Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Nauka · 7 min czytania

cierpienie

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Długopis był niebieski. Opływowe kształty. Zachwycająca wygoda w trzymaniu. Cudownie błyszczał się jego wkład wydobyty za pomocą nieznacznego przyciskania do kartki, otulony ciepłem palców, pieszczony leciutkim, cichym oddechem, wydobywającym się niewidzialną mgłą z ust. Kartka znosiła tą niewygodę z szacunkiem, chociaż pozostawiał na niej niezatarte już nigdy i niczym, niemożliwe do zapomnienia ślady swojej bytności, niewidoczne ubytki w nieskazitelnej tafli papieru, atrament, rażąco kolorowy i nieciekawie inny od bieli. Czy to wydaje się nienaturalne? Niebieski na białym, biały na niebieskim. To drażni oko. Drażni kartkę. Wreszcie i drażni zmęczony tkliwością ręki długopis. Cierpienie. Samo słowo... i przez każde ciało, martwe, żywe, słyszące, głuche, zamarznięte, wrzące, przechodzi dreszcz. To znajome. To znane. To wiem, wiesz, wiedziałem, wiedzieliście. Dlaczego każdy kto może, gromi o cierpieniu, jakie przeżył. Ono przecież nigdy nie jest takie samo. Nigdy u żadnej osoby, nie porusza tymi samymi nerwami, jak marionetkami w teatrze, nigdy nie budzi tych samych chorych zmysłów, albo urojeń duszy. Jeżeli takie każdemu własne, po co wymyślono to słowo? Żeby przerażało i drażniło dreszczem od stóp do głów i przez końcówki palców, paznokci, ramion, włosów? Wstała bardzo gwałtownie, cała łazienka w kolorze zielonym zawirowała. Kafelki, kibel, umywalka, zlały się w jedno i wyszła jakaś taka nieprzyjemnie rozmyta bryzga zielonego, która uderzyła ją swoimi cząsteczkami w twarz. Jeszcze przez chwile w lustrze, przypatrywała się, jak sprzed jej białek, spływa sraczkowata, gęsta pasta sumy zmytych kolorów. O, ten odcień urwał się z zasłonek, ten tutaj z dywanika. Jak to pięknie, że można je wszystkie tak cudownie po rozpoznawać. Lustro odbiło nieprzypadkowe okno tuż za nią. Okno było genialnie umiejscowione w łazience. Genialnie umiejscowione w ogóle na świecie, gdyż swoim obramowaniem brązowej framugi, łapało zręcznie jak w jakie szczypce, kawałek obrazu ziemi, niebanalny. Ktoś kto zręcznie je tutaj zainstalował, myślała, musiał być nie lada artystą. Nie potrzebny był tu żaden obraz, w tej łazience. To było okno na piękno. Strasznie banalne, ujmujące zieleń natury i zachody słońca. Ale zachwycało. Nawet tylko jego odbicie, oczywiście w lustrze, na które teraz patrzyła. Głupota, pomyślała. Chcesz odwieść siebie od patrzenia sobie w oczy. Chcesz przestać zwracać uwagę, na coś co znika w tobie, na twoją twarz, na twoje ciało, wszystko to znika w zabójczym tempie, a ty nie chcesz się do tego przyznać sama przed sobą, wpatrując się w jakiś głupi krajobraz. Coś zaiskrzyło. Zlęknione źrenice podążyły za refleksem zachodzącego słońca i spostrzegły łzę na policzku bladej twarzy. Głupia idiotka. Uh, kretynka. Chciała uderzyć się mocno z całej siły w twarz, zahaczając jeszcze o usta, żeby te poraniły się o zęby i rozbryzgały się krwią. Nic z tego. Nie miała siły podnieść ręki. Nie miała siły oderwać oczu od swoich oczu w lustrze. Nie miała siły przestać patrzeć się na swoje odbicie, które było tak liche, blade, przeźroczyste, jakby odbite nie w zwykłym, łazienkowym lustrze, ale w bardzo, bardzo mętnej wodzie, w której już wynurzone spod powierzchni pływają bokiem, martwe, śliskie ryby z otwartymi panicznie dzióbkami. Widziała to wszystko, zgniliznę, czuła smród. A jednak.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%