Fantastyka · 35 min czytania
Cienie przeszłości część pierwsza - wyzwanie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Cienie przeszłości część pierwsza Wyzwanie
W wiadomościach znowu mówili o zamieszkach w dzielnicach ludzi i elfów. Kilkunastu zabitych, prawie setka rannych. Jak na ogromne, kilkumilionowe Osrigat nie było to dużo, ale jeśli by spojrzeć dookoła, na twarze swoich sąsiadów czy członków rodziny i wyobrazić sobie, że wszyscy nagle znikają, wtedy można lepiej zrozumieć co kryje się za zwrotem „kilkunastu zabitych”. Jeśli jednego dnia z nimi rozmawiamy i pijemy kawę przy śniadaniu, a drugiego idziemy na policję zindentyfikować zwłoki, to nagle zdajemy sobie sprawę, jak ogromną tragedią jest śmierć nawet tych „kilkunastu”. W skali miasta, to niewiele, dla kraju ledwie zauważalna zmiana w statystykach zgonów. W skali osobistej, koniec znanego dotychczas świata. Nigdy nie zrozumiem czemu oni się tam tak tłuką. Nienawidzili się, to prawda, zawsze sobie wzajemnie wchodzili w drogę, krzywdzili na każdy możliwy sposób. Byli w pewien sposób połączeni tą wzajemną nienawiścią, która, chociaż nigdy się do tego nie przyznają otwarcie, sprawiała, że stawali się tacy sami. Bezwględni i okrutni Skąd to wszystko się wzięło? Gdzie narodziła się ta niechęć rozwijana, wzmacniana latami, zakorzeniana przez następujące po sobie pokolenia coraz głębiej i głębiej w mentalności i kulturze każdej z ras, tego nie wiem. Co do jednego jestem zaś przekonany. Zaczęło się pewnie od czegoś małego, kłótni, niewielkiej kradzieży, bijatyki po piwie, cholera wie. A skończyło się, przynajmniej jak dotąd, na tysiącach zabitych każdego roku po obu stronach. Ludzie, elfy, nawet my, krasnoludy, wszyscy powinni mieć swój świat. Albo chociaż kontynent, czy ściśle odizolowane państwo. Tak czy inaczej wybuchałyby wojny, zabijalibyśmy się wzajemnie, ale mieszkając daleko od siebie, nie krzywdziilibyśmy się tak często. A to już coś, prawda? Ktokolwiek umieścił nas w tym świecie razem, czy to było stado elfickich bogów od wszystkiego, ludzcy Bracia, czy może nasi, starzy, Uśpieni Bogowie, popełnili ogromny błąd. Albo zrobili to specjalnie, by nie nudzić się za bardzo i zawsze móc zobaczyć coś ciekawego. Ponieważ, musicie przyznać, zabijanie dla każdego ma w sobie to coś, co przyciąga, coś, co fascynuje. Z jednej strony świadomie nigdy się do tego nie przyznamy, nasze umysły będą się bronić przed najmniejszym choćby podejrzeniem, że lubimy patrzeć na śmierć innych. Lecz z drugiej, czy widział z was ktoś kiedyś wypadek, w którym zginęła jakaś osoba i nie zatrzymał się? Albo nie chciał zobaczyć ofiar, gdy pokazywali je w telewizji, nadając reportaż z jakiegoś starcia? Bądźmy szczerzy, śmierć ma w sobie coś, co zawsze przyciągało, działało niczym magnes, momentalnie gromaczący dookoła siebie tłumek gapiów. Może tego samego doświadczają bogowie i dlatego wrzucili nas razem do jednego worka, niczym kilka małych, rozwścieczonych kotków? Każdy z nas, ludzie, elfy i krasnoludy, zasługują sobie na szczęście, na własne miejsce w świecie, na to, by mogli żyć, płodzić dzieci i wychowywać je w spokoju. Zasługujemy na to, ponieważ tak naprawdę nikt nie jest do głębi zły. Nie ma chyba istoty, a przynajmniej żywię głęboką nadzieję, że się w tej kwestii nie mylę, która byłaby zła tak sama z siebie. Tylko nasza wzajemna obecność, fakt życia w jednym miejscu, konieczność obserwowania się, zazdrość zawiść, albo tysiąc innych powodów, to wszystko, czyni