Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 58 min czytania

Cień jednorożca - krwawe widmo

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Krwawe widmo

Tego dnia nad Wawelskim Wzgórzem słońce zachodziło krwawo. Był to kolejny złowróżbny znak, który objawił się w ostatnim czasie. Ludzie z lękiem spoglądali w kierunku zamku. Od kilku dni wisiało nad nim jakieś nieszczęście. Tydzień temu nad jedną z zamkowych fos załamała się kładka i jedna ze służebnych dziewek uderzyła się tak nieszczęśliwie, że w kilka godzin później wyzionęła ducha w kaplicy. Dwa dni później załamała się z niewyjaśnionych powodów podłoga w jednej z izb. Na szczęście poza kilkoma złamanymi kośćmi nie stało się nic bardziej tragicznego. To, co poczytywano jednak za najgorszy omen, wydarzyło się w kręgu książęcej rodziny. Elżbieta, dwunastoletnia córka książęcej pary, nagle straciła przytomność i znalazła się w obliczu śmierci. Akurat trwały przygotowania do jej zaślubin z młodziutkim, niewiele od niej starszym, chorowitym Karolem Martelem ze zdobywającego coraz większe znaczenie rodu Andegawenów. Ślub ten miał ostatecznie przypieczętować sojusz małego Piastowicza z francuską dynastią wymierzony głównie w znienawidzonego Przemysła Ottokara. Dla księcia Władysława pojawiał się w ten sposób promyk nadziei na przezwyciężenie piętrzących się przed nim trudności. A było ich bez liku. Od czasu, kiedy z wielkim trudem udało mu się przejąć władzę nad stołecznym Krakowem i rozpocząć dzieło układania w jedną całość Regnum Poloniae, problemy zaczęły narastać lawinowo. Nie dość, że cały czas wisiało nad Krakowem bardzo bliskie niebezpieczeństwo z sąsiedniego Śląska, gdzie czyhali stronnicy wrocławskiego księcia Henryka, mającego wsparcie potężnego Przemyślidy sięgającego właśnie po cesarską koronę to na dodatek jeszcze w samym Krakowie wyrosła potężna opozycja przeciwko Łokciowi, na której czele stał wszechmocny biskup Muskata, który potajemnie ściągał niemieckie mieszczaństwo niesprzyjające księciu, wśród którego pojawiali się też bardzo dziwnie mówiący i zachowujący się kupcy w orientalnych strojach, których skrzecząca mowa przypominała żabi rechot. Niektórych z nich zaczęto wręcz oskarżać o przynależność do bractwa magów, a krakowski ludek zaczął obawiać się rzucania uroków i niechętnie opuszczał wieczorami swoje domostwa. Czarami tłumaczono również nagłą chorobę księżniczki Elżbiety. Rzeczywiście, okoliczności bardzo wyraźnie wskazywały na użycie wobec niej jakiejś ciemnej siły. W czasie uczty, jaką wydano na jej cześć, księżniczka zdecydowała, że – by uczcić swą dorosłość – spróbuje wina z wawelskich piwnic. Po namyśle – za aprobatą matki – książę łaskawie wyraził zgodę, z czego dziewczyna natychmiast, z łapczywością charakterystyczną dla jej wieku, skorzystała. Pierwszy łyk księżniczka przełknęła bez trudności, jednak przy drugim zakrztusiła się nagle, poczerwieniała na twarzy, wyprężyła jak struna i bez zmysłów padła w objęcia dwórek. Od tego momentu księżniczka bez przytomności leżała w swojej komnacie, a koło jej łoża paradowała niezliczona ilość medyków, którzy nie potrafili w niczym pomóc. Stan zdrowia księżniczki pogarszał się praktycznie z godziny na godzinę. Jej oddech był coraz słabszy, a ciało coraz zimniejsze. Cień śmierci położył się już na jej obliczu i cały dwór a także miasto nie rozmawiało już o niczym innym, jak tylko o rychłym zgonie Elżbiety oraz jego przyczynach. Według praktycznie wszystkich wchodziła tu w grę jedynie czarna magia, za której użycie odpowiadał z pewnością złośliwy pan Wrocławia. Mały książę i jego małżonka nie pokazywali się