Fantastyka · 26 min czytania
Cień jednorożca - rozdział 1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Prolog Była ciemna noc, której nie rozświetlało nawet nikłe światło księżyca. Okutana w ciemny płaszcz postać chyłkiem przemknęła wzdłuż murów Zamku, unosząc w ramionach niewielkie zawiniątko. Mężczyzna krył się w mrocznych cieniach, wyraźnie nie chcąc, by ktokolwiek go zauważył. Był w tym mistrzem. Nie potrafił zliczyć, ile razy przedtem wymykał się z miasta w ten sposób, choć jego bagaż był zazwyczaj innego rodzaju. Znanymi tylko sobie ścieżkami opuścił miasto, omijając warty przy bramach, i skierował się ku lasowi, obficie porastającemu Wzgórza Margateńskie. Zatrzymał się dopiero na niewielkiej polanie, głęboko w leśnej głuszy, gdzie był absolutnie pewien, iż jest bezpieczny. Usiadł na zwalonym pniu i odłożył zawiniątko na bok. Spod chusty dobiegło ciche kwilenie. Mężczyzna jakby się na chwilę zawahał. Patrzył przez dłuższy czas na niezwykły pakunek, a potem, podejmując ostateczną decyzję, wyciągnął długi sztylet. Zabijanie noworodków nie należało do przyjemności, ale tym razem nie miał wyboru. Podniósł rękę do ciosu, kiedy nagle polanę zalało jasnobłękitne światło. Mężczyzna zamarł, po czym odwrócił się powoli, jakby się obawiał, że gwałtowniejszy ruch może się dla niego skończyć niezbyt interesująco. Światło oślepiło go w pierwszej chwili, ale potem był w stanie rozpoznać końską sylwetkę z wielkim rogiem tkwiącym pośrodku dumnego czoła. W jednej sekundzie przypomniały mu się stare legendy o magicznych strażnikach panującej dynastii i o tych, którzy marnie skończyli, podnosząc zbrodniczą rękę na któregokolwiek z członków rodziny królewskiej. Sztylet wypadł mu z dłoni i odbił się od jakiegoś kamienia z cichym brzękiem. Jednorożec tupnął władczo kopytem i mężczyzna zaczął się powoli wycofywać. Na próbę wyciągnął rękę po zawiniątko, ale wtedy owa magiczna istota ruszyła na niego galopem. Wrzasnął tylko i zaczął uciekać. Wyżej cenił sobie własne życie niż zobowiązania wobec zleceniodawców. Widząc, że zagrożenie zniknęło, a raczej uciekło w popłochu, jednorożec przytruchtał powoli do zwalonej kłody i starannie obwąchał leżące w zawiniątku dziecko. Był to chłopiec. Uśmiechał się wesoło do pochylającej się nad nim magicznej istoty.
Rozdział pierwszy Wiosna w całej pełni i krasie. Słońce grzało intensywnie, jakby chcąc wynagrodzić ludziom, zwierzętom i roślinom zimowe mrozy i zawieruchy. W powietrzu unosił się upajający zapach świeżości i przyrody budzącej się do nowego życia. Trawa wybujała już prawie do kolan, zakwitły polne kwiaty, wśród których najwięcej czerwieniło się wielkich, delikatnych maków, tu i ówdzie bieliła się jasna plama stokrotek i jaskrów. Ptaki odprawiały swe gody, napełniając powietrze muzyką i trzepotem skrzydeł. Wszelkie życie wręcz szalało bujnością rozkwitu. Osada Irulan była jedną z nielicznych wiosek położonych tuż przy granicy Królestwa Keresh z Księstwem Gedwean. Teren ten obfitował w zbójów i bandytów, którzy corocznie urządzali krwawe wypady na obie strony granicy, pomimo wysiłków władców obu królestw, by im zapobiegać. O niebezpiecznej okolicy aż nazbyt dobitnie świadczyło wysokie, drewniane ogrodzenie, okalające całą osadę, palisada oraz wieża wartownicza tuż obok bramy, na