dzielnicą, ale szybko stłamsiłam tę myśl, przypominając sobie, że należę do tych, którym najlepiej wychodzą proste interakcje z komputerem niż z żywymi istotami. Możliwe, że dość niejasno ujęłam swoją sytuację. Byłam skazana na przeprowadzkę do Kenai. Nie oszukujmy się, nikt nie chciałby mieszkać w jakiejś dziurze w klimacie okołobiegunowym. W tej kwestii nie ma nawet znaczenia, że odziedziczyliśmy tam wielką rezydencję po dziadku. Kogo obchodzi majątek faceta, którego nie widziało się na oczy? Absurd. Nie powiedziałam jednak rodzicom, co o tym myślę. Czułam się bardziej dojrzała emocjonalnie niż oni, więc wykazałam się odpowiedzialnością i oszczędziłam im powtórnej analizy plusów i minusów przeprowadzki. Byłam dzieckiem idealnym. I to wcale nie jest egocentryzm. Co do tych kartonów - przywlokłam je do domu Zmokły, ale kto mógł przewidzieć, że będzie padać? Nie zwykłam wyglądać przez okno i sprawdzać warunków atmosferycznych przed wyjściem.

Ledwo powstrzymywałam się od sięgnięcia na półkę po książkę z dobrymi manierami. Siedziałam na łóżku i rozpaczliwie usiłowałam zwrócić na siebie uwagę brata. Licząc średnio, stan jego gniewu trwał nie dłużej niż 2 dni. Tymczasem nie miałam z nim kontaktu werbalnego od tygodnia, co było niegrzeczne z jego strony. Powiedzmy, że wiedziałam, o co mu chodzi i że tym razem to ja trochę zawiniłam. No dobra, całkiem zawiniłam. Swoją drogą, kto powiedział, że muszę tolerować każdą jego dziewczynę? To niedorzeczne, żeby zmieniać je w ciągu miesiąca. Nigdy nie myślałam, że mój starszy o całe 2 lata brat może być aż tak zdesperowany. Obserwowałam w zamyśleniu jak przerzuca kartony z jednego końca pokoju na drugi, tworzy małe piramidki i wynosi je do wielkiej ciężarówki stojącej przed domem. To był właśnie ostatni dzień w NY. Wtedy miało zacząć się coś nowego, największa przygoda mojego życia. Wyjeżdżałam w przekonaniu, że świat jest szary i zbudowany z przykrej rutyny, ale z czasem miałam się przekonać, że magia potrafi zmienić piekło w raj.

Ku swojemu wielkiemu zdziwieniu nie mogłam sobie przypomnieć, którą nogą wstałam rano. Nie należałam do ludzi przesądnych, ale takie szczegóły się liczą. Przynajmniej wiedziałam, dlaczego często miewałam złe dni. Lewa noga pchała się zawsze pierwsza. Szybko doszłam jednak do wniosku, że w tę noc obie były spuszczone. Spałam w samolocie. Przeklęty transport lotniczy też psuje z góry dzień. Zastanawiałam się właśnie, co by było, gdybym dla odmiany trzymała obie w górze, ale przerwała mi matka. W końcu zorientowałam, sie, że taksówka zaparkowała pod olbrzymią bramą. Z boku łączyła się ona z wysokim murem obrośniętym jakimś nieznanym mi gatunkiem roślinności. Poza tym, przez zamgloną od deszczu szybę samochodu nie byłam w stanie zobaczyć więcej. Odwróciłam wzrok w stronę swojej rodzicielki i spojrzałam pytająco w jej oczy. - Garbielle, kochanie, jesteśmy na miejscu. Wyglądasz na zmęczoną. Travis z ojcem wniosą bagaże, a my obejrzymy dom. Podobno czeka nas mnóstwo niespodzianek. Czyż to nie wspaniałe? - W jej głosie słyszałam nutkę radości, pomieszanej z powątpiewaniem. - Tak, jasne. – Burknęłam - Ja i tak będę tęsknić za swoją lampką nocną z czerwonym Power Rangers.