publicznie, kryjąc swój ból w zaciszu wawelskich murów. W takiej właśnie atmosferze, w pierwszym dniu kwietnia do Krakowa, nad którym słońce zachodziło czerwono, wjechał maleńki orszak. Na jego czele jechał potężnie zbudowany rycerz, którego okrycie sugerowało, że wywodzi się gdzieś z łużyckiego pogranicza. Tuż za nim jechał barczysty giermek, w którego kosmatych łapach lśnił olbrzymi bojowy topór. Kawałek za tymi dwoma olbrzymami trzymał się siwowłosy starzec odziany dosyć dostatnio. Jego odzież i sposób siedzenia na koniu wskazywały na osobę, która raczej rzadko miała okazję do końskiej jazdy. Wszyscy trzej wydawali się jednak być doskonale obznajomionymi z wąskimi krakowskimi uliczkami. Zaraz po przekroczeniu bramy, gdzie tylko miejscy pachołkowie zwrócili na nich niewielką uwagę, podążyli w kierunku zaułka przy ulicy Szewskiej. Tam potężny giermek zgrabnie zeskoczył ze swojej kobyły i zniknął w niepozornej bramie, skąd dobiegała woń gotowanej kapusty, co natychmiast zauważył potężny nos siwowłosego starca. Po chwili z bramy wyłoniła się sylweta giermka, za którym człapał przygarbiony człowieczek w poplamionym tłuszczem odzieniu. Widząc rycerza rozciągnął twarz w uśmiechu. - Witajcie, dostojny bracie Winrychu! Że też nie obawialiście się w takim czasie wyruszać w drogę do Krakowa, gdy czarni żołdacy Przemysła i jego psa Henryka strzegą, by nawet mysz z czerwonym krzyżem nie mogła przejść tutaj ze Śląska. – głos człowieczka dźwięczał kpiarskimi nutami. Winrich von Kniprode uśmiechnął się pod czarnym wąsem, który świeżo zagościł pod jego nosem. Mikołaj z Długolasu, który był tutejszym rezydentem templariuszy, znany był z dość nietypowego poczucia humoru. - Witaj, Mikołaju! Cieszę się niezmiernie, że Czarni jeszcze cię nie dopadli. – potężne ramiona rycerza omal nie zdusiły człowieczka, który ciężko sapiąc prawie wyrwał się z jego objęć. - Nie wyręczaj, panie, sług Nieprzyjaciela w pozbawianiu mojej skromnej osoby życia! Kto wam panie dał tyle siły? Nie przystoi to normalnemu człowiekowi! Ciągle narzekając, Mikołaj poprowadził gości w głąb obszernego podworca, który krył się za bramą. Na jego skinienie z podcieni wyskoczyło kilku pachołków, którzy odebrali od mężczyzn konie i jak cienie zniknęli razem z nimi. Mikołaj, kłaniając się nisko, powiódł ich teraz poprzez zaciemniony korytarz do obszernej izby rzęsiście oświetlonej pochodniami, gdzie przy masywnym stole Winrich z towarzyszami szybko posilili się obfitą kolacją, którą solennie skropili pienistym piwem. Przez dłuższą chwilę izbę napełniał chrzęst obgryzanych i miażdżonych w potężnych żuchwach kości oraz siorbanie wydobywające się z przepastnych gardzieli mężczyzn. Rzeczywiście ostatnio niezbyt często mieli okazję do jedzenia takich specjałów, jakie zgotował im krakowski przedstawiciel templariuszy. Wreszcie, gdy głód został zaspokojony, Winrich odezwał się, bacząc jednak, by jego głos nie dotarł do niepowołanych uszu. - Bracie Mikołaju, cóż to dzieje się w krakowskim grodzie, że wrze w nim jak w ulu, na który stado szerszeni szykuje swój najazd? Czyżby przeklęty Henryk próbował przejąć władzę nad Krakowem? – w głosie Winricha wyczuwalna była nuta zaniepokojenia. Pojawienie się w Krakowie najgroźniejszego ze sług czeskiego władcy mogło w sposób zasadniczy pokrzyżować jego plany i zniweczyć misję powierzoną mu przez Wielkiego Wtajemniczonego. - Na szczęście, nic o tym nie słychać – z ulgą odpowiedział Mikołaj z Długolasu. – A w Krakowie i bez tego źle się dzieje. Same nieszczęścia tylko nas spotykają – narzekał dalej człowieczek. - Przestań wreszcie jęczeć jak baba! – przerwał mu w końcu stary