nas złymi. Jesteśmy źli dla siebie nazwajem, bo żyjemy obok siebie. Nie ma innego powodu. Właśnie dlatego każdy powinien mieć swój świat, swoje miejsce, gdzie nikt się nie będzie łądował z butami. Może wtedy byłoby nam lepiej? Kolejne wiadomości. Napad na supermarket w jednej z dzielnic elfickich. Przyznała się do tego jakaś ludzka grupa terrorystyczna, „bojowników o czystość ulic”. Banda dzieciaków o łbach napchanych bzdurnymi uprzedzeniami i teoriami jakiegoś szaleńca, który twierdzi, że ludzie są lepsi od pozostałych ras. Bohaterowie walczący za swoje popieprzone poglądy z lufą pistoletu wymierzoną w ciała niewinnych. Psia ich mać. Zresztą inni nie są lepsi. W historii myślicieli każdej z ras istniał przynajmniej jeden taki gnojek na stulecie, który swoim gadaniem, mądrymi pismami filozoficznymi i pseudonaukowymi badaniami udowadniał stwierdzenie, że jego rasa stoi znacznie wyżej od pozostałych. Mimo iż każdy z takich idiotów chciał być oryginalny, lepszy, mądrzejszy od swoich poprzedników, to ich gadanie sprowadzało się zawsze do tego samego.W dużym skrócie „Jesteśmy lepsi od innych, kimkolwiek jesteśmy, bo tak. Bo mamy dłuższe uszy, większe bicepsy, albo grubrze penisy. Jesteśmy lepsi, bo jesteśmy lepsi”. Chociaż dla każdego, kto miał w zwyczaju odrobinę chociaż używać tego pudełka, które zazwyczaj się nosi na szyi, zwanego potocznie łbem, te teorie brzmiały idiotycznie, zawsze znajdywali się kretyni chętni w nie uwierzyć. Właśnie przez nich świat wygląda tak, jak wygląda. Jeden wielki, nieumyty kibel. Obejrzałem tą część wiadomości do końca. Dalej była audycja z obchodów rocznicy wybuchu jakiejś wojny, czy bitwy, nie jestem pewien. Coś związanego z dawnym konfliktem między elfami a krasnoludami. Uściski dłoni, uśmiechu, parada wojska, kwiaty i inne tego typu rzeczy. Nie znam się za bardzo na historii, zwyczajnie nigdy mnie specjalnie nie interesowała. Stare, nikomu niepotrzebne bzdury, zmienione przez historyków tak, by pasowały bardziej do wizerunku rasy. Współczesne wersje tamtych wydarzeń dla nas i dla elfów różnią się między sobą tak diametralnie, że tylko po datach można by rozpoznać, iż działo się to w tych samych dniach. Prawdy w nich niewiele, a luki powstałe po jej wycięciu zapełniono wygodnymi kłamstwami i jeszcze wygodniejszymi oskarżeniami. Wyłączyłem telewizor i rzuciłem pilot na wersalkę. Odbił się od miękkiego materaca i upadł z trzaskiem na twarde deski podłogi. Oczywiście, czego można się było spodziewać, wyleciały z niego baterie i potoczyły się, niezwykłą wręcz złośliwością rzeczy martwych, zatrzymując się w miejscach, które reklamy odkurzaczy, mopów i środków czystości nazywają „trudno dostępnymi”. Zakląłem cicho i machnąłem na to ręką. Dzisiaj już nie planowałem włączać tej skrzynki dla znudzonych debili, więc wyciągne je dopiero jutro, albo kupię nowe, a te niech sobie leżą i się wyładowują do woli. Dokładnie w chwili, gdy przechodziłem z pokoju gościnnego na korytarz, zadzwonił telefon. Leżąca na szklanym, eleganckim stoliku komórka rozdarła się dziko. Jak na porządnego krasnoluda przystało, zamiast standardowego dzwonka ustawiłem sobie refren jednego z ostrzejrzych kawałków kapeli „Zbite Jaja”. Opentańczy ryk rozbrzmiał w ciszy, która zaległa w domu po wyłączeniu telepudła i, chociaż lubiłem tą piosenkę, to zakląłem plugawie. Pasowało to jak pies do elfa. Rzuciłem okiem na mały wyświetlacz zajmujący połowę klapki. Nieznany mumer. Co za cholera? Kto mógłby do mnie dzwonić, a