której zawsze czuwało dwóch wojowników. W najbardziej niespokojnych dniach kilku wieśniaków pilnowało również pól i stad, chroniąc je przed rabusiami i podpalaczami. Zbrojne watahy niszczyły bowiem wszystko, czego nie były w stanie zabrać ze sobą. Wartownik obok bramy z uwagą obserwował okolicę – przynajmniej do czasu, gdy w polu jego widzenia nie pojawił się ktoś, którego osoba wywołała na jego twarzy uśmiech pełen złośliwej satysfakcji. Osobą tą był młody mężczyzna lat około dziewiętnastu, dźwigający na barkach nosidło z uczepionymi doń wiadrami pełnymi wody. Jego ostrożne kroki zdradzały wieloletnie doświadczenie w wykonywaniu tego rodzaju czynności, gdyż ani jedna kropla nie opuściła kołyszących się miarowo naczyń. Ów młody mężczyzna był średniego wzrostu, lecz szczupłość sylwetki sprawiała, że wydawał się wyższy niż był w istocie. Długie, kruczoczarne włosy miał starannie zaplecione w warkocz, niedbale przerzucony przez ramię. Bystre, błękitne oczy, osadzone szeroko przy szlachetnym w linii nosie, patrzyły uważnie i przenikliwie spod lekko zmarszczonych, prostych brwi. Miał smagłą karnację skóry, która wyraźniej niż wszystko inne wskazywała na fakt, iż Erendor nie było jego domem. Ubrany był w najgorsze łachmany, zupełnie nie licujące z jego powierzchownością. Jeden rękaw bezkształtnej tuniki był oberwany niemal do samego ramienia, ukazując naprężone mięśnie. Drugi rękaw został natomiast starannie połatany – trzymał się całej reszty tylko dzięki mocnym, lnianym niciom. Kiedy młody mężczyzna przechodził przez bramę, wartownik przesunął się niespodziewanie i błyskawicznym, niemal niezauważalnym ruchem, podstawił idącemu nogę. A potem patrzył z rechotliwym śmiechem, jak woda rozlewa się z przewróconych wiader, toczących się teraz z brzękiem po kamienistej ścieżce. – Może ci pomóc, Kalianie? – spytał wartownik pogardliwym tonem; okrutny uśmieszek nadawał jego przystojnej skądinąd twarzy wilczy wyraz. – Jak widzę, nie dajesz sobie rady z obowiązkami, wyznaczonymi ci przez radę tak wielkodusznie. Nie sądzisz, że Ilja powinien nauczyć cię rozumu? Młodzieniec podniósł się na nogi, nie zdradzając ni słowem, ni wyrazem twarzy, iż boleśnie zranił się kolano – czuł ciepłą strużkę krwi płynącą w dół po nodze. Rzucił swojemu ciemiężcy mroczne spojrzenie. Nie był aż tak bezbronny, jak inni by tego chcieli. – Strzeż się, Lama – powiedział cicho, wykonując nieznaczny, ale aż nadto wyraźny ruch dłonią. Uśmiech na twarzy tamtego zgasł raptownie, niczym płomień zdmuchniętej świecy. Drugi wartownik, nie słysząc tej rzuconej półgłosem groźby, nadal szczerzył zęby z wieżyczki, najwyraźniej ubawiony całą sytuacją. Dwaj młodzi mężczyźni mierzyli się jeszcze przez chwilę ciężkimi spojrzeniami, które zdradzały, że to nie pierwsza ich potyczka i na pewno nie ostatnia. – Rusz się, leniu! – wrzasnęła Alis, wychylając się przez drzwi chaty. – Nie będę czekała na tę wodę do samego wieczora! Kalian z rezygnacją wyciągnął ponownie napełnione wiadra z rzeki i zaniósł je – tym razem bez przeszkód – do chaty, w której mieszkał kątem wraz z Alis, Ilją i chmarą ich dzieci. Alis nie omieszkała go szturchnąć, kiedy przechodził obok. Kiedy znów wracał nad rzekę, jakieś smarkacze obrzuciły go twardymi kulami z błota i kamieni. Kalian spojrzał na