towarzysz Winricha, który do tej pory zajmował się głównie pożeraniem niezliczonej ilości mięsiwa. - Nie wiesz, co mówisz, czcigodny mistrzu Janie! – w spojrzeniu Mikołaja było bardzo wiele wyrzutu. – Gdybyś mieszkał w Krakowie to od ciągłego narzekania twoja broda stałaby się jeszcze bardziej siwa, jeśli to, oczywiście, jeszcze możliwe. - Dość tych przekomarzań – przerwał gwałtownie Winrich. – Co się dzieje na Wawelu? - Wybacz, dostojny panie! Ostatnie nieszczęścia strasznie nas jednak przytłoczyły. – Mikołaj przerwał na chwilę i wreszcie wydusił z siebie wyznanie – Nasza księżniczka Elżbieta właśnie oddaje ducha Panu! - Elżbietka?! Umierająca?! – Winrich wręcz rzucił się w kierunku Mikołaja. – Mów! – wycharczał ciężko, dysząc prosto w ucho człowieczka. - Mówi się powszechnie, że to czary. Księżniczka napiła się odrobinę wina i zaraz potem padła jak martwa. - Otrucie?! - Niemożliwe, panie! – żywo zaprzeczył krakowski templariusz. – To samo wino chwilę wcześniej piła księżna pani. Wiem to od naocznego świadka. Zresztą medycy, których wezwał książę Władysław, wszyscy jak jeden odrzucili możliwość zatrucia. Nie umieją jednak wyjaśnić przyczyny, co powoduje z kolei, że nie potrafią wyleczyć skutków. A księżniczka gaśnie wręcz w oczach! - Smutne i przerażające to wieści! – z powagą w głosie rzekł Winrich. – Świadczy to, iż cień Nieprzyjaciela dotarł nawet tutaj. Miał więc rację mistrz Jacob, twierdząc, iż doczekaliśmy czasów ostatecznych – z zastanowieniem dodał rycerz. Jego towarzysze spojrzeli na niego ze zdziwieniem. Winrich von Kniprode nie był raczej znany z czarnowidztwa. Rycerz nie miał jednak zamiaru tłumaczyć się przed kimkolwiek ze swego ponurego nastroju. - W bardzo to niekorzystnym dla nas momencie się wydarzyło. Akurat chciałem prosić księcia Władysława, by udzielił mi drobnej pomocy w zamian za niegdysiejsze posługi. Lecz w zaistniałej sytuacji obawiam się, że nie będzie mieć czasu i głowy dla starego przyjaciela. Serce też mi się kroi, że Elżbietka, którą niańczyłem na swoich rękach nie żyje! - Źle mnie zrozumiałeś, dostojny panie! – zaprzeczył, wymachując rękoma, Mikołaj. – Nie mamy jeszcze wieści o śmierci księżniczki, chociaż spodziewamy się jej lada chwila. - A więc nie wszystko jeszcze stracone! – zakrzyknął Winrich i odwrócił się w kierunku siwowłosego towarzysza: - Mistrzu Janie, czy zgodzicie się? Starzec bez słowa pokiwał głową, nie przerywając jedzenia. Winrich zerwał się gwałtownie i szybko zaczął przechadzać się wzdłuż stołu. - Nie wszystko więc stracone! – powtórzył Winrich, nagle się zatrzymując. - Mikołaju, użyj wszystkich swoich wpływów, by książę przyjął nas jeszcze dzisiejszego dnia! – dodał. Mikołaj skłonił się głęboko i wybiegł z sali, powiewając szerokimi rękawami, które furkotały z hałasem. Winrich odprowadził go wzrokiem i usiadł na ławie naprzeciwko starego mistrza Jana. - Jak myślisz, bracie? – zapytał z naciskiem – Czy potrafisz rozpoznać przyczynę? Starzec zastanowił się chwilę i wzruszył ramionami. - Zobaczymy! – powiedział krótko i na powrót zatopił zdrowe jeszcze zęby w parującym mięsiwie. Winrich, znając go doskonale, wiedział, że dalsza rozmowa z Janem nie ma większego sensu. Odwrócił się więc w stronę swego milczącego giermka i rzekł: - Benko! Ruszysz natychmiast pod Szewską Bramę i tam zapytasz o kanonika Nankiera. Gdy go odnajdziesz, upewnij się, że to właściwa osoba. Nankier ma charakterystyczną brodawkę na prawym kciuku. – giermek skinął na znak zrozumienia – Dasz mu wtedy ten znak i powiesz, że jego właściciel czeka na wypełnienie poleceń wtajemniczonego. – w ręku Winricha pojawiła się chusta z wyhaftowaną