najwazniejsze, skąd wziął mój numer telefonu? Odebrałem. - Frebal Grinnes, słucham? – powiedziałem oficjalnym tonem. - Pan Frebal Grinnes? – spytał mój rozmówca, jakby mnie nie usłyszał. - Tak. – potwierdziłem. – W czym mogę pomóc i, przede wszystkim, z kim rozmawiam? - Nazywam się Roldrisal Assaris. – Brzmiała odpowiedź, a ja od razu zmieliłem między zębami nadchodzące do ust brzydkie słowo. Elf, bez najmniejszej wątpliwości elf. Tylko oni mają takie powalone imiona, przy wymawianiu których trzeba się nagimnastykować jak w podstawówce na WFie. – Jestem elfem. – Jakby czytał w moich myślach, bydle. - W czym mogę panu pomóc, panie Assaris. – Od razu przeszedłem do rzeczy. – Jestem bardzo zajętym krasnoludem, więc jeśli ma pan coś ważnego, to słucham. Jeśli nie, proszę mi dać spokój. Nie żebym zawsze był taki niemiły, ale zwyczajnie drażnią mnie kolesie z długimi uszkami, którzy diabli wiedzą skąd wzieli mój numer i wydzwaniają kiedy im się podoba. Po prostu tego nie lubie, bo rozumiem, epoka cyfrowa w pełni rozkwitu, kamery na ulicach, monitorowanie przeglądarek sieciowych, czytanie korespondencji by sprawdzić czy w kopercie nie ma bomby, komputery pod każdym dachem, komórki z kamerą i aparatem fotograficznym, nawet zegarki z wbudowaną lodówką, ale bez przesady! Trochę prywatności, chociaż prywatny numer telefonu, się każdemu należy. - Obawiam się, panie Frebal, że będzie musiał pan zmienić plany na dzień dzisiejszy, jakiekolwiek by one nie były. – Burnkął elf, wyraźnie niezadowolony z takiego przyjęcia. - A czemu, jesli mogę wiedzieć? – Zmrużyłem nieprzyjemnie oczy, ale starałem się zachować spokój. - Przez historię. – odparł tajemniczo i zaraz dodał - Proszę włączyć telewizor na Solarii. – polecił. – Zadzwonię do pana za dwie minuty. – Bez dalszego słowa, rozłączył się. Miałem ochotę rzucić telefonem, najchętniej tak mocno, żeby trafił przypadkiem w głupi pysk Assarisa, kimkolwiek by on nie był i gdziekolwiek by się nie znajdował. Jednak, muszę przyznać, że zainteresowało mnie to trochę, dlatego, wbrew wcześniejszym postanowieniom, wygrzebałem spod wersalki baterie, wcisnąłem je do pilota i włączyłem skrzynkę. Stacja Solaria była jednym z poważniejszych elfickich programów, nadająca właściwie bez przerwy informacje o najnowszych wydarzeniach i czasami nawet ją oglądałem, żeby się dowiedzieć, co ciekawego się w świecie dzieje. Od razu, gdy tylko na płaskim, dwudziestosiedmiocalowym wyświetlaczu pojawił się obraz, zobaczyłem, że program był nietypowy. Zamiast schludnie ubranego prezentera, studia w tle i innych typowych dla wiadomości bajerów, na ekranie było widać tylko rysowanego elfa z radosnym uśmiechem na twarzy ubranego w zielony podkoszulek i krótkie spodnie. Przez parę sekund panowała cisza, tak nienaturalna dla telewizji. Wpatrywałem się w napięciu w ekran. Coś mówiło mi, że to bardzo ważne i, że telefon od Roldrisala wcale nie był przypadkowy. Gdy zegar wybił punktualnie wpół do dziewiątej rano dało się słyszeć głuche basowe uderzenie, charakterystyczny dźwięk włączanego mikrofonu. Chwilę później rozbrzmiał dźwięk Pieśni Radości, czyli oficjanlego hymnu elfów. Podniosła muzyka trwała przez dobrą minutę i dopiero gdy ucichła, ktoś się odezwał. - Dzień dobry. – powiedział zniekształcony komputerowo głos. – Nazywam się Blis na pamiątkę naszego wielkiego bohatera narodowego generała Hollardena „Blisa” Brinsanila i reprezentuję grupę „Chwała Poległym”. Jesteśmy elfami, dla których historia nigdy się