Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

pisarstwo · 14 min czytania

Cierpienia początkujacej pisarki - część I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Patrzę w dwa okna bez zasłon. Mglisty wieczór, chłód i wilgoć zacierają kształty, rujnują kolory. Dwie kobiety próbują rozprawić się z początkiem jesieni. Jedna strzela do liści jakby wszystko było ich winą. Druga ogląda na nogach i rękach tatuaże z marzeń. Czy to jawa czy sen? Po chwili już nie mam wątpliwości. Wróciły! Przyznam się, że byłabym okrutnie zawiedziona, gdyby było inaczej. Paweł staje dwa kroki ode mnie. W jego oczach czai się panika, chyba trochę nawet zbladł. Zerka na mnie wymownie, uciekam wzrokiem, ale daję się ponieść emocjom, dawno nie byłam tak wzruszona i szczęśliwa. Mam ochotę tańczyć i śpiewać, nie przeszkadza mi deszcz i śliskie deski balkonu. - Niech ta gra toczy się dalej! Otwieram usta do krzyku, ale głos mi więźnie w gardle, nie mogę wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Paweł wciąga mnie do środka mieszkania, zamyka drzwi, bierze za rękę, przytyka kciuk do nadgarstka, bada puls. Nie jest na mnie zły. Zaraz zupełnie się rozkleję. Czasem się zdarza. Mnie też.

****

Z uwagi na mój szacunek dla czytelnika zamiast rozprawiać o stanie mego ducha, zacznę od początku.

Światy dwóch kobiet z vis a vis, to dobry pomysł na powieść, przyszło mi kiedyś do głowy. Olśniło mnie w łóżku, leżałam nieruchomo wpatrując się w sufit. To bardzo powszechny stan, biorąc pod uwagę pierwsze zdania opowiadań początkujących pisarzy. Mijały dnie i noce. Musiałam uzbroić się w wytrwałość i zachować entuzjazm. Świat dookoła wariował, mnie dopadały na przemian euforia i chandra, ale najgorszą udręką była niepewność. W końcu nastąpił ten moment, moje przeczucie uzyskało właściwy obraz. Wielomiesięczny trud i upór w podglądaniu nie poszły na marne.

- Widzę, je jak w soczewce, każda z nich jest manifestacją jednostkowości, wyjątkowości - obwieściłam Pawłowi podczas śniadania.

- Proszę, tylko nie nabij sobie guza na drodze do literackiej kariery - zauważył z właściwą sobie troską, upuszczając na podłogę nadjedzony i namiękły słodką mazią wafel.

- Żadne wyzwanie dla mnie nie jest zbyt wielkie – odparłam rozcierając kapciem różowe paskudztwo na miazgę.

Opuszczałam kuchnię całkowicie rozluźniona, z dumnie podniesioną głową, jak to bywa po dobrze spełnionym obowiązku. Jako osoba wielkiej gorliwości, tego samego dnia rzuciłam się wir pracy twórczej, z wiarą w sens swego wysiłku. Zaczęła się przygoda życia. Pracowałam bez wytchnienia, w głowie mi chlupało, ręce mam dotąd zmęczone, ostemplowane pęcherzami, bo na komputer nie było mnie stać. Nogi przeciwnie ciągnęły na balkon - co robi z człowiekiem siła przyzwyczajenia. Moim sercem już nie targały burze, nagłe pisarskie olśnienia zostały podporządkowane spokojnej kontemplacji. Skłaniałam się do założenia, że moja książka, będzie porządnie zrobiona, żeby kartki szły po kolei, nie było w środku stronic niezadrukowanych, a okładka przynajmniej nie od razu odpadła. Zawartość książki to osobna sprawa, wiadomo, twórczość literacka wyboistą ścieżką kroczy. Wiedziałam, napiszę powieść obliczoną na zaspokojenie gustów niezbyt wysmakowanych. Lektura nikomu życia zmienić nie potrafi. Wrażenie po niej pozostaje lub nie, zależy to od wrodzonych predyspozycji czytelnika. Będzie to więc literatura wagonową zwana, tania i przez to poczytna. Coraz częściej chodzi tylko o to, żeby jakaś rzecz w ogóle była, niezależnie od jakości. Czytelnik może zawsze się jakoś pocieszyć, z autorem i wydawcą bywa dużo gorzej. Przyznam się, że ta myśl przygnębiała mnie trochę. Tylko świadomość, że teksty Leonarda da Vinci wypadają dość blado na tle konkurencji, nie pozwoliła mi do końca w siebie zwątpić. Podglądanie i podsłuchiwanie cudzych sekretów, to dla mnie zawsze wielka przyjemność, no i inspiracja. Kojarzy mi się z zerkaniem do albumu ze zdjęciami, to jak wyznania z wyglądu. Wszystko dzieje się tu i teraz. Czy cel uświęca środki? To wymaga rozstrzygnięcia, toteż, bez zahamowań korzystałam z nadarzającej się gratki. Z pewnością nie jestem aniołem, ale czy istnieje coś takiego jak literatura tworzona przez aniołów. Ja w każdym razie nie miałam szczęścia jej poznać. Na ogół jest produkowana przez podobnych do mnie niedoskonałych śmiertelników.