czerwoną różą, którą podał olbrzymowi. – Pamiętaj, Benko! – napomniał go jeszcze raz – Oddasz ją tylko kanonikowi Nankierowi. Miej też na wszystko baczenie! Giermek, który od wjazdu do Krakowa nie wypowiedział ani słowa, zniknął cicho jak duch. Benko służył u Winricha już od kilkunastu lat, chociaż – prawdę mówiąc – trudno to było nazwać służbą. Winrich uratował mu życie, wyzwalając go z rąk okrutnego księcia legnickiego Bolka, którego nawet własni synowie przezywali Rogatką. Sadysta ten chciał koniecznie przekonać się naocznie o nadludzkiej sile Benka, więc kazał mu rozerwać gołymi rękoma pewnego złodziejaszka. Benko jednak odmówił, co spowodowało, że Bolko rozkazał wrzucić go do jamy pełnej rozjuszonych niedźwiedzi, skąd właśnie wyratował go templariusz. Od tego momentu Benko stał się swoistym „drugim cieniem” rycerza, któremu ten wierzył prawie jak sobie samemu, wiedząc, że słowa do niego skierowane wpadają w bezdenną studnię milczenia, skąd żadna siła nie jest w stanie ich wydobyć. Winrich był pewien, że od kiedy poznał swego giermka nie było jeszcze dnia, w którym wypowiedziałby on więcej niż pięćdziesiąt słów. Wiedział jednak, że może mu we wszystkim wierzyć. Winrich usiadł na ławie i poluzował sprzączki podtrzymujące ciężkie blachy, jakie ochraniały jego ciało. Miał teraz chwilę wytchnienia, których ostatnimi czasy bardzo mu brakowało. Od czasu, gdy w ponurym i tajemniczym zamczysku Ritzerfeld otrzymał od Wielkiego Wtajemniczonego Jacoba de Valois misję odnalezienia przedmiotu symbolizującego czystość, nie zaznał ani chwili spokoju. Żył jakby w ciągłej gorączce, zdając sobie sprawę, że wszyscy wysłannicy Opiekuna Zwierciadła mają bardzo niewiele czasu, nim się on dopełni. Winrich był i tak w najlepszej sytuacji, gdyż Jacob dał mu wyraźne wskazówki gdzie i czego ma szukać. Ale dalsza wędrówka bez pomocy ze strony księcia Władysława była praktycznie niemożliwa. A tutaj sytuacja uległa wyraźnemu skomplikowaniu. Choroba Elżbiety wywołana najprawdopodobniej przez sługi Nieprzyjaciela mogła bardzo znacznie opóźnić wypełnienie misji. Na dodatek Winrich zastanawiał się, czy nieszczęście, jakie dotknęło rodzinę Piastowicza, jest przypadkowe, czy też kryje się w tym jakiś cel. Te wątpliwości mogła jednak rozwiać tylko rozmowa z Władysławem. Winrich potrząsnął głową i jednym ruchem rozwiał bujne włosy, które wymknęły się ze srebrnego pątlika. Z lżejszym już sercem spojrzał z nieskrywanym rozbawieniem na siorbiącego pienisty napój siwego towarzysza, który ani na chwilę nie przerwał ucztowania. - Mistrzu Janie?! Jednego tak naprawdę nie jestem w stanie pojąć! – Starzec zaciekawiony przerwał siorbanie. – Jesteś najbardziej uduchowioną osobą, jaką znam. Chyba przyznasz, że mało kto może się równać z tobą w znajomości ludzkiej duszy. Równocześnie jednak nie znam nikogo innego, kto byłby równie łasy na pokusy podniebienia, co wy, czcigodny mistrzu. Jak to możliwe, by godzić rzeczy tak sprzeczne ze sobą? Starzec pogładził się po długiej brodzie, przy okazji z lubością masując brzuch. - Jesteście jeszcze bardzo młodzi, dostojny bracie Winrichu. Takie rzeczy pojmuje się, prawdę mówiąc, dopiero z wiekiem i doświadczeniem. Widzisz, już wielki biskup z Hippony twierdził, że ciało i dusza wzajemnie się dopełniają i stanowią nierozerwalną jedność. - Wybaczcie, dostojny mistrzu! – ze śmiechem przerwał wywód templariusz. – Cóż to jednak ma wspólnego z uciechami stołu? - Ależ, oczywiście! – z oburzeniem zakrzyknął mistrz Jan. – Kto dba o rozwój duszy, musi dla równowagi dbać o ciało! A kiedy się jeszcze wie, jak niewiele czasu pozostało (a to można dostrzec