Nie byłam religijna, ale gdy zobaczyłam nasz nowy dom skojarzył mi się z niebem, czymś w rodzaju siedziby Jezusa. Jakimś cudownym sposobem brama otworzyła się i stanęłam na wprost porażającej wielkości rezydencji zbudowanej z brunatnej cegły, najpewniej jakieś dwa wieki przed moim urodzeniem. Wyraźnie widziałam, ze składała się z dwóch skrzydeł, wschodniego i zachodniego. Przed moim nogami rozciągała się długa, wyłożona kamieniami alejka, wzdłuż której, po obu stronach rosły wysokie świerki, zasłaniające ogród. Zarzuciłam swoją torbę na ramię i bez wahania ruszyłam przed siebie. Powietrze było wyjątkowo rześkie, mogłabym rzec, że nawet mroźne. Droga nie wydawała się aż tak długa, ale postanowiłam otulić się szczelniej swetrem. Przystanęłam, żeby zapiąć guziki i podniosłam głowę do góry. Oszacowałam wysokość budynku na jakieś 30m. Pod samymi drzwiami zdawało mi się, że wieżyczki toną w chmurach. Jak zwykle oszczędziłam bliskim swoich spostrzeżeń i nie czekając na nich zakołatałam do drzwi. Nie byłam pewna, czy minęło chociaż 5 sekund, gdy te otwarły się z trzaskiem, a moim oczom ukazał się drobnej postury człowieczek o pomarszczonej twarzy i siwej czuprynie. Dygnęłam grzecznie i czekałam na dalszy rozwój sytuacji. Widać nieznajomy również nie troszczył się o resztę mojej rodziny, gdyż wpuścił mnie do środka i skinął głową. - Witam, panienko. Nazywam się Daniel Ridarri i w moim obowiązku leży zapewnienie panience należytej opieki i pomocy. Jeśli byś zechciała, mógłbym od razu pokazać ci twój pokój. To na samej górze. Mam nadzieję, że schody nie stanowią problemu. - Uśmiechnął się bardzo życzliwie. Rzadko miałam okazję doświadczyć tak miłego powitania. Postanowiłam nie pozostać mu dłużna i w kilka pierwszych słów włożyłam całą magię swojego uroku osobistego. - Och, bardzo mi miło. Jestem LenaLifton. Moja rodzina powinna tu niedługo zawitać. - Wysiliłam się na skromny uśmiech i odwróciłam głowę, patrząc wyczekująco w stronę drzwi. - Rzecz jasna, jakoś przeżyję te schody i bardzo chętnie obejrzę pokój. Szliśmy krętymi korytarzami wspinając się wciąż ku górze. Miałam wrażenie, że umarłam i właśnie kieruję się ku blasku światełka. To był jednak zły wpływ telewizji na mój rozwój. Za bardzo wierzyłam w te głupoty oglądane na ekranie. Tuż przed wyjazdem śledziłam na Discovery losy Margaret z północnej Kalifornii, która przeżyła śmierć kliniczną. Mniejsza o to. Hol na trzecim piętrze, o ile dobrze policzyłam, był wyłożony czerwonym dywanem i zdawał się nie mieć końca. Kurczowo trzymałam się Daniela, gdyż pojedyncze kinkiety nie były w stanie oświetlić całej tej przestrzeni. Bałam się zabłądzić. Jedyne, co dostrzegłam, to niemałych rozmiarów obrazy wypełniające pustkę ciemnobrązowych ścian. - To tu,Leno. - Otworzył przede mną białe drzwi. - Twój świętej pamięci dziadek wynajął dekoratora wnętrz i urządził ten pokój dla ciebie. Rozgość się. Doniosę potem osobiste bagaże. - Ukłonił się i wyszedł z pokoju.

