Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 18 min czytania

Cięty wzdłóż

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Cienka, pół milimetrowa linia nadbiegająca krwią, biegnąca wzdłuż jego ręki, powiększała się, biegnąc za przedmiotem trzymanym w jego palcach, o metalicznym połysku. Czyjaś dłoń załomotała donośnie w drzwi jego zamkniętego pokoju. Chłopiec uśmiechnął się. Stróżka krwi wydobyła się z otwartej rany i popłynęła wzdłuż nachylenia jego ręki. Kropla spadła na brudne od zaschniętych farb biurko. Za nią druga. I następna. - Maciej! Otwórz te drzwi do cholery! – rozległ się donośny, kobiecy głos za drzwiami – Co ty tam robisz?! Natychmiast je otwórz! Chłopiec patrząc z zainteresowaniem na skapujące szkarłatne krople odpowiedział szeptem uroczego i dobrze wychowanego dziecka: - Wykrwawiam się, mamo.

Dzień rozpoczął się nadzwyczaj dobrze. Z nieba nie spadł meteoryt, a sąsiadka nie wypuściła swoich trzech psów na spacer, który skończyłby się na poszarpanych spodniach Maćka. Niebo przyprószone nieskazitelnie białymi chmurami, zapowiadało w południe wspaniałą, ponad siedemnastostopniową pogodę. Wielu ludzi wychodziło na balkon, by zaczerpnąć świeżego, rześkiego powietrza. Z chwilą gdy szesnastoletni chłopiec przystąpił na próg schodów prowadzących do prywatnej szkoły dla przyszłych artystów, jasnobłękitne niebo przecięło stado ptaków, których klucz fantazyjnie rozproszył się we wszystkie strony, po czym powrócił do zwartego szyku. Kiedy po raz kolejny szyk zanurkował, w prywatnej szkole rozległ się pierwszy dzwonek na lekcję. Maciek nie próżnował. Po raz kolejny zasnął na pierwszej lekcji. Lubił salę geograficzną, gdzie odbywały się cotygodniowe lekcje niemieckiego. Było tam jedno miejsce, do którego wzrok srogiej nauczycielki nie sięgał, mieszczące się za kolumną podtrzymującą dach, a gdzie mógł spokojnie przetrwać do końca, bez obaw że dosięgną go pomarszczone łapska nauczycielki w wieku emerytalnym. Nim się spostrzegł, minęło trzydzieści minut. Pozostałych piętnaście miał zamiar spędzić na wpatrywaniu się w okno. Nie spodziewał się że ujrzy za oknem środek nocy, z której wyłaniały się potwory o twarzach dzieci. Nie spodziewał się też nauczycielki, której głos zagrzmiał donośnie, budząc go ze snu. - Nie przyjmuję żadnych usprawiedliwień, zrozumiano?! Uważam że jesteście na tyle dorośli by zrozumieć, że bla bla bla, bla! Bla blablabla bla! - Nosz... do kurwy nędzy zamknij tą paszczę – mruknął chłopak przeczesując już i tak rozwichrzone włosy. Dzwonek. Klasa w pośpiechu wybiegła z klasy, a za nią, niczym wół roboczy, potoczył się Maciek, powłóczając nogami niczym potwór z jego snu. Na korytarzu wrzało jak zawsze. Ludzie przekomarzali się, rozmawiali, przekonywali i kłócili. Nie interesowali go. Nikt go nie interesował poza własną osobą. Odkąd zauważył że jest świadomy, togo co robi, przestał zwracać uwagi na innych. Nie zaprzątali jego uwagi głównie przez swoje zachowanie. Dla tego szesnastolatka nie istniała osoba idealna, jednak oceniał ludzi według określonego kryterium, które tak koloryzowało ludzi, że byli niczym lustrzane odbicia Macieja Dąbrowskiego, siedzącego teraz na parapecie szkolnego okna. Uważał że jest osobą nadzwyczaj wyjątkową. Swoją pychą, milczeniem i dziwnym sposobem tłumaczenia innym swoich poglądów, wyróżniał się na tle szarych pionków. Był swoistym jokerem w talii, czarną owcą, człowiekiem wyalienowanym, będącym jedynie maleńkim okruchem statecznego, szarego nastolatka interesującego się samochodami, dziewczynami i muzyką techno. Książka, którą dzierżył w dłoniach posiadała intrygującą okładkę lalki, której postać dryfowała na powierzchni bagna. Przyciągała uwagę nie tylko, co inteligentniejszych dziewczyn, ale też zgrai barczystych chłopaków, którzy nijak nie pasowali do obrazka pilnych uczniów, ślęczących o drugiej nad ranem nad podręcznikiem do fizyki. - Co tam czytasz, faszysto? Martwy wzrok chłopaka omiótł twarze trójki. Uniósł nieco książkę i pokazał im okładkę, wskazując palcem tytuł dla dobitnej wypowiedzi. Jeden z chłopaków wskazującym palcem szturchnął książkę z miną, która najwyraźniej miała oznaczać kopię wyrazu twarzy Maćka. Pozostała dwójka ryknęła barbarzyńskim śmiechem, zwracając tym samym uwagę dwóch nauczycielek idących obok. - Już? – zapytał Maciek, kładąc książkę na kolanach, treścią do wewnątrz. - Co już? – zapytał szatyn unosząc krzaczaste brwi. - Czy już skończyliście? – zapytał chłopak niecierpliwym głosem – Idźcie pobawić się z ludźmi na waszym poziomie. - Kogo masz na myśli, faszysto? – parsknął śmiechem najniższy. Maciek spuścił głowę, wziął głębszy oddech, po czym uniósł ją z powrotem i rzekł: - Wiesz w ogóle kim jest faszysta? Wszyscy trzej zdawali się być nieco zaskoczeni tym pytaniem. Trzy wielkie zmarszczki wystąpiły im na czoła. By zatrzeć złe wrażenie i fakt, że nie znają znaczenia słowa, którego używają naraz jeden z nich odparł: - A ty wiesz? Maciek uśmiechnął się kpiąco, uniósł brwi, po czym powiedział powoli i wyraźnie, jakby kierował swe słowa do dzieci: - Tak. Inaczej bym Cię o to nie pytał. Ta wypowiedź najwyraźniej była arcyzabawna, bo trzej muszkieterowie ryknęli ponownie gromkim śmiechem, po czym odeszli dręczyć jakiegoś bogu ducha winnego pierwszoklasistę. Maciek westchnął, po czym wrócił do lektury. Niemiłosiernie denerwowali go ludzie, którzy nie dość że mu przeszkadzają, to jeszcze prezentują swój poziom intelektualny w tak niebywały sposób. Popychając się na przerwach, puszczając tandetne dzwonki z komórek i szczycąc się nowymi spodniami z jakiejś wyszukanej firmy, powodowali u niego niemałą irytację.