jedynie z perspektywy mojej brody) to każda rozkosz dana podniebieniu jest nieocenionym skarbem, za który należy wręcz dziękować niebiosom. Musisz zaś wiedzieć, że… Winrich wręcz utonął w potoku słów, jaki wylał się z ust mistrza Jana, który teraz wyrzucał je z szybkością godną noszonego przydomka. Nie na darmo bowiem Jan nosił drugie imię Chryzostoma, co tłumaczyło się w potocznej mowie przymiotnikiem złotousty. Winrich doskonale znał jednak siłę i moc, jaka tkwiła w wymowie starego Jana Chryzostoma. Kiedyś po takim przemówieniu margrabia Ludwik Rzymski stwierdził, że słowa Jana potrafią poruszyć kamienie i rycerz rzeczywiście w to wierzył. Sam był zresztą świadkiem tego, jak w taki właśnie sposób starzec powstrzymał stado rozjuszonych wilków. By jednak w pełni wykorzystywać swój dar, Jan musiał stale ćwiczyć, a to dla osoby będącej ciągle w jego towarzystwie stawało się z czasem dość męczące. Nic więc dziwnego, że Winrich bez trudu wyłączył swój zmysł słuchu, gdyż wiedział, że Jan będzie teraz co najmniej przez godzinę perorował o urokach ucztowania, o przeżytych biesiadach, czy też wreszcie wpływie kwasów żołądkowych na życie duchowe i z całą pewnością nie zauważy, iż jego współtowarzysz oddał się w ramiona Morfeusza. Sen templariusza był jednak niezwykle czujny. Jak każdy człowiek stale narażony na niebezpieczeństwo potrafił nawet we śnie wyczuć czyjeś zbliżanie. Pierwszy wrócił Benko, który dosłownie w trzech słowach zrelacjonował wypełnienie swego zadania. - Będzie czekać! Jutro! – wymruczał jakby każde słowo raniło jego podniebienie i nie zwracając już większej uwagi na Winricha, zabrał się do czyszczenia skórzanej kapoty swego pana. Niemal w tej samej chwili na podworcu pojawiła się skulona w szybkim marszu postać Mikołaja z Długolasu. - Udało się, wasza dostojność! – wydyszał ciężko – Książę oczekuje na was, panie! Musimy iść, jego miłość Przemko z Przemankowa, ochmistrz książęcy czeka na nas! Winrich wraz z gadającym ciągle mistrzem Janem podążyli w ślad za Mikołajem. Na zewnątrz czekał na nich ubrany w czarne szaty mężczyzna z płową czupryną i sumiastymi wąsami, który z uszanowaniem skłonił się templariuszowi. Przemko poprowadził ich na Wawel mało uczęszczaną ścieżką wznoszącą się od strony rozlewiska Wisły. Przy małej furtce, gdzie nikt niepowołany nie mógł ich dostrzec, czekał już barczysty strażnik zamkowy, który na znak Przemka wpuścił Winricha i jego siwobrodego towarzysza. Książę czekał na nich w niewielkiej komnatce, gdzie zwykł przyjmować gości, o których nikt poza nim nie powinien wiedzieć. Był to mężczyzna jeszcze nieprzekraczający trzeciego krzyżyka życia, na którym jednak niezliczone troski i trudy pozostawiły swoje piętno. Jego wzrost nie bez racji powodował pogardliwe przezwisko, jakim ochrzcili go wrogowie, ale od razu – nawet ze sposobu poruszania się – dało się w nim wyczuć człowieka o niezwykłej mocy charakteru. Winrich spotkał go po raz pierwszy, kiedy był on jeszcze niewiele znaczącym brzeskim książątkiem, u którego już wtedy jednak świtała myśl o wielkości. Winrich, rozpoczynający wtedy karierę przedstawiciela templariuszy w tej północnej krainie, rozpoznał w nim osobę, na której zakon mógł opierać plany wymierzone w sojuszników Nieprzyjaciela. I rzeczywiście ich współpraca okazała się bardzo owocna. Okrutny Henryk Probus i czarne zastępy Przemysła Ottokara opuściły jak niepyszne Kraków, dokąd triumfalnie wkroczył Łokietek, u którego boku dumnie jechał Winrich von Kniprode. Łokietek przy powitaniu rozłożył szeroko ręce, podejmując z kolan templariusza. Jego głos był nieco chrapliwy, a podkrążone oczy zdradzały