Całe wnętrze było biało-czarne, więc czułam się jak w internetowej grze szachowej. Na ścianach wisiał mój portret z czasów, gdy uczęszczałam jeszcze do przedszkola. Na zgrabnym biurku stał komputer, a po biegnącym obok kabelku poznałam, że jest podłączony do sieci. Podwójne łóżko zasłane dla tylko jednej osoby, ozdobione dziesiątką białych poduszek stało tuż przy dużym oknie. Otworzyłam je natychmiast i spojrzałam w dół. Jak małe mróweczki dostrzegłam Travisa i ojca dźwigających walizki. Uśmiechnęłam się sama do siebie i położyłam na sofie, mając w planie lekką drzemkę.

Jeśli ktoś kiedykolwiek zapytałby mnie, czy rzeczywiście śnił mi się brunet o niebieskich oczach, skłamałabym. Prawdę mówiąc ten sen wracał do mnie każdej nocy od czasu przybycia do Kenai, chociaż osobiście nie znałam chłopaka o takim wyglądzie. Paranoja, tak, wiem. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy przypadkiem nie budzi się we mnie kobieca wrażliwość, na którą czekałam będąc małą dziewczynką. Jako pięciolatka marzyłam o zawodzie strażaka, więc niewątpliwie brakowało mi delikatności. Trudno jednak stwierdzić taką cechę, gdy mój charakter był całkowicie nasiąknięty cynizmem i ironią. Przyznam, że czasem mi to przeszkadzało. Dni wakacji mijały niemiłosiernie szybko i starałam się uciec myślami od bardzo bliskiej wizji pójścia do nowej szkoły. Spacerując alejkami w ogrodzie skupiałam się bardziej na krzewach krwiście czerwonych róż, niż na ilości potrzebnych książek. Nie żebym była romantyczką, ale żyjąc w świecie introwertyzmu nauczyłam się doceniać piękno. Kilkoma większymi krokami pokonałam trawnik, za co Daniel byłby gotowy mnie udusić i przystanęłam nad kwiatami. Wyglądały tak niewinnie, ale wiedziałam, że pod delikatnymi płatkami kryją kolce. Broniły się przed światem. Broniły się przed nim tak jak i ja. Przez chwilę poczułam jakąś niezwykłą więź z florą, ale przerwałam rozmyślania, słysząc trzask łamanych gałęzi na sąsiedniej dróżce. Odgarnęłam włosy z czoła i podążyłam za odgłosem, niszcząc przy okazji zadbaną trawę własnej posiadłości. Więź z roślinnością znikła w mgnieniu oka. Prawdziwie mówią, że kobieta zmienną jest. - O Boże, nic ci nie jest ? - Krzyknęłam przestraszona i podbiegłam do leżącego pod ogromnym klonem chłopaka. W tak krótkiej chwili mojej uwadze nie uszła nawet przewrócona drabina, która spoczywała wiernie, obok nieznajomego. Ukucnęłam i lekko uniosłam głowę chłopaka. Natychmiast cofnęłam ręce, widząc jego szeroko otwarte oczy. Były pełne zdumienia i wstydu. Wstałam i otrzepałam ubranie. – Jestem Lena. Powinieneś bardziej na siebie uważać. Wszystko okay? - Spojrzałam na chłopaka i uśmiechnęłam się tak uroczo jak tylko umiałam. - Tak, dzięki. To tylko kostka, chyba jest skręcona. - Odpowiedział bardzo wolno i ostrożnie, nie spuszczając ze mnie wzroku. - Tylko powiadasz? Chyba zawołam ojca, pomoże ci. Mógłbyś mi na początek powiedzieć, co tu robisz? - Skrzyżowałam ręce na ramionach i uniosłam zniesmaczona brwi. Widząc intruza na swoim terytorium podobnie jak róża, musiałam się jakoś bronić. Nie dało się nie zauważyć, że tęczówki chłopaka stały się bardziej niebieskie, a on przyjął dość złowrogi wyraz twarzy. Zacisnął usta i nic nie odpowiedział. - Jak sobie chcesz. Ja mam czas, a ty może nie zamarzniesz na śmierć leżąc na murawie. - Wzruszyłam ramionami i naciągnęłam czapkę na uszy. Zrobiłam kilka kroków, żeby się rozgrzać i usiadłam pod drzewem. - William, jestem twoim ogrodnikiem. Daniel to mój wuj. - Usłyszałam po krótkiej chwili. - O, widzisz, Robimy postępy. Bardzo mi miło. Mieszkasz tu, czy tylko pracujesz? - Ciągnęłam swój wywiad, uśmiechając się pod nosem. - Coś za dużo pytań zadajesz. Mieszkam. Wątpię jednak, żebyś mnie znalazła. To aż 10 pięter, 67 sypialni. Postaram się nie wchodzić ci w drogę. - Rzucił wymijająco. Z całą pewnością słowotok mu nie groził. Widziałam jego lekkie zdenerwowanie tą rozmową, więc postanowiłam przemilczeć temat. Pokiwałam natomiast ze zrozumieniem głową i wyciągnęłam do niego rękę. - Pomogę ci dojść do domu.