nie skończyła, nigdy nie odeszła w przeszłość. Zawsze była dla nas żywa, była częścią teraźniejszości, częścią świata, który widzimy, gdy spojrzymy za okno na to cuchnące krasnoludami miasto. – Zacisnąłem zęby słysząc te słowa, ale dalej słuchałem w maksymalnym skupieniu. – Dokładnie dwieście pięćdziesiąt lat temu, – podjął Blis - o szóstej rano dziesiątego kwietnia 1788 roku wybuchła Pierwsza Wojna Trisska. Mimo bohaterskiej postawy naszych braci, zakończyła się zwycięstwem krasnoludów w bitwie pod Cossirią. Był to początek końca niezależnego państwa Trisski i początek trwającej przeszło osiemdziesiąt lat okupacji krasnoludów. Chociaż wiele lat później odzyskaliśmy niepodległość, to krasnoludy nigdy nie wyniosły się z naszych terenów i od tamtej pory musimy tolerować ich obecność. Czuły się bezkarne i potężniejsze od nas, a po haniebnym Pakcie Jedności, który „zjednoczył”- to słowo zabrzmiało jak prychnięcie - wszystkie rasy i sprawił, że zamieszkaliśmy obok siebie. Można powiedzieć, że w tamtej chwili właściwie wygrały wojnę toczącą się od dnia, gdy powstał świat. Zabrały nam naszą wolność. Teraz, dzisiaj, ja i moi bracia, my, grupa „Chwała Poległym” mamy zamiar uczcić pamięć naszych bohaterskich przodków i pokazać krasnoludom gdzie ich miejsce. - Dawno temu były one dobrymi górnikami, siedziały pod ziemią. Nie wiem po co wyszły, ale my poślemy je tam z powrotem. Wychowaliśmy się w cieniu wielkiego przywódcy, którego wtedy pokonały. Żyliśmy historią, tworzyliśmy żywą historię, była ona częścią naszych dusz. Na codzień czytaliśmy o wielkich dziejach naszej rasy, jednocześnie obserwując cuchnące krasnoludy i znosząc ich obelgi. Teraz z tym koniec. Przypomnimy wam czemu kiedyś się nas baliście. Nastąpi sprawiedliwy dzień kary. – Nastąpiła krótka przerwa. Całkowita cisza i rysunek wesołego elfa śmiejącego się do widzów. Wreszcie Blis odezwał się ponownie. – Do historii przeszło wiele nazwisk krasnoludów, którzy zadecydowali o zwycięstwie w tamtej wojnie. Oficerów, przedstawicieli inteligencji, strategów, zwyczajnych żołnierzy. Wszyscy oni przyczynili się do upadku Trisski i naszej klęski. Wielu z nich zadało każdemu z nas osobistą tragedię. To przez nich musimy wąchać smród krasnoludów tuż pod swoim domem, czekając tylko aż któryś z nich zabierze nam dzieci, albo podłoży ogień. – Prychnąłem na te słowa. Jedno z najgorszych kłamst o mojej rasie, jakie kiedykolwiek słyszałem. Jeśli już kogoś zabijaliśmy, to w otwartej walce, a nie porywając dzieci albo podpalając domy. Jednocześnie wiedziałem, że takie słowa mają ogromne wzięcie. Matki i ojcowie we wszystkich elfich domach pewnie spojrzały teraz z troską na swoje pociechy i rzuciły okiem w kierunku drzwi, by upewnić się, że żaden morderczy krasnolud z nieogryzionymi resztkami elfiego niemowlęcia w dłoni, nie przekroczył progu ich domostwa. - Dzisiaj, w dwieście pięćdziesiątą rocznicę wybuchu wojny, ukarzemy ich. – Te słowa zostały wypowiedziane z pasją, prawie krzykiem. - Może minęło wiele lat, ale, w przeciwieństwie do was, my pamiętamy o tamtych dniach tak, jakby to było wczoraj. Chociaż jeszcze się wtedy nie urodziliśmy, to te wydarzenia nas ukształtowały, uczyniły tym kim jesteśmy. Niszczyły nasze rodziny, bliskich, zabierały to, co najcenniejsze. Teraz czas za nie podziękować. W sieci jest już dostępny zakodowany plik zawierający listę nazwisk i adresów setki krasnoludów, potomków tych, którzy w jakiś sposób przyczynili się do klęski naszej rasy. Za