niewyspanie. Z pewnością książę od kilku dni raczej rzadko sypiał. - Witaj, dostojny bracie Winrichu! Jak zawsze zjawiasz się w trudnym dla mnie momencie. Witaj, stary przyjacielu! - Książę! Jestem w pełni do twej dyspozycji! Jeżeli będę Wam, panie, mógł w czymkolwiek pomóc, rozkazuj! – templariusz skłonił się głęboko, a w jego ślady poszedł natychmiast stary Jan. - Wiem, przyjacielu! – książę uśmiechnął się smutno – Nie wiem jednak, czy jest jakaś ludzka siła, która mogłaby mi pomóc. - Miejcie, panie, Boga w sercu. Dopóki życia, dopóty nadziei! Ja, skromny sługa Świątyni przynoszę Wam trochę światła, które może przezwycięży Ciemności, w jakich jesteście pogrążeni! - Bracie Winrichu! – wykrzyknął Łokietek, chwytając mocno ramiona templariusza – Jeśli potrafisz uzdrowić mą córkę, uczyń to na Boga! – ostatnie słowa książę praktycznie wykrzyczał i już ciszej z nutką powątpienia dodał: - Ale przecież sprowadziłem najlepszych medyków, a i oni nie potrafili nic zaradzić! - Właśnie, medyków! – podkreślił żywo Winrich – Może tu trzeba czegoś zgoła innego! – templariusz przybrał tajemniczy wyraz twarzy – Oto jest, panie, mistrz Jan Chryzostom. Nie znam lepszego lekarza ludzkiej duszy od niego. Chociaż nie lubi, by nazywać go medykiem to mało kto na świecie potrafi prześcignąć go w wiedzy medycznej. - Rzeczywiście! – podjął natychmiast, gładząc siwą brodę, mistrz Jan. – Wolę, by nazywano mnie lekarzem, gdyż medycy zajmują się tylko ciałem, a według mnie leczyć należy od „psyche” a nie od „corpore”. - Potrafisz więc pomóc mojej córce?! – wydyszał książę Władysław. Starzec rozłożył szeroko ręce i wbrew swoim zwyczajom krótko odpowiedział: - Wszystko jest w ręku Pana! - Jeśli ktokolwiek może Elżbiecie pomóc, to jest to właśnie mistrz Jan! – pewnym głosem rzekł Winrich. Słowa te najwidoczniej uspokoiły księcia, który teraz gorączkowo począł przechadzać się po komnacie. Winrich z Janem spojrzeli po sobie i starzec poprosił wreszcie: - Czy możecie, panie, kazać zaprowadzić mnie do chorej?! - Sam was zawiodę! – obruszył się książę. Władysław mimo mikrego wzrostu poruszał się nadzwyczaj sprawnie i obaj jego goście ledwo za nim nadążali. Jego szkarłatna szata furkotała w powietrzu, ostrzegając mieszkańców zamku, że książę nadchodzi. Winrich kątem oka zauważył ciemną sylwetkę, której kształt go zaniepokoił. Nie miał jednak czasu, by to sprawdzić, ale wieloletnie doświadczenie podpowiadało mu, że jest to coś, czym warto się w przyszłości zainteresować. Widać szpiedzy Nieprzyjaciela rzeczywiście dotarli na Wawelskie Wzgórze. Zdyszani weszli wreszcie do komnaty strzeżonej przez dwóch halabardników. Władysław rozkazującym gestem nakazał, by strzegące księżniczki dwórki opuściły natychmiast pomieszczenie, po czym zbliżył się do zasłanego puchem łoża i z rzadką u niego czułością pogładził zimniejące lico córki. Winrich mógł się jej teraz lepiej przyjrzeć. Bardzo się zmieniła od czasu, kiedy widział ją po raz ostatni. Wtedy była jeszcze dzieckiem, które często chowało się za matką.Teraz wyglądała na zupełnie dorosłą kobietę. Nic dziwnego, w końcu przekraczała już wiek, w którym dziewczęta stają się kobietami. Miała już dwanaście wiosen. Teraz jednak na jej twarzy pojawił się cień, którego widok zmroził serce templariusza. Nienaturalną bladość oblicza podkreślała dodatkowo grzywa czarnych włosów, które rozsypywały się po haftowanej złotem poduszce. Winrichowi zdawało się, że księżniczka została uwięziona w lodowej powłoce, z której nikt i nic nie jest w stanie jej wydobyć. Dopiero teraz zwrócił uwagę na swego towarzysza. Mistrz Jan od momentu, kiedy wkroczył do komnaty, zachowywał