podroze · 16 min czytania
Cierpienia początkujacej pisarki – cz. VIII
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Słońce było bardzo wysoko, gdy wsiadłam do dżipa Donalda. Przywitał mnie skwaszoną miną. Nucił pod nosem jakiegoś smutnego bluesa. Nie miałam najmniejszej ochoty na rozmowę, wycofałam się, odwróciłam głowę w stronę nieba i z zamkniętymi oczami rozmyślałam o tym co mnie tu przywiodło i jak obłaskawić nieznane. Paliło mnie ze złościw skroniach. Moje spostrzeżenia nie były wesołe. Chciało się uciec... Myśl o wyprawie do Maroka nie dawała mi spokoju od ubiegłej jesieni, spędzonej w Paryżu. Przypadkowo zabłądziłam na wystawę Henri Matisse’a, szalonego, awangardzisty, dla którego Tanger stał się drugim domem. Powaliły mnie jego niesamowite płótna i niezwykła biografia. Chciałam o nim wiedzieć wszystko, zrozumieć jego Maroko…
Poznać smak innego świata, przeżyć przygodę ... Nie to było dla mnie najważniejsze. Pragnęłam zmierzyć się samą z sobą i nareszcie znaleźć swoje miejsce w życiu. Dotąd szukałam na próżno. Zostać pisarką? To ciągle było tak odległe, wręcz nierealne. Łatwo nie poddaję się, nie ma dla mnie czegoś takiego jak „zwykły świat". Im więcej o nim wiem, tym bardziej jest zagadkowy. Żeby się zdumieć, nie poprzestaję na drzewie, które rośnie, a jego liście szumią. Tak, już ze mną jest i nic na to nie poradzę..
Wmówiłam sobie, że na pustyni czeka na mnie moja prawdziwa twarz... Nic mnie nie zrażało, a moja wiara z upływem czasu nie przestała się rozwijać, ze strużki powiększyła się do rozmiaru rzeki...Cielęca naiwność?
Moje rozważania całkowicie mnie zaabsorbowały, nie zauważyłam, że nasz dżip z piskiem opon zahamował na placu okalającym czerwonobrunatne mury suku. Ogromny plac w niczym nie przypominał placu Vendome. Pod palmą sikał pies o pustym spojrzeniu. Gdakały kury. Dwóch urwisów wałęsających się w pobliżu znieruchomiało, usiłując zrozumieć, co obserwuję z takim zainteresowaniem, oparta o samochód. Miałam ochotę im powiedzieć, że ta bryła z kiepsko połączonych kamieni, przed którą staliśmy stanowi perełkę unikalnej, zabytkowej architektury ich miasta, cudem ocalałej po trzęsieniu ziemi w 1960 roku.
W środku na targowisku kipiało życie. W zadaszonych kramach kusiły dojrzałe w słońcu owoce i warzywa. Na ich widok głowa kręciła mi się wokół własnej osi niczym Lindzie Blair w "Egzorcyście". Targ oszałamiał mnogością barw i towarów. Zapachy orientalnych przypraw cudownie drażniły zmysły. Pod murem dostrzegłam stragan ze zużytymi podeszwami od butów. O siedmiomilowych butach nikt tu nie słyszał, wywnioskowałam, że można je kupić jedynie pod Częstochową. Dokuczały upał i gwar, wszędzie panował niewyobrażalny tłok. Luźna, przewiewna kiecka doskonale zdawała egzamin. Donald zostawił mnie samą, pognał jak chart prosto przed siebie. Na swej drodze spotkałam ubranego w tkaninę koloru indygo zaklinacza węży. Muzyka trąbki starego Berbera przyjemnie pieściła uszy. Co za widowisko! Wrzuciłam drobną monetę do stojącej miski i klęknęłam obok zaklinacza, składając dłonie jak do modlitwy. Wzbudziłam tym wśród gapiów sensację. Zaklinacz jedną dłonią podrapał się po uchu, drugą uniósł ku sercu, posyłając mi zachwycony uśmiech., Na żmijach moje poświęcenie nie zrobiło żadnego wrażenia.
- Są jakieś odrętwiałe i dziwnie łagodne - pomyślałam rozczarowana.
Dalsza część podróży miała dowieść jak bardzo się myliłam.
Część 22 / 4
Tymczasem wytrwali Marokańczycy zachwalali swoje kolorowe towary. To tutejszy rytuał, jest jak teatr, w którym każdy z aktorów dobrze zna swoją rolę. Za stertą dywanów dojrzałam okazałe stoisko z biżuterią. Ożywiłam się na widok małych cudeniek. Moje oczy lśniły z pragnienia, zaś kupca paradującego w założonej na piżamę pomarańczowej dżelabie, z niecierpliwości. Mam w sobie coś ze sroki, wszystko oddałabym za błyskotki. Nim się zorientowałam, siedziałam na wygodnym stołku i popijałam ze szklanej filiżaneczki miętową herbatę. Nigdy nie sądziłam, że stanę się taką entuzjastką słodkiej herbaty, zważywszy na to, że nie używam cukru do herbaty od dziecka. Ale marokański napój miętowy nie ma sobie równych- mieszanka herbat, świeże liście mięty zalewane wrzątkiem plus chyba kilogram cukru doskonale smakują i orzeźwiają. Jest nawet takie powiedzenie marokańskie, że pierwsza szklanka miętowej herbaty powinna być mocna jak życie, druga słodka jak miłość, a ostatnia delikatna jak śmierć.