nich groźnie i śmiechy raptownie umilkły, a ci, którzy rzucali, skryli się w pobliskich zaroślach. Dobrze wiedzieli, co może ich spotkać, jeśli nie zachowają ostrożności. Kalian był sierotą. Jego rodzice okazali się do tego stopnia nieodpowiedzialni, że zostawili noworodka pod wrotami Osady Irulan. Od tamtej pory, czyli od dziewiętnastu z górą lat, opiekowali się nim mieszkańcy wioski. Odkąd sięgał pamięcią, zawsze był obiektem drwin i ataków – i nie było nikogo, kto by się za nim ujął. Wyglądało to tak, jakby sierota zabierała ich rodzonym dzieciom przysługującą im porcję powietrza do oddychania. Początkowo niemowlęciem opiekował się stary Artemon, który nie miał własnych dzieci, gdyż wszyscy jego synowie zginęli podczas napadu ledwie pięć zim wcześniej. Ale Artemon pomarł, kiedy Kalian miał trzy lata i od tego czasu chłopiec mieszkał w chacie Alis, dla której był tylko dodatkową parą rąk do pracy i, co gorsza, dodatkową gębą do wykarmienia. Jadał pod stołem, razem z psem, gdzie i on i kundel mogli od czasu do czasu liczyć na resztki ze stołu. Położenie Kaliana byłoby być może nieco lepsze, gdyby nie jego wygląd i talent. Typowy nadgranicznik miał włosy w różnych odcieniach słomy, brązowe albo zielone oczy i jasną karnację skóry. Kalian wyglądał jak zielony chwast wyrosły na polu pszenicy. Poza tym posiadał moc i talent, a to czyniło go nie tylko podrzutkiem bez nazwiska i rodziny, lecz także odmieńcem. Miał wtedy ledwie cztery lata. Nie zbijał bąków, jak większość dzieci w jego wieku, lecz pracował, by zarobić na swoje utrzymanie – Alis postawiła sprawę jasno na samym początku – nie będzie pracował, to i nie będzie jadł i spał w jej chacie. Uznała, że pasanie gęsi jest w sam raz na jego siły. Odtąd ptaki były pod jego opieką. Musiał karmić je rano i wieczorem siekanymi pokrzywami, których musiał narwać wczesnym rankiem, jeszcze przed wschodem słońca. Potem wypędzał je na łąkę i pilnował, by żadna nie zawędrowała do lasu, w cierniowe zarośla lub nie została porwana przez drapieżniki. Kilku miejscowych chuliganów zaczęło mu w tym przeszkadzać. Zwykle chodziło im tylko o to, żeby się pośmiać – na przykład rozpędzali ptaki na wszystkie strony, a potem patrzyli ze śmiechem, jak on zagania je z powrotem w stado. Jeśli nie udawało mu się tego dokonać i stracił jakiegoś ptaka, dostawał tęgie cięgi najpierw od Alis, a potem od Ilji. Jeśli miał naprawdę pecha, a Ilja przychodził pijany, dostawało mu się podwójnie. Tamtego dnia rozrabiakom to nie wystarczyło. Kalian znosił dręczenie i naigrawanie cierpliwie, zniósł nawet "przypadkowe" kopniaki i szturchańce. W końcu nie wytrzymał. Wezbrał w nim taki gniew, że zupełnie stracił nad sobą kontrolę. Nie wiedząc właściwie, co robi, wycelował palcem w największego z dręczących go wyrostków i wypowiedział pewne słowo, tylko jedno, jedyne słowo. Nie minęło nawet jedno uderzenie serca – i chłopak zastygł jak kamień. To był Lama. Nigdy nie zapomniał tamtego upokorzenia i wymyślał coraz to nowe sposoby, by dokazać swojej wyższości. Nawet teraz, kiedy byli już praktycznie dorośli, nienawiść z dziecięcych lat trwała nadal. W ten właśnie sposób Kalian odkrył swój talent do posługiwania się magią. I chociaż rada starszych zabroniła mu go używać, ćwiczył nadal, w samotności, poznając