Ojciec wysadził mnie pod gmachem głównym publicznego liceum w Kenai. Był pierwszy dzień nowego roku szkolnego. Powlokłam się w kierunku głównego wejścia, odwracając, co chwilę głowę, żeby w oddali dojrzeć mercedesa taty. Znów czułam się jak mała dziewczynka, którą zostawiono samą w przedszkolu. Fakt faktem, odkąd tu mieszkałam byłam bardzo osamotniona. Przez 3 miesiące nie poznałam ani jednej osoby, co jeszcze bardziej wepchnęło mnie w stan depresji. Może to klimat tak na mnie działał, ale stałam się kompletnie inną osobą. Pragnęłam ciepła, towarzystwa i miłości, czego niestety nie mogłam znaleźć w najbliższym otoczeniu. Pamiętam tylko, jak często przy kolacji Daniel opowiadał nam o dziadku, o wielkim majątku i zazdrości mieszkańców miasteczka. Z dnia na dzień coraz lepiej poznawałam własny dom. Błąkałam się po opuszczonych korytarzach i wsłuchiwałam się w pustkę. Cisza łagodziła moje nerwy. Żyjąc w przekonaniu, że wtapiam się w rutynę świata Kenai, nawet nie zdawałam sobie sprawy ile niespodzianek czekało mnie w niedalekiej przyszłości.

Postawiłam nogę na schodach budynku i wspięłam się na górę. Obca ręka przytrzymała mi drzwi. Podniosłam głowę i zobaczyłam Williama. Nie patrzył na mnie. Nawet nie był odwrócony w moją stronę. Po prostu otworzył drzwi i czekał aż wejdę. - Nie widziałam cię od miesiąca. - Powiedziałam ponurym tonem. - Mówiłem, że nie wejdę ci w drogę. Wybacz, śpieszy mi się. - Potrząsnął głową i nie oglądając się zniknął w środku. Musiałam wyglądać na dość skołowaną, bo, gdy tylko przekroczyłam próg szkoły otoczyła mnie grupka nieznajomych. Nieprzytomnie rozejrzałam się po ich twarzach. Poczułam, że ktoś ściska moją dłoń. Odruchowo ją cofnęłam i z przestrachem zrobiłam parę kroków w tył. Usłyszałam śmiech, ale nie potrafiłam ocenić z czyich ust się wydobywał. Nagle odcięłam się od świata. Przed oczami migały mi jedynie kolorowe kółka. Musiałam narobić sporego szumu swoim zachowaniem, bo wokół mnie zdawała się tworzyć coraz to większa zgraja ciekawskich. Domyślałam się, że wyglądało to tak, jakbym przedawkowała silny narkotyk, a więc pragnienie wywarcia dobrego, pierwszego wrażenia na nowych znajomych legło w gruzach. Ocknęłam się z tego letargu, bo dobrej minucie, czując, że ktoś odciąga mnie za ramię na bok.

