Kryminał · 20 min czytania
Cienie nad Gopłem
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Aleksander Prętnicki Cienie nad Gopłem Prolog Zamek Popiela wynurzał się z mgły jak stara legenda, która nie chciała umrzeć. O wczesnym poranku, gdy jezioro Gopło jeszcze spało pod warstwą mlecznobiałej pary, kruszwicka twierdza trwała nieporuszona — czarna sylwetka w krajobrazie, jakby ktoś wbił do ziemi olbrzymi, kamienny palec wskazujący winnego. Gołębie na blankach, drzewa na dziedzińcu, woda cieknąca z miedzianej rynny — wszystko czekało jakby na znak. I tak każdego dnia. Od dawna. Mówiono, że zamek nigdy nie zasypia — że nawet gdy mgła pokrywa dachy, ktoś tam liczy zboże, waży srebro albo słucha, co szepcze wiatr od strony państwa Polan. W środku, w jednej z wyższych komnat, Popiel nachylał się nad drewnianym stołem, pisząc. Nie był już młody, choć jego włosy wciąż trzymały się głowy z podejrzaną lojalnością. Broda, starannie rozczesana i posmarowana olejkiem o zapachu cisu, zdradzała więcej próżności niż mądrości. Oczy miał łagodne, piwne, czasem zdawało się — melancholijne. Byłoby to nawet ujmujące, gdyby nie to, że w kącie jednego z nich siedziało coś… lepkiego, podejrzanego, przypominającego drobny, złośliwy błysk. – “Do Pani Mirny z Boru Krwawnika…” – mamrotał pod nosem, maczając pióro w atramencie. – “Z wielką radością przyjmuję wiadomość, iż zgodziła się Pani przyjąć moje skromne zaproszenie…” Poprawił się. – “Z wielką radością... z niekłamaną radością... hmm... nie, z przesadnie wielką radością...” Skrzypnięcie zza jego pleców. Popiel nie spojrzał. – To tylko wiatr, Bursztynku – powiedział spokojnie, z uśmiechem, do kota, który siedział na parapecie. Po chwili znów skupił się na piśmie. Każda litera była starannie formowana, jakby pismo miało zostać wytatuowane na czyjejś skórze. Jego pióro znało słowa, które mogły rozkazywać, ułaskawiać albo wzywać — wszystko zależało od tego, kto je potem odczyta i komu wsunie pergamin do ręki. Odłożył pióro. Westchnął. Podszedł do okna. Z tej wysokości widział wszystko: spowite mgłą jezioro, rude dachy podzamcza, rozkopane pola — jakby ziemia była nerwowa i nie mogła usiedzieć w miejscu. Gdzieś tam, za horyzontem, zaczynały się ziemie Polan — tych samych, których w kronikach nazywano młodszymi braćmi Goplan, choć od dawna nikt już nie wierzył w braterstwo. Ponownie skierował wzrok w stronę żyjącej w swoim tempie Kruszwicy. Z góry ludzie wyglądali jak mrówki. A może nie ludzie. Może to tylko myszy w przebraniach. – Czas ożywić to miejsce – szepnął z uśmiechem. – Trochę zamieszania dobrze im zrobi. Za jego plecami atrament w kałamarzu lekko zabulgotał. Zamek zadrżał niezauważalnie — może z zimna, a może z niecierpliwości. Gdzieś pod kamienną posadzką, głębiej niż sięgały fundamenty, coś czekało na szept, który pozwoli mu wypełznąć na światło dzienne.