Dzwonek, który rozległ się po chwili oznaczał dla niego jedno: czas się zwolnić. W prywatnym gimnazjum, do którego uczęszczał Maciej, obecność sprawdzano wyłącznie na pierwszej godzinie. Być może było to niedopatrzenie pracowników szkoły, a może zwyczajny brak zainteresowania nauczycieli, których zajęcia odbywały się po godzinie dziewiątej. Tak czy siak, Maciek nie czekał dłużej. Zszedł piętro niżej do szatni, wziął swoje rzeczy, pomachał do kamery i wyszedł z budynku szkoły, pozostawiając swoich rówieśników, nauczycieli i dyrektora, który zapewne miał teraz bezapelacyjnie ważne spotkanie z sekretarką w służbowej toalecie. Ciepły, wiosenny wiatr omiótł twarz chłopca, kiedy kroczył zdecydowanym krokiem przez szkolne boisko. Powrót o tej porze do domu równał się szlabanowi, więc skierował się do opustoszałego terenu budowlanego. Szkielet domu, który tam stał., miał niegdyś być centrum handlowym. Skończyło się na wielkich planach i braku funduszy na dalszą rozbudowę. Wejście usypane było z żwiru i gruzu. Dawniej trzeba było wspinać się po wyżłobieniach w cegłach, z powodu zasypania wejścia frontowego, jednak teraz można było się wspiąć na usypaną górkę, i przeskoczyć kilka cegieł by znaleźć się w środku, z poczuciem bezpieczeństwa i niejasnym przeczuciem że nikt Cię tu nie znajdzie. Być może była to tylko przerośnięta pewność siebie ludzi, którzy tu niejednokrotnie przebywali, ale coś w tym było. Wysokie mury dobrze osłaniały człowieka będącego w środku, a że okna wychodziły na ulicę dopiero na wysokości trzech metrów, także nawet olbrzym mógł czuć się dobrze osłonięty. Maciek przeskoczył ceglany murek i upadł na kolana, na usypany pagórek z piasku. Od ostatniego razu, przybyło parę puszek po piwie, kilka kartonów i kawałek jakiejś rurki. Chłopiec rozejrzał się dookoła. Cisza i lekki chłód dawały o sobie znać. Jednak nie do końca. Tuż nad nim, rozległ się cichy szmer. Maciek zamarł. Mógł się spodziewać tutaj absolutnie wszystkich: od robotników, po meliniarzy, zbieraczy puszek czy smarkaczy, którzy podobnie jak on sam urwały się ze szkoły. Przechodząc bezszelestnie kilka kroków naprzód, nasłuchiwał. Wciąż wydawało mu się że ktoś jest na piętrze. Czuł niepokój i przeczucie że nie jest sam w tym wielkim, rzekomo pustym budynku. Chwycił lewą dłonią drewnianą, prowizoryczną poręcz, po czym zaczął wspinać się po kamiennych schodach w górę. Serce zaczęło bić mu mocniej, a na szczupłych ramionach wystąpiła gęsia skórka. Bał się. W gruncie rzeczy wiedział czego może się spodziewać, jednak wciąż był to maleńkich okruch pewności siebie, na ogromną gulę strachu, która powoli narastała do rangi przerażenia. Przemknęła mu w głowie myśl, czy boi się teraz tak, jak wtedy, gdy był mały i schodził schodami w dół mrocznej piwnicy dziadków. Zamknął oczy, by usunąć z nich obraz tamtej chwili, i wspiął się o dwa stopnie wyżej. Otworzył oczy. Brak jakiejkolwiek osoby w zasięgu wzroku spowodował, że kamień spadł mu z serca.. - Cześć. Chłopak wzdrygnął się gwałtownie. Wystraszony, odwrócił głowę. Zobaczył za sobą jasnowłosą dziewczynę ubraną w białą, zwiewną, wiosenną sukienkę łączącą się z bluzką z podobnego materiału, odkrywającą ramiona. Jej wzrok wbity był w jego kasztanowe oczy, które teraz speszone błądziły po niej. - Często chodzisz po schodach z zamkniętymi oczami? –

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Cięty wzdłóż — czytnik · opowiadania