- Co ci jest do diabła? Zachowujesz się jak obłąkana. - Obie dłonie Williama znalazły się nagle na moich policzkach. Prawa przesunęła się ku skroni i założyła niesforny kosmyk moich kasztanowych włosów za ucho. Jego ciemnoniebieskie tęczówki zastygły, doszukując się w moich, czarnych, odpowiedzi na swoje pytanie. - To ty. - Wyjąkałam bez sensu. - Tak, to ja. Źle się czujesz? Wyglądałaś na chorą na korytarzu. Odwieźć cię do domu? - Zasypywał mnie idiotyczną ilością pytań. Zdziwiło mnie to nagłe zainteresowanie moją osobą. Prawda była taka, że nie potrafiłam ogarnąć całej tej sytuacji. Przeceniłam siebie. Nowy dom, nowa szkoła, nowi znajomi. Okazało się, że nawet ja mam uczucia. W tej właśnie chwili tęskniłam za przeszłością. Wchodząc do szkoły najzwyczajniej sparaliżował mnie strach. - Zostać z tobą? - Mój ogrodnik potrząsnął mną lekko. - Nie, nie. Poradzę sobie. Po prostu zawróciło mi się w głowie. Dzięki ... William. - Uśmiechnęłam się słabo i ruszyłam wolnym, niestabilnym krokiem przed siebie. Wiedziałam, że czas wziąć się w garść. Byłam już dużą dziewczynką, a łzy nie służyły mojej urodzie. Nie mogłam jednak nic nie poradzić, bo tego ranka płynęły z moich oczu, pozostawiając po sobie czarne ślady z rozmazanego tuszu. Wstydziłam się ich. Pragnienie ukrycia się przed światem było jednak nie do spełnienia. Znów otoczyła mnie grupka gapiów. Otarłam twarz rękawem i przystanęłam sfrustrowana. Dziewczyna o długich, blond włosach uśmiechnęła się do mnie szeroko i podeszła, wyciągając w moją stronę rękę. - Jestem Alexis. A ty pewnie to … - zawahała się - … LenaLifton. Chodź, oprowadzę cię trochę po szkole. - Zgadza się ... - Uścisnęłam dłoń dziewczyny i po chwili ruszyłyśmy ramię w ramię korytarzem. Pomyślałam, że może tym razem będzie mi dane przejść go bez żadnych paraliżów i płaczu. - Wszyscy tu na ciebie czekali. Kenai to małe miasteczko, mamy tylko jedno liceum i wieść, że przybędzie ktoś nowy szybko się rozniosła. Zresztą sama zobaczysz, jak szybko się u nas zaaklimatyzujesz. Chłopcy będę cię ubóstwiać. Jesteś ładna. Po raz pierwszy tamtego dnia poczułam, że ktoś naprawdę chce się ze mną zaprzyjaźnić. Alexis była nie tylko miła i pomocna, ale wszystko to, co mówiła zdawało się brzmieć szczerze i prawdziwie. Uśmiechnęłam się mimo woli. - Dziękuję. Chromosomy Y są wszędzie takie same. Jeśli mam ich zainteresować tylko ze względu na swoją urodę to bardzo dziękuję za takie znajomości. - Roześmiałam się i skręciłam za dziewczyną do sali matematycznej. - Wygląda na to, że razem mamy algebrę. Usiadłam w ławce, racząc się zaintrygowanymi spojrzeniami nowych koleżanek i kolegów. Znów wrócił dobry humor, wróciła dawnaLena. Krytyczna, bezwzględna i zimna. Zaczęłam się zastanawiać nad nową sytuacją. W głowie kłębiło mi się tysiąc myśli. Rozmyślałam pół lekcji. Co innego można robić na lekcji? Przespałam drugą jej część. To był przypadek.

- Jak tam…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Cień — czytnik · opowiadania