jego zakres i moc. Miejsce do tego celu miał wręcz wymarzone – w pobliskim lesie mógł robić, co mu się podobało. I chociaż jego talent postawił go poza społecznością osady bardziej niż sieroctwo, to zarazem stanowił ochronę – oni widzieli co potrafił zrobić w gniewie i obawiali się tego, choć nikt z nich nie przyznałby się do tego za żadną cenę. Było coś jeszcze. Na jego lewej piersi, tuż obok serca, widniało blade, ale dość wyraźnie zarysowane znamię, do złudzenia przypominające ptaka ze wzniesionymi skrzydłami, jakby podrywającego się do lotu. Dla mieszkańców osady był to jeszcze jeden dowód na jego powiązania z ciemnymi mocami. Wszystko to początkowo sprawiało Kalianowi ból i cierpienie. Przeklinał los – za to, że był sierotą, za to, że obdarzył go magicznym talentem, za to, że w ogóle się urodził. Gdy był dzieckiem, tylko szloch wzbierał w jego piersi, a z oczu płynęły gorzkie, gorące łzy. Gdy wydoroślał, zaciskał zęby aż bolały go szczęki.
Kalian podniósł głowę, kiedy od strony chat dobiegło go natarczywe wołanie. Pewnie Alis znów czegoś od niego chciała – "przynieś, wynieś, pozamiataj" – tylko do tego był jej potrzebny. Udał, że nie słyszy jej natarczywych wrzasków. Cokolwiek to było, mogło spokojnie zaczekać. Chłopak przemknął do drewnianego mostu, spajającego brzegi leniwie toczącej swe wody rzeki Laerdal, przebiegł na drugą stronę Traktu i ruszył w kierunku lasu. Gdy znalazł się pośród pierwszych drzew, nie dobiegał go już żaden dźwięk z wioski. Las nie był tak zwyczajny, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. To był magiczny las. Żaden mieszkaniec wioski nie mógł do niego wejść, nie narażając przy tym życia – z wyjątkiem Kaliana. To był jego azyl. Lubił tu przebywać. Tutaj nie był odmieńcem, lecz częścią większej całości. Lubił zapach ściółki i świeżo opadłych liści, lubił słuchać śpiewu ptaków wysoko w górze i szumu wiatru w koronach drzew. I było tu coś, czego nikt nawet się nie domyślał, że istnieje. Kalian już z daleka dostrzegł wśród drzew błękitną poświatę, której wcale nie tłumiło światło słońca przesączające się przez gęste listowie. Jego jedyny prawdziwy przyjaciel... Stał na niewielkiej polance, pasąc się soczystą trawą. Srebrny róg zalśnił, kiedy padło na niego światło. Jednorożec podniósł czujnie głowę, słysząc zbliżające się kroki, ale kiedy stwierdził, że nie ma zagrożenia, spokojnie wrócił do jedzenia. Chłopak usiadł pod drzewem i przyglądał mu się z uśmiechem. To stworzenie było całkowicie wolne, pozbawione więzów, jakie nakładałaby nań ludzka społeczność, gdyby był człowiekiem. Kalian zazdrościł mu tej swobody. Wielokrotnie chciał opuścić osadę i powędrować przed siebie. Był jednak niepełnoletni i mieszkańcy Osady Irulan mogli bardzo łatwo upomnieć się o prawo "opieki" nad nim. Do osiągnięcia dorosłości brakowało Kalianowi zaledwie dwóch lat. Jeszcze tylko dwa lata. A potem upragniona wolność. Gdy jednorożec zaczął rozmazywać się przed jego oczyma, Kalian oparł głowę o pień drzewa i spokojnie czekał na to, co miało się za chwilę wydarzyć. Przyzwyczaił się już do swoich spojrzeń w przyszłość lub przeszłość, co na ogół było dlań nierozróżnialne. Tym razem wiedział, że patrzy w przyszłość – zobaczył siebie samego, dużo starszego niż w tej chwili. Stał nad paleniskiem, na…