- Piękne! Ręczna robota!
Zapiszczałam z zachwytu na widok połyskujących w słońcu, srebrnych kolczyków. To było jak woda na młyn dla marokańskiego kupca. Berber stawał się z każdą minutą coraz bardziej nachalny, w końcu chwycił mnie śliską od potu, gorącą łapą za łokieć. Przeszedł mnie dreszcz.
Zaistniała sytuacja stawała się coraz bardziej irytująca.
- Hej, powoli, puszczaj! Nie umiem targować się, nie mam o tym zielonego pojęcia!
Szamotałam się wytrwale, kolana miałam jak z waty. Jak na zawołanie pojawił się Donald, chyba załatwił swoje interesy.
- Uff!
Część 33 / 4
Przełknęłam z trudem wielką gulę, która utkwiła mi w gardle.
- Nie denerwuj się. Te kolczyki niewątpliwie wzbudzą zazdrość w twoim kraju - pochwalił mój wybór.
- Wszystko, co można kupić na tym świecie jest tanie - pomyślałam wyciągając portfel.
Płacąc, kątem oka zerknęłam na Donalda. W jego oczach po raz pierwszy zauważyłam intrygujące ogniki. Po plecach przeszły mnie ciarki, nabrałam podejrzeń. Może Dobra Cobra miał rację? W drodze powrotnej triumfowały już tylko pozytywne uczucia. Kolczyki zachwycały, a Donald robił coraz lepsze wrażenie. Przestałam się na niego dąsać. Według mnie zwycięstwo oznacza walkę, nie jej wynik. Nie tracąc z oczu swojego celu, tracę złudzenie wygranej.
- Staniesz się częścią stada, będziesz maszerować bez wytchnienia, jadła na dworze, załatwiała się w słońcu, myła się z rzadka, spała pod gołym niebem narażona na spotkanie ze skorpionami. Niczym koczownik – usłyszałam od Donalda, na pożegnanie.
- Koczownik? Ja?
Nogi się pode mną ugięły.
Część 44 / 4
****
Nazajutrz dźwięk klaksonu pozwolił mi odkryć, że ruszamy do Merzougi na erg Chebbi. Na zegarze właśnie wybiła siódma. Rześki poranek był ostatnim mojego dawnego życia, ale jeszcze o tym nie wiedziałam.
Noc minęła mi tak, jakby ptak musnął mnie skrzydłem. Jadąc nie myślałam o niczym. Milcząc zmieniłam się w parę kontemplujących oczu. Nie przychodziła mi do głowy, żadna interesująca, inteligentna refleksja. Ruch nie korkował ulic Agadiru, rzedł z każdym kilometrem. Na autostradzie czułam się jak małe dziecko, które ogląda świat po raz pierwszy. Wyobrażałam sobie, że drogę obramują lasy i drzewa jak w Polsce, a tu czekała mnie niespodzianka, czym dalej tym było bardziej pusto. Od czasu do czasu pojawiała się jakaś oaza, kępki zieleni, gdzie palmy, figowce i inne egzotyczne drzewa splatały się wokół piaszczystych pagórka. Było to czymś normalnym, zważywszy, ze Sahara to głównie kamienie. Nim ją ujrzałam była dla mnie miejscem nie omal mitycznym. Piaskowa, pomarańczowa wydma, podążająca nią znużona karawana i bezkres horyzontu - właśnie tak ją sobie wyobrażałam, a do tego wierzyłam, że gdzieś tam spotkam Małego Księcia.
Donald strzelał wesoło oczami, pławił się w zadowoleniu. Relacjonował, co najważniejsze. Jeśli mu wierzyć, mieliśmy odwiedzić po drodze miejsca gdzie będzie pięknie, wspaniale, strasznie i idyllicznie. Nazwy wiele nie znaczyły, były nieistotne, nędzne, śmiesznie ludzkie w obliczu geniuszu natury. Zachwalał noce pod gwiazdami. Zapewnił: widać je jak na dłoni i na dodatek spadają, wywołując pokorę u widzów. Podobało mi się nie to, co mówi, lecz emocje, które podzielałam. Zainteresowanie, które okazywaliśmy zdumiewającej przyrodzie, Donaldowi wydawało się zupełnie normalne. Tylko raz nas skrytykował.
- Obserwujecie przyrodę, nie zastanawiając się, w jakim zmierza kierunku? I jaki ma sens?
Miał rację.
Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to czyjś inteligentny projekt. Pana Boga? Stopniowo odkrywałam to, co miała potwierdzić nasza podróż. Tu człowiek nie przejmuje się całą resztą, bo jest się w centrum…