Mirna właśnie wciągała spodnie, gdy do chaty wpadła sroka. Z impetem, przez okno, zostawiając za sobą smugę piór i kurz z zaklętej ramy, która teoretycznie miała być chroniona runą przeciwko wścibskim ptakom. Sroka, jak to sroki, nie przeprosiła. Wrzuciła coś na podłogę – ciężki rulon zawinięty w woskowaną skórę – bezczelnie zaskrzeczała i wyfrunęła z powrotem, zahaczając o zioła wiszące u powały. Dwa pęki dziurawca runęły na Mirnę. – Dziękuję, bardzo uprzejmie – mruknęła, otrzepując głowę. – Może jeszcze chcesz herbaty? Podniosła pakunek, nie kryjąc niechęci. Skóra była pachnąca, tłusta i droga, jak twarz jakiegoś możnego. Pieczęć – złota, z wizerunkiem wieży na tle fal – rozpoznała od razu. Kruszwica. Zamek Popiela. „O nie,” pomyślała. „Znowu.” Otworzyła list powoli, jakby miał ją ugryźć. Litery były starannie kaligrafowane, aż za bardzo. Ten rodzaj pisma, który nie ufa swojemu odbiorcy. „Pani Mirno z Boru Krwawnika,” zaczynało się, z gracją i niewzruszoną pewnością siebie. „Z niekłamaną radością przyjmuję wiadomość, iż zgodziła się Pani przyjąć moje skromne zaproszenie…” – Cóż za wizjonerska radość, biorąc pod uwagę, że o niczym jeszcze nie zdecydowałam – burknęła. Przesunęła wzrokiem dalej. Popiel pisał o potrzebie konsultacji duchowej. O „zakłóceniach w polu sił żywiołów”. O mgłach, snach i cieniu, który „wydaje się rozrastać”. – O, kochany, to może tylko grzyb – zauważyła. List kończył się zaproszeniem: pojawić się na zamku do pełni, bez zbędnej zwłoki, z dowolną ilością bagażu i jednym towarzyszem, „choćby niemym” (to ostatnie dopisane ręcznie, w lekko rozedrganym stylu, jakby ktoś się śpieszył albo bardzo starał się być zabawny). Mirna odłożyła pergamin na stół. Z zewnątrz do chaty wdzierało się światło – złotawe, jesienne, niosące zapachy dymu i fermentujących śliwek. Las milczał, ale niepokojąco. Jak pies, który nagle przestaje szczekać. Zaparzyła herbatę z lipy, wrzuciła do niej korę i coś, co wyglądało jak sucha żaba, ale w rzeczywistości było sfermentowanym zielem pamięci. Siadła na progu. Jej włosy, ciemne jak ziemia po deszczu, były związane w luźny węzeł. Miała może dwadzieściakilka lat, choć rzadko ktoś wierzył, że tak młoda kobieta potrafi leczyć rzeczy, których inni boją się dotknąć myślą. Miała szerokie ramiona, twarz gładką i nieruchomą jak tafla studni, z której ktoś dawno przestał czerpać wodę. Na palcach ślady po poparzeniach, na szyi sznur z ususzonych owoców dzikiej róży, kilku kawałków kory i srebrnego liścia, który nigdy nie ciemniał — znak, że Bór Krwawnika jeszcze ją pamięta. Wpatrywała się w zamek w oddali. W dzień go nie było widać, ale Mirna go czuła. W klatce piersiowej, pod żebrami, gdzie serce bije na opak, jeśli ktoś jest choć trochę magiczny. Wieśniacy mówili, że ludzie z sercem na opak mogą rozmawiać z mgłą i śnić za dwoje. Mirna zawsze twierdziła, że to bzdura — ale nie w głębi duszy. Wiedziała, że będzie musiała tam pójść. Nie dlatego, że Popiel był księciem. Ani dlatego, że prosił. Po prostu — coś tam czekało. Coś się budziło. A kiedy coś się budzi w miejscu, gdzie od dawna powinna być cisza, zwykle kończy się to zgonem, klątwą albo... ślubem. Mirna miała nadzieję, że nie tym trzecim. Zamek Popiela kusił nie tylko tajemnicą. Kusił złotem. Mirna niechętnie przyznała przed sobą, że to właśnie ta część listu była najstaranniej przeczytana. "Godne wynagrodzenie za