się jak człowiek pogrążony w głębokim transie. Zaraz po wejściu wciągnął głęboko powietrze i zastygł przez chwilę w bezruchu. Następnie przystąpił do oględzin księżniczki, bezceremonialnie odsuwając od łoża księcia, który chyba nawet tego nie spostrzegł, pogrążony w bólu. Starzec najpierw położył swą dłoń na czole Elżbiety i – wbiwszy oczy w kasetonowy sufit – chwilę kontemplował. Potem, mrucząc z cicha, zgarnął pęk włosów księżniczki i głośno je obwąchał. Jakby nie w pełni zadowolony z wyników swoich poszukiwań, podniósł powiekę dziewczyny i dłuższy moment przypatrywał się oku dziewczyny, tym razem mrucząc z wyraźnym zadowoleniem. Po jego minie Winrich wywnioskował, że mistrz Jan poznał już przyczynę choroby księżniczki. - Panie! – zwrócił się do księcia starzec – nie mamy zbyt wiele czasu. Dlatego proszę, by moje zalecenia wykonywano bezzwłocznie i jak najściślej. Władysław wyrwany z odrętwienia natychmiast zrozumiał, iż otworzyła się przed nim furtka nadziei, o której już prawie zapomniał. Bez wahania więc zastygł w oczekiwaniu na polecenia dziwnego medyka. - Po pierwsze, panie, wyślesz do nadwornego zielarza po liście babki, których pęk ma zostać zaparzony w gorącym wywarze. Po wtóre, nakażesz panie, by osoby, które spędziły z księżniczką ostatni dzień przed ucztą zgromadziły się gdzieś w pobliżu, gdyż będą mi one potrzebne. Wyślecie też panie do gospody Mikołaja z Długolasu zaufanego sługę, by przyniósł mi pewien srebrny flakonik, który znajduje się w moich jukach. Niech jednak pamięta, by pod żadnym pozorem nie próbował do tego puzderka zaglądać. Władysław, nie mieszkając, wyszedł spełnić polecenia, a Winrich – korzystając z okazji – zapytał, nie mogąc opanować ciekawości: - Czy wiecie już mistrzu? Jan bez chwili zastanowienia przytaknął: - Nie mam jeszcze wszystkich przesłanek, ale myślę, że rozmowy z dwórkami księżniczki ostatecznie rozwieją me wątpliwości. Teraz jednak jeszcze nie chcę o tym mówić! – starzec przerwał nagle i począł usilnie pocierać czoło, na którym wystąpiły krople potu. – Muszę opuścić chwilowo komnatę! – zakomunikował –Wy, bracie Winrichu, pozostańcie przy księżniczce! Medyk prawie biegiem, jakby ścigany przez jakąś siłę, opuścił komnatę. Winrich odprowadził go wzrokiem, w którym pojawiły się skry przerażenia. Jego wyczulone przecież zmysły nie wykryły żadnego niebezpieczeństwa. Coś jednak najwidoczniej zmusiło mistrza Jana do nagłego wycofania się. Z uwagą rozejrzał się po komnacie, ale nic nie mąciło jej spokoju. Może zrobiło się w niej odrobinę chłodniej. Dopiero teraz zdecydował się podejść do Elżbiety. Jej czoło było chłodne chłodem zbliżającej się śmierci. Winrich w pierwszej chwili pomyślał z przerażeniem, że Elżbieta już umarła, ale – kiedy się lepiej wpatrzył – dostrzegł, iż jej piersi podnoszą się w płytkim oddechu. Z ulgą usiadł na skraju łoża. Tak naprawdę nie był pewien, czy dobrze zrobił angażując się tak mocno w całą tę sprawę. Jeżeli mistrzowi Janowi nie uda się uleczyć księżniczki, Łokietek z pewnością nie udzieli mu niezbędnej pomocy w dalszej podróży. Wchodziła nawet w grę możliwość, że rozwścieczony niepowodzeniem książę każe uwięzić śmiałków, którzy ośmielili się go mamić płonną nadzieją. Winrich znał aż nazbyt dobrze gwałtowną porywczość Władysława. Z drugiej jednak strony śmierć Elżbiety, która byłaby raczej nieuchronna, mogła okazać się kamieniem, o jaki rozbiłaby się cała misja. W tym momencie drzwi komnaty otwarły się i pojawił się w nich Przemko z Przemankowa. - Dostojny panie, twój przyjaciel prosi Was do sąsiedniej komnaty. Ja pozostanę z księżniczką – dodał natychmiast, widząc zaniepokojenie