Ale do rzeczy, znowu się rozpraszam.

****

Moim bohaterkom zaufałam bezgranicznie, wiele im zawdzięczałam. Ich historia ma swoje zalety, jest niewysychającym źródłem inspiracji, więc czerpałam z nich obficie. Proszę mi nie zazdrościć. Starałam się, już nie rozliczać ich z kreacji, w które wpisywała je codzienność, z uporem tworzyłam swoje. Nie zależało mi na autentyczności sensu stricto. Im człowiek ma mniej informacji, tym więcej zawdzięcza swemu instynktowi. Pogodziłam się z myślą, że w moim dziele wizerunki kobiet nie będą ani lepsze, ani gorsze od rzeczywistości. Postanowiłam, że starsza, której nadałam imię Krystyna, w mojej powieści to będzie prawie autentyk, obraz samotności, mieszanina obłędu i kłamstwa. Widziałam w niej ptaka nieświadomego swego szaleństwa. Każdy chce być ptakiem, ale gdyby posłuszny los, zamieniłby go w indyka, czułby się zawiedziony. Nie należy tego rozumieć opacznie, nawet przez moment nie pomyślałam, żeby zrobić z Krystyny wariatkę. Jeżeli tak uzna, to pełna skruchy poproszę ją o wybaczenie. Nikomu nie narzucam swojej prawdy. Na twarzy Krystyny, przypominającej mordkę smutnego pieska, wyryte jest cierpienie, strach, desperacja. Czasem wszystkie uczucia razem. Widzę ją na co, dzień, mimo to jest dla mnie kimś nierzeczywistym. Czyste szaleństwo. Odsłonięte blade ręce tej kobiety wyciągają się ku górze, jakby próbowała wydostać się z grobu, rozkopując ziemię pazurami. Jej usta wypełnia żółć i gorzkie wino, więc biegnę do siebie, nierzadko, po to, żeby zwymiotować. Po wielu dniach uważnej obserwacji doszłam do wniosku, że tylko jakaś przedziwna, głęboko skrywana siła witalna oddala ją od samobójczej śmierci. Wierzę w rozmaite rodzaje piekieł, niektóre są dobrowolne. Siedzą w nich ochotnicy, a każdy sam sobie smoły do kotła dolewa.

Obserwowanie Krystyny od początku doprowadzało mnie do ekstremum, kondensowało mój czas i przestrzeń, napinało moje nerwy do granic możliwości. Czasem myślałam, że Van Gogh czuł to samo, co ona, gdy obcinał sobie ucho. I na tym kończy się podobieństwo tych dwojga. Krystyna tkwi w swoim mieszkaniu, jak w matni i nie wie, jak się wydostać. Początkowo myślałam, że nie na własne życzenie, dziś już niczego nie jestem pewna. Może boi się zdemaskowania? Przedziwne - nie śmieje się i nie płacze, nawet krojąc wielkim nożem cebulę. Jej gruczoły łzowe chyba wyschły. Czy wierzy w Boga? To przynosi ulgę. Jeśli tak, to, w którego, w Jezusa czy w Jahwe?

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Cierpienia początkujacej pisarki - część I — czytnik · opowiadania