tydzień wszyscy oni będą już martwi. – Zacisnąłem zęby. Już wiedziałem co to oznacza, chociaż jeszcze się łudziłem, że pamięć mnie zawodzi. Mój pradziadek brał udział w tamtej wojnie i był oficerem. - Za tydzień, gdy już zakończymy sąd, opublikujemy klucz odkodowujący listę, by wszyscy mogli sprawdzić, że nie kłamiemy. Te krasnoludy dzisiaj żyją a za tydzień wszyscy bedą martwi. Obiecuję to wam w imieniu historii. Pewnie część z wybranych przez nas to ogląda i słucha co mówię. Właśnie do nich chcę się teraz zwrócić. Idziemy po was. Nie uciekniecie nam, nie pomoże wam policja. Znajdziemy was i dokonamy sprawiedliwego sądu. Sprawiedliwej kary. Uśmiechnięty elf patrzył jeszcze przez chwilę w moim kierunku, po czym zniknął. Zastąpił go obraz studia i szara twarz prezenterki. Na jej obliczu malowało się ogromne zaskoczenie, aż nie mogła wydusić z siebie słowa. Dokładnie wtedy zadzwonił telefon. Wyłączyłem telewizor i odebrałem. Ręce mi drżały, chociaż czułem się całkiem spokojny. Przynajmniej jak na kogoś, kto przed chwilą usłyszał, że umrze. Nie bezpośrednio, ale mogłem się tego domyślać. Powoli podniosłem aparat do ucha. - Panie Grinnes, proszę nie wpadać w panikę, to panu nic nie da. Niech pan usiądzie, wypije szklankę wody i postara się uspokoić. Proszę się odezwać za minutę, jak będzie pan już gotowy. – Mój rozmówca mówił spokojnie, lecz jednocześnie bardzo stanowczo. Brzmiało to jak rozkaz, ale wypowiedziany łagodniej, by brzmiał trochę jak dobra rada. Nie miałem wtedy głowy by się z nim sprzeczać, zresztą nie było w tym najmniejszego sensu. . Zrobiłem dokładnie tak, jak mi polecił. Teraz już nie myślałem o nim jak o głupim, natrętnym elfie, który zawraca mi głowę. Wypiłem wodę i usiadłem w fotelu. Dopiero wtedy odezwałem się po raz pierwszy odkąd włączyłem telewizor. - Już jestem. - Jest pan już trochę spokojniejszy? – upewnił się Roldrisal. - Tak. – Potwierdziłem, chociaż wcale nie czułem się ani odrobinę lepiej. Może byłem mniej zdenerwowany, ale powoli ogarniał mnie strach. Nie chciałem umierać, a to ostrzeżenie, a właściwie informacja o jakoby już przesądzonym losie moim i dziewięćdziesięciu dziewięciu innych krasnoludów, brzmiała cholernie poważnie. – Trochę. - W takim razie niech pan posłucha uważnie. Dzwonię z GSRu – Wiedziałem, żeGSR – Grupa Szybkiego Reagowania - jest czymś w rodzaju elfickiej jednostki antyterrorystycznej. Rzeczywiście, jeśli ktoś miał się zajmować taką sprawą, to, za wyjątkiem krasnoludów, mogliby to być tylko oni. – Odkodowaliśmy już część tego pliku z nazwiskami i znaleźliśmy tam między innymi pana. Dlatego właśnie dzwonimy. Nie wiemy, gdzie czekają na pana napastnicy, dlatego proszę pozostać w domu jeszcze przez parę minut. Już jedzie do pana specjalny agent, który przewiezie pana w bezpieczne miejsce. - To znaczy gdzie? – spytałem odruchowo, chociaż było to bardzo głupie. Nawet się nad tym nie zastanowiłem, moje myśli biegły w zupełnie inną stronę. Słyszałem głosy, pojedyncze słowa, całe zdania, znowu słowa. Widziałem je w swoim umyśle, duże, zaznaczone na czerwono. „Za historię”, „nie pomoże wam policja”, „przez historię”... Powoli zaczynałem rozumieć. - Nie mogę panu powiedzieć. Nie przez telefon, ponieważ może mieć pan założony podsłuch. – odparł elf. - A co jeśli ktoś słyszy tą rozmowę? – spytałem kwaśno, wiedząc, że jeśli za drzwiami czeka na mnie oddział morderców, to teraz na pewno nie będą czekali ani chwili by wejść do mieszkania i wpakować mi kulkę w łeb. - Jeśli…