konsultację", pisał Popiel, a dalej: "pełne wyżywienie, transport, dostęp do księgozbioru, oraz — jeśli zajdzie potrzeba — rekompensata za potencjalne straty duchowe i materialne". A Mirna… cóż. Zimowe zapasy nie wyglądały najlepiej. Ostatnia beczka z kiszoną kapustą wybuchła w sierpniu, zboże zjadły sarny, a nowi osadnicy woleli chodzić do zielarki w sąsiedniej wsi — tej, która wróżyła z jajek i zawsze mówiła, że wszystko będzie dobrze. Słój z miodem był pusty, zioła schły nierówno, a ostatni klient zapłacił jej nie pieniędzmi, tylko psem, który od trzech dni wył w kącie i wyżerał korę z bali. – „Straty materialne”, powiadasz – mruknęła, zerkając na psa. – No to chyba się kwalifikuję. Pies spojrzał na nią jednym okiem, zaszczekał i znowu przytulił się do belek. Też wiedział swoje. AKT I – Zaproszenie do Kruszwicy Jazda do Kruszwicy trwała trzy dni i dwie noce, choć Popiel przysłał wóz z baldachimem, dwoma końmi i woźnicą, który znał tylko jedno słowo: „dalej”. Mirna z początku próbowała go zagadać — najpierw grzecznie, potem złośliwie, a na końcu wyłącznie dla rozrywki, komentując okoliczne drzewa, mgłę i niepokojące dźwięki lasu. Woźnica nie reagował. Miał twarz wybitnie okrągłą, jak bochen chleba, na którym ktoś narysował oczy węglem. Dawno temu mówiono, że Popiel zbiera takich ludzi — niemowę z lasu, ślepca z grobli, człowieka, który pamięta cudze sny. Żaden nie mówi za dużo, ale każdy wie więcej, niż powinien. Raz, na postoju, widziała, jak szepcze coś do konia, który... przytaknął. Od tamtej pory milczała. W trzecim dniu mgła się rozstąpiła, jakby coś ją przecięło. A tam, w oddali, wyrosła Kruszwica. Zamek nie był ruiną — przeciwnie. W blasku popołudniowego słońca wyglądał niemal bajkowo. Wieże zdobione miedzianymi okuciami, dachy w czerwieni, dziedziniec wyłożony płytami tak czystymi, że mogłyby służyć za zwierciadła. Gzymsy pełne rzeźb: gryfy, wilki, sowy, niektóre poruszały oczami. Flagi łopotały radośnie na każdym szczycie, jakby chciały zapewnić, że to miejsce nie ma nic wspólnego z tymi starymi opowieściami o mroku, krwi i gryzoniach. Mirna, siedząc w powozie, miała jednak wrażenie, że zamek oddycha. I że nie robi tego z płuc, tylko przez skrzela. Przy bramie powitał ją marszałek dworu — szczupły mężczyzna z nosem jak dziób dzięcioła, w szacie haftowanej srebrnymi splotami. Skłonił się lekko, choć z wyraźnym oporem, jakby jego kręgosłup nie do końca popierał tę decyzję. – Pani Mirna z Boru Krwawnika — powiedział tonem, który mógłby równie dobrze oznaczać: „ja tutaj rządzę i nie próbuj oponować”. – Zgadza się. A pan to…? – Nazywam się Dobrogost. Cokolwiek pani o mnie słyszała — nieprawda. Zamek wewnątrz był jeszcze bardziej imponujący. Korytarze szerokie, pełne światła, z tkaninami wiszącymi jak ciężkie chmury. Zapach — zioła, kadzidła, coś spalonych liści, może smoły. Z sufitu spoglądały drewniane twarze Bogów — niektóre uśmiechnięte, inne wyraźnie rozczarowane. W kątach coś szeptało. Kiedyś mawiano, że to właśnie tu waży się los Goplan — kto ma klucz do Kruszwicy, ten trzyma rękę na gardle Wiślan i cień na granicach Polan. Popiel czekał na nią w Sali Bławatnej. Nazwa wzięła się od bławatnych tkanin, sprowadzanych z południowych krain. Nikt do końca nie wiedział, czemu książe organizował tu swoje narady — może dlatego, że miękkie ściany trudniej podsłuchać. Nadgoplański władca stał pod wielkim oknem, w szacie…