templariusza. Jan najwidoczniej zaczął już przesłuchanie świadków. Na Winricha, który usiadł na ławie stojącej w kącie, nie zwrócił nawet uwagi. Przed nim siedziała młodziutka dwórka księżniczki znana z widzenia rycerzowi. O ile dobrze sobie przypominał, pochodziła z możnego rodu Łabędziów i była spokrewniona z potężnym wojewodą Spycimirem. Jako najbliższa przyjaciółka Elżbiety zdawała ona teraz relację o wigilii nieszczęśliwego dnia, w którym zachorowała jej pani. W dniu tym obie w tajemnicy wyruszyły pomyszkować po mieście. Planowały tę wyprawę już od dawna, spodziewając się po niej dreszczyku emocji, której tak bardzo księżniczce brakowało. Zagłębiły się w ciemne uliczki krakowskie prowadzące w kierunku osady zwanej Piaskiem położonej w pobliżu wiślanych komyszy. Nie cieszyła się ona zbyt dobrą sławą, ale - jak twierdziła dwórka – Elżbieta zmierzała tutaj jakby na umówione spotkanie. Mistrz Jan słuchał tego z niezwykłym zainteresowaniem. - Tuż nad Wisłą – ciągnęła płowowłosa dziewczyna – siedział na gołej ziemi dziwny mężczyzna, który na nasz widok natychmiast podniósł się i zatrzymał księżniczkę – głos dwórki zaczął drżeć z emocji. – Próbowałam krzyczeć, ale on mi nie pozwolił. - W jaki sposób? – zadał natychmiast pytanie mistrz Jan. - Po prostu patrzył! Te jego świecące oczy… takie straszne…okropne… - dziewczyna zaczęła łkać rozpaczliwie. Mistrz Jan pochylił się nad nią litościwie i pogładził jej jasną główkę. - Spokojnie, dziecko! – pocieszał ją cicho i łagodnie skierował ją ku wyjściu. W drzwiach przekazał ją starszej niewieście i gestem dał znak, iż chce pozostać sam na sam z Winrichem. Po czym z wyrazem triumfu na twarzy odwrócił się w kierunku rycerza. - - Wiem już wszystko! – triumfalnie obwieścił medyk. – To po prostu bazyliszek! To jego spojrzenie zmroziło księżniczkę. Winrich w duchu zadrżał. O bazyliszkach słyszał już wcześniej, ale były to opowiadania, w których zmyślenie mieszało się z prawdą. Legendy, opowiadane ściszonym głosem przy płonącym ognisku, mówiły o straszliwych potworach wyrywających wzrokiem z ludzi siły żywotne. Występowały one niezwykle rzadko na świecie i nikt właściwie nie wiedział, kiedy i w jaki sposób zaczęły gnębić ludzkość. Tylko z rzadka ujawniała się ich właściwa natura, natomiast na codzień bazyliszki żyły pomiędzy ludźmi, chociaż były też wśród nich egzemplarze, które przybierały na stałe potworną wężowato-ptasią postać. Swoją ofiarę dobierały z reguły wcześniej, badając zasób sił witalnych w niej zgromadzonych. Hipnotyzowały ją przy tym, z czego ta nie zdawała sobie w ogóle sprawy. W ten sposób nawiązywały kontakt za pomocą swoistej mentalnej więzi, która na kształt duchowego pomostu łączyła bazyliszka z upatrzoną osobą. Poprzez nią z wolna bazyliszek poczynał wysysać siły i życie z ofiary. Trwało to z reguły kilka dni nim ofiara bazyliszka wyzionęła ducha. Raczej nie zdarzało się, a przynajmniej Winrich o tym nie słyszał, by bazyliszek porzucił swoją zdobycz żywą. - Jesteście w stanie ją, mistrzu, uratować? – z niepokojem zapytał rycerz. Starzec uśmiechnął się pod siwym wąsem. - Już kiedyś zmierzyłem się z tego typu potworem i wyrwałem z jego objęć ofiarę. Myślę, że przy odrobinie szczęścia uda się wyrwać też księżniczkę z paszczy potwora. Bracie Winrichu, będzie mi potrzebna jednak wasza pomoc. Jan Chryzostom, szarpiąc swoją brodę, rozpoczął powolny marsz wzdłuż komnaty. Namyślał się jednak niezbyt długo. - Po pierwsze musimy koniecznie zlokalizować nić życia, poprzez którą działa bazyliszek i w odpowiednim